[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 4 marca 2005


ARTUR TANIKOWSKI

Sarmacki świat

Co łączy husarskiego orła z amorkiem w kontuszu

Szlachetne dziedzictwo czy przeklęty spadek? Autorzy wystawy*) w Muzeum Narodowym w Poznaniu pytają tylko z pozoru retorycznie. Wydaje się, że doborem eksponatów, ich aranżacją, wreszcie komentarzem zawartym przede wszystkim w wielce obszernym katalogu, przychylają się dość jednoznacznie ku pierwszej opcji. Dużo bardziej niż dziś Sarmacja ożywiana i komentowana bywała w XIX wieku, odwołania do niej w czasach zaborów określały stosunek do narodowej tożsamości. Pamiątki sarmackiej świetności - zgromadzone np. w galeriach portretów rodowych - stawały się swoistymi relikwiami współkształtującymi wyobrażenia o wolnej ojczyźnie, a domostwa przechowujące sarmacki inwentarz traktowano jako mateczniki polskości. Jednocześnie historycy i pisarze polityczni potrafili zdobyć się na krytyczny komentarz wobec zacofania (pod pewnymi względami) państwa staropolskiego, niedomogów jego funkcjonowania, przywar obywateli, wszystkiego, co doprowadziło do jego upadku.

"Nie powtarza się historia ale powtarzają się ludzie nafaszerowani dziedzicznymi przekonaniami, postawami, resentymentami i kompleksami" - pisał przed laty Tadeusz Chrzanowski, jeden z najwnikliwszych badaczy Sarmacji europejskiej. Jego słowa łatwo da się odnieść do niektórych postaw i obyczajów dziś "obowiązujących" czy "modnych". Łatwiej oczywiście wskazać te o konotacjach negatywnych, najostrzej widoczne w życiu publicznym - warcholstwo, sobiepaństwo, brak krytycyzmu, bezmyślne naśladownictwo czy nieprzyzwoitą wystawność, którą przed kilkoma wiekami sankcjonowała przynależność do stanu szlacheckiego, a dziś - do elit finansowych, a bodaj jeszcze częściej - politycznych. W potocznym rozumieniu sarmackość może kojarzyć się z pewną nieadekwatnością owego (jednego czy drugiego) statusu wobec słabo ukształtowanej świadomości, jakby niedorosłej, kalekiej wobec wyzwań stawianych przed typowym staropolskim Sarmatą lub jakimś jego dzisiejszym naśladowcą. Nie uważam, by wyznacznikiem poszanowania narodowych tradycji był styl neodworkowy we współczesnej architekturze podmiejskiej, bowiem jego wybór lub odrzucenie to kwestia przede wszystkim estetycznego smaku.

"Szlachcic może nie lubił nadmiernie sztuki przez wielkie S, ale za to cenił sobie zawsze wystawność, więc też jakąś sztukę, chociażby nawet pisaną małą literą". Dlatego skarby sztuki epoki sarmatyzmu (bo nie sztuki sarmackiej) przemawiają do nas nie jakąś szczególną formalną wynalazczością, a wręcz przeciwnie - zapóźnieniem czy prymitywizmem, frapującymi nie mniej niż "awangardowość" dzieł ówcześnie za granicą powstałych. Dowodzą całego zespołu cech, które złożyły się na pojęcie swoistości staropolskich obrazów czy rzeźb, czyli ich rodzimości. O ile więc szlachcic nad wyraz (czy formę) cenił wystawność - właściwość tę uosabiały pokazane na wystawie bardzo liczne przedmioty rzemiosła artystycznego, a choćby i odzienia: od końskiego rzędu (siodło: "srebro kute, rytowane, złocone, sadzone karneolami i masą perłową") po strój polski (żupan zapinany na złocone, czasem zdobione np. turkusami guzy; kontusz; pas kontuszowy dwu- a nawet czterostronny, w którego jedwab wplatana była srebrna i złota nitka; delia; para butów wysokich). W osobnych gablotach znalazły się małe sprzęty, detale szlacheckiej dumy i poszlacheckich sentymentów: papierośnice i zegarki, pieczątki, zapony i klamry, sygnety i medale, bransolety złote, srebrne, brązowe, żeliwne, emaliowane, z granatem czy agatem, liczne naczynia i puzderka.

To, co "szlacheckie" wcale niekoniecznie bywało "szlachetne" - ten pozorny paradoks najłatwiej odczytać z konterfektów staropolskich, które bez idealizacji odbijały fizjonomie mieszkańców Sarmacji. "Nie mieli czego się wstydzić i niczego nie potrzebowali ukrywać: ani owych nieforemnych często czaszek, kluchowatych przeważnie rysów, chamskich w gruncie rzeczy gąb, ba nawet defektów przyrodzonych lub nabytych - kalectw, skutków nałogów... Także kobiety ich, jeśli zawierzyć portretom, rzadko olśniewały urodą. Urodziwe są w tych konterfektach szaty, bronie, ozdoby..." (Tadeusz Chrzanowski, s. 232-233). Wystarczy spojrzeć na wizerunki imć Pawła Załuskowskiego, mości Jana Piędzickiego czy też pani Teresy Błeszyńskiej, albo też trumienny portret Wojciecha Będzyńskiego. Raz jeszcze oddajmy głos profesorowi Chrzanowskiemu, który tak oto tłumaczył ów jedyny w swoim rodzaju werystyczny ekshibicjonizm, który wychodził spod pędzla cechowych twórców: "Znajdujemy się bowiem nagle w świecie ludzi tak pewnych swego znaczenia i swej osobowości, że nie zapierają się brzydoty, chamstwa, gminności nawet, śmiało patrząc w oczy i nam, i własnej śmierci. [...] Portret ´sarmackiª w ogóle, a trumienny w szczególności jest wyrazem zadowolenia z siebie, bezpiecznej ufności w działanie przywilejów stanowych także w zaświatach, szczególnego eschatologicznego sobiepaństwa. [...] Więc oni bali się śmierci, ale w jej fizycznym i materialnym wymiarze, jako choroby, cierpienia, jako zatraty ciała, zmysłów, a także dóbr i stanowisk. Natomiast nie bali się jej prawie wcale w sensie eschatologicznym. Patrząc im w malowane oczy, człek nabiera przekonania, że oni ´po tamtej stronieª pewni są opieki, skutecznego wstawiennictwa".

O ile twórcom wystawy stosunkowo łatwo poszło pokazanie tradycji sarmackich z epoki, która nastała tuż po zmierzchu I Rzeczypospolitej, to objęcie tym hasłem niektórych wystawionych dzieł powstałych po połowie XX wieku ociera się o nadużycie, albo jest po prostu pomyłką. Oczywisty w stolicy Wielkopolski patriotyzm, jaskrawie widoczny w nadmiarze prac pochodzących z własnego, poznańskiego muzeum (Jerzy Krawczyk, Zbigniew Pronaszko, Jacek Waltoś) bądź autorstwa artystów z Poznaniem związanych (Andrzej Okińczyc, Jerzy Piotrowicz, Robert Sobociński), obciąża wielce obszerną ekspozycję grzechem wydarzenia lokalnego, a szkoda. Nie każde odniesienie do śmierci ma swe źródło w Sarmacji. Czy rzeczywiście z portretem sarmackim (trumiennym?) cokolwiek wiąże np. półabstrakcyjny Portret z wyobraźni Henryka Musiałowicza? Już sama (przyznajmy - trafna) nota o tym obrazie zawiera zupełnie sprzeczne wobec znanej nam poetyki staropolskich konterfektów sformułowania o "zatraceniu osobowych rysów" bądź "unikaniu dosadności czy przejaskrawień". Z kolei najoczywistsze skojarzenia narzuciła kuratorce wystawy forma podobrazia - "trumienne" wieloboki prac Tomasza Struka bądź semantyka tytułów, na przykład "trumiennych" autoportretów Leszka Sobockiego. W tym wypadku trudno Joannie Dziubkowej cokolwiek zarzucać, podobnie jak wobec pokazania zespołu ilustracji Jana Lebensteina do wierszy jezuickiego poety, ks. Józefa Baki.

Najokazalej wypadły dwie sekwencje ekspozycji: ukazująca religijność czasów sarmackich oraz wizualizująca obyczaje szlacheckiego domu i życie rodzinne. Szczególny w XVII wieku kult Matki Boskiej poświadczały rozmaite odmiany maryjnego wizerunku, z odwzorowywaną na niezliczonych obrazach, ryngrafach, plakietach wotywnych i szkaplerzach, Jasnogórską Panią. Jednym z sukcesów wystawy było wypożyczenie skarbów wyposażenia klasztoru i kościoła księży Filipinów ze Świętej Góry w podpoznańskim Gostyniu. To przede wszystkim nimi urządzono w jednej z muzealnych sal kaplicę z ławkami, pięknie wyeksponowanymi ornatami, licznymi innymi sprzętami liturgicznymi, wreszcie z obrazem koronowanej w XX wieku Madonny Świętogórskiej w otoczeniu "adorujących" ją, tak rozpowszechnionych w dawnej Polsce, wotów.

"Postaw się, a zastaw się" - hasło o sarmackim rodowodzie, które wciąż obowiązuje wśród Polaków w kraju i za granicą, kojarzy się zarówno z niespotykaną wśród innych nacji gościnnością, jak i wystawnością ponad stan i możliwości. Wystawność staropolska objawiała się nierzadko na stole - w bogactwie zastaw, wyszukanych sztućcach, obfitości kielichów, pucharów i szklanic (wszak za kołnierz panowie szlachta nie wylewali i tak już zostało). Prawdziwie wysmakowane teatrum rozgrywano dawniej na specjalnej podstawie-tacy, która w aranżowanych dla biesiadników scenach oprócz słodkości dla podniebienia gromadziła także przysmaki dla oka. A były to cudnej urody (często miśnieńskiego bądź berlińskiego wyrobu) porcelanowe figurki podgolonych jegomościów z przypasanymi szabelkami, ich dam czy najwierniejszych towarzyszy - koni - oraz pląsających amorków. Te ostatnie, "przybywając" nad Wisłę, nie omieszkały ukryć wdzięków pod dziecięcym kontusikiem, przewiązanym słuckim pasem...

Mając ambicję przywołania tradycji i spadku po dawnej Polsce, ekspozycja zwraca uwagę przede wszystkim na treść pokazanych dzieł, usuwając tym samym na dalszy plan zagadnienie oryginalności formalnej czy autorstwa. Taką też hierarchię zachowano w podpisach pod obiektami, nierzadko przynależnymi raczej kulturze materialnej niż historii sztuki. Dla mieszkańca Sarmacji dużo bardziej niż artystyczny wyraz liczyło się eksponowanie przywilejów stanowych, duma z genealogii, określana najdosadniej ikonografią herbową i emblematyką, strojem i atrybutami. Podobnie bywało w przypadku świętych wizerunków: mniej liczył się dla dumnych fundatorów skłaniający do modlitwy wyraz oblicza Marii i Dzieciątka, bardziej zaś blask bijący z owych kutych w srebrnej bądź złotej blasze, inkrustowanych sukienek bądź koron, co ledwie odsłaniały twarze i dłonie Zbawiciela i jego Matki. Nie ma co ukrywać - spadek takiego traktowania świątyni i jej wyposażenia dotrwał niestety do dziś, czego niechlubnym przykładem Licheń czy ów nieskończony bursztynowy ołtarz, z pychy pewnego byłego prałata powstający...

Ale w schedę po Sarmacji wpisuje się także rycerskość, umiłowanie wolności, gotowość ofiary. O wartościach tych - nie mniej niż wielkie batalistyczne płótna - przypomniały na wystawie obiekty skromniejsze - rynsztunek konny czy też odznaki polskich sił zbrojnych. Tradycja sarmacka pokazała swe oblicze w XX wieku wobec szczególnych napięć i wyzwań. Jest taka książka, która to mocno, choć zupełnie niespodziewanie uświadamia. To Olympia obrazująca Igrzyska Olimpijskie w Berlinie w 1936 roku, fotograficzna dokumentacja jednego z dzieł czołowej propagandystki nazizmu, uznawanej dziś za wybitną artystkę kina i fotografii, Leni Riefenstahl. Jej pierwsza anglojęzyczna edycja ukazała się w Nowym Jorku nakładem St. Martin's Press w 1994 roku. Oto wśród wielu sportowych herosów wymienianych z nazwiska (najczęściej Niemców, Włochów czy Japończyków), sfotografowanych podczas olimpijskich zmagań, znalazło się ujęcie bezimiennego (dla autorów) polskiego jeźdźca, na koniu ciemnej maści pokonującego przeszkodę. Czy mógł to być major Henryk Dobrzański, przyszły legendarny "Hubal", trudno dziś rozstrzygnąć. Ale fotografia ta staje się nieoczekiwanym epitafium polskiej jazdy, która dokładnie trzy lata po sportowych zawodach, toczonych w stolicy nazistowskich Niemiec miała swe podzwonne w zupełnie już niesportowym kontekście.

To właśnie wtedy spadkobiercami husarii stawali się lotnicy, ci, którzy za emblemat podniebnej jazdy wzięli orzełka obramowanego husarskimi skrzydłami. Gotowość ofiary była dla polskich myśliwców, walczących w szeregach RAF-u, oczywista, choć ich angielskim towarzyszom broni wydawała się ekscentryczna nie mniej niż ich podniebne wyczyny. Te - przypisywane tyleż talentowi, co polskiej (bądź słowiańskiej) fantazji - znakomicie opisali w A Question of Honor Lynne Olson i Stanley Cloud. W nawiązaniu do sarmackości zastanawia uwidoczniona nie tylko w godle Kościuszkowskiego Dywizjonu 303, ale i w jego nazwie potrzeba zachowania ciągłości, przedłużenia tradycji ochotniczej walki amerykańskich lotników, którzy w wojnie polsko-bolszewickiej 1920 roku spłacali dług rodakom Kościuszki i Pułaskiego. Dwadzieścia lat później "kościuszkowcy" bronili przeciwnych, bo zachodnich rubieży Europy. Każda epoka ma wszak jakieś swoje cywilizacyjne przedmurze i gotowych do jego ochrony "nowych Sarmatów"...

--------------------------

*) Szlachetne dziedzictwo czy przeklęty spadek. Tradycje sarmackie w sztuce i kulturze - wystawa zorganizowana przez Muzeum Narodowe w Poznaniu od 11 listopada 2004 do 13 marca 2005 roku; kurator: Joanna Dziubkowa (pod jej redakcją ukazał się katalog ekspozycji). Przywołane wypowiedzi Tadeusza Chrzanowskiego pochodzą z jego książki Wędrówki po Sarmacji europejskiej, Wydawnictwo Znak, Kraków 1988 r oraz Portret staropolski (Wydawnictwo Interpress, Warszawa 1995 r.).


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail