Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Jak opowiedzieć
cierpienie
Tę noc spędziłem dwanaście kilometrów nad Atlantykiem. Ziemia
z tej wysokości wygląda jak rajski ogród przykryty gdzieniegdzie
białym welonem chmur. Dopiero po wylądowaniu pogodny welon
może zamienić się w żałobny kir. W Warszawie dowiedziałem
się, że w tym samym mniej więcej czasie, gdy zachwycałem się
rajskimi ogrodami, dusza Zdzisława Beksińskiego gdzieś tam
ku nim właśnie wędrowała.
O śmierci 76-letniego malarza poinformował mnie poczciwy
komputer. Teraz tak się z ludźmi porobiło, że i w podróży,
i w hotelu najpierw otwierają laptopa, a potem dopiero walizki.
Po przeczytaniu kilku "emalii" odechciało mi się otwierać
bagaże: najchętniej zabrałbym je z powrotem i stąd uciekł.
W kilka godzin później agencje podały lakoniczną wiadomość:
"6-latek zamordowany został przez macochę w Cieszynie".
O zabójstwie Beksińskiego napisano z tą samą okrutną bezmyślnością,
z jaką działał jego morderca. W Gazecie Wyborczej przeczytałem
takie oto dywagacje: "Czy zabójca przyszedł po obrazy, ale
po zbrodni ich nie zabrał? Dlaczego? Może dlatego, że zauważył,
jak Beksiński sięga po telefon i wzywa pomocy (sic! - zabity
Beksiński sięga po telefon - M.K.). To mogło go spłoszyć...".
Sic!, albo sick, co znaczy chore.
W samolocie czytałem ponownie Trans-Atlantyk. Siedząca
obok blond Niemka, mieszkająca od lat w Sztokholmie, zapytała
uprzejmie, w jakim języku napisana jest ta książka. Ona oczywiście
przeprasza, ale przypadkiem spojrzała na kartę tytułową i
zaciekawił ją tytuł: zrozumiały, ale jednak ta pisownia, no
i to dziwne nazwisko autora. Odpowiedź in Polish wielce
ją zaskoczyła. - Ach tak, naprawdę, to wspaniale - mamrotała
zmieszana. Odkryła, biedaczka, że Polacy mają swoją własną
mowę, a nawet literaturę. Sic! (Sick?)...
Powie ktoś, że trafiłem w samolocie na blondynkę z dowcipów
o blondynkach i będzie miał rację, ale tylko częściowo. Całościowo
rzecz ma się tak, jak u Gombrowicza. Język polski i literatura
polska, i nasze życie zbiorowe w tym języku i w tej literaturze
wyrażane, są efektem "ciągłego, rozpaczliwego szamotania się
i zmagania z przeważającymi, wrogimi siłami, wieki chorobliwego,
konwulsyjnego istnienia, wieki niedorozwoju". Moja sąsiadka
mogła i nie zauważyć, że z tego niedorozwoju jednak jakoś
powoli się wydobywamy na zbawcze światło oświeconej Europy.
Ta ostatnia pamięta o nas rzadko i niechętnie, a jak już musi,
bo jej ktoś gębę do ucha przystawi i wystrzeli niespodziewaną
wiadomością, robi taką gębę, jakby tę gębę osobiście przyprawił
jej sam Gombrowicz.
Na szczęście obok Niemek, a nawet Niemko-Szwedek istnieją
Polki. Oto fragment "emalii" Anki Strzeleckiej z Sanoka, rodzinnego
miasta Beksińskiego. "Stała wystawa jego prac w Muzeum Historycznym
w Sanoku przyciągała co roku tysiące zwiedzających. Nierzadkie
były przypadki, że młodzi ludzie - najczęściej długowłosi,
dość nonszalancko odziani, siadali przed jakimś wybranym obrazem
i kontemplowali cały dzień, bez przerw na posiłki. Popadali
wręcz w rodzaj transu".
Czytam i myślę o zabójcy, 19-latku, człowieku u progu świadomego
życia, a już martwym, wypranym z uczuć wyższych, i o jego
16-letnim wspólniku. Ile takich chodzących trupów szwenda
się po tej mrocznej ziemi? Gazety pytają, jak to było możliwe?
Skąd w chrześcijańskim społeczeństwie tyle potwornych zbrodni,
straszliwych w swym beznadziejnym bezsensie i okrucieństwie?
Przerażona jest nawet sama policja.
Z listu Anny: "Umarła pani Zofia - jego żona, i zaraz też
samobójstwo popełnił Tomek - guru, postać niemal kultowa dla
wielu młodych zbuntowanych ludzi w tym szarym kraju (w Sanoku
nie mogli mu zapomnieć, jak w czasach licealnych porozwieszał
na tzw. mieście własne klepsydry...). Pojawiło się wówczas
mnóstwo artykułów o tej rodzinie. Beksińskiemu zarzucano nieczułość,
brak ojcowskich uczuć, epatowanie wyobraźni wrażliwego dziecka
obrazami z horroru rodem... Jak było, kto to może wiedzieć?".
Kiedyś Zdzisław Beksiński namalował obraz, na którym spadają
z góry, jak bieszczadzka lawina, otwarte trumny. Wiele z nich
mieści po dwa ciała lub szkielety. Ojca i syna?
Na ekranach polskich telewizorów istny festiwal zbrodni.
Zbiorowa wyobraźnia wrażliwej polskiej młodzieży epatowana
jest obrazami horrorów. Z ekranu podawane są detaliczne instrukcje
profesjonalnego uśmiercania. Nie ma minuty w tzw. czasie największej
oglądalności, zwłaszcza podczas weekendu, by na ekranie kogoś
nie zabijano w najwymyślniejszy sposób. Z polskiego życia
zbiorowego wyparowuje w szybkim tempie duchowość, uczuciowość.
Anna: "Bardzo często powtarza się, że to był dobry, życzliwy
człowiek. Antyteza swojej twórczości. I nieśmiały. Nie uczestniczył
w otwarciach swoich wystaw, nie lubił mówić do kamery, zwłaszcza
o swoich obrazach. Śmiał się, że ludzie dopatrują się w nich
makabry. ´Nie sztuka namalować konia, człowieka - mówił,
zresztą od tego jest fotografia. Ja maluję cierpienie, to
czego nie sposób opowiedziećª".
W ten feralny poniedziałek dostałem też maila od poety Jerzego
Gizelli, co był powrócił niedawno z Ameryki na krakowskie
ojczyzny łono. Pisze: "Okradli mnie ze wszystkich dokumentów
w autobusie (jechałem z żoną w ścisku). Normalka. Polska krajem
ludzi uczciwych, wykształconych i Europejczyków". Cyniczne
to wyznanie poety z Krakowa i Alabamy coś mi przypomina. Gizella,
podobnie jak ja i wielu nam podobnych, ma kłopoty z określeniem
tożsamości. Najczęściej posługujemy się podwójną. Bo i niezmiernie
trudno jednoznacznie deklarować się po stronie takiej gombrowiczowsko
niedorzecznej, wykrzywionej i szaleńczej rzeczywistości.
Ziemia z wysokości dwunastu kilometrów wygląda jak rajski
ogród, przykryty białym welonem chmur. Dopiero po wylądowaniu
pogodny welon zamienia się jakże często ostatnio, jakże często
- w kir...
|
|