[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 11 marca 2005


ADAM BROŻ

Poezje
o poecie

Poznałem Kazimierza Wierzyńskiego i jego żonę Halinę we Frascati pod Rzymem. Przyjechali z Ameryki, była to późna jesień 1965 roku. Zamieszkali w siedzibie Fundacji Umiastowskiej, w willi "Quo vadis". Prezesem tejże fundacji był wtedy ks. prałat Edmund Uliński zajmujący również wysokie stanowisko w Sacra Romana Rota - trybunale kościelnym rozpatrującym głównie sprawy unieważnień małżeństw. W dość obszernej willi mieszkali również stypendyści Fundacji, przeważnie humaniści i muzycy. Wśród nich byłem i ja.

Nikt z nas młodych, świeżo przybyłych z Polski, niestety nie znał, a nawet nie słyszał o Wierzyńskim, ale pocieszał nas fakt, że również monsignore (prałat) na początku zwracał się do p. Wierzyńskiego: "panie Zwierzyński". Dopiero związany z Fundacją Jerzy Hordyński, też poeta, pamiętający czasy przedwojenne, uświadamiał nas i prałata, z jak wielkim twórcą mamy do czynienia.

Niebawem zaznajomiliśmy się z twórczością Wierzyńskiego, a i on sam był ciekaw nas, ludzi z komunistycznej Polski. Odbywały się długie rozmowy i trzeba było opowiadać o Polsce, ale rozmowy przebiegały dość opornie, bo każdy obawiał się, że wśród nas może być donosiciel. Tego Wierzyński zupełnie nie rozumiał. Całkiem inaczej przebiegały rozmowy, kiedy stypendysta przebywał sam na sam z poetą.

Były to czasy ostatniej fazy soboru watykańskiego II i w willi "Quo vadis" zjawiali się często zaproszeni przez prałata polscy duchowni. Były to osoby związane z soborem lub w nim uczestniczące. Pamiętam interesujące wywody na temat zamordowania św. Stanisława biskupa, wygłaszane przez ks. Stanisława Bełcha z Londynu, który jest też autorem obszernej na ten temat pracy (wydanej przez Veritas w Londynie w 1977 roku). Nas jednak ksiądz prałat nie dopuszczał do towarzystwa wyższych dostojników kościelnych, wśród których był też ówczesny ojciec soborowy, arcybiskup Karol Wojtyła. Natomiast z młodszymi księżmi mogliśmy rozmawiać, jak np. z ks. Marianem Olesiem, studentem watykańskiej szkoły dyplomatycznej, późniejszym nuncjuszem w Bagdadzie w czasie wojny w Zatoce Perskiej, gdzie z wielką odwagą spełniał swoją funkcję w zdemolowanym bombami pomieszczeniu nuncjatury, czy z ks. Tadeuszem Pieronkiem, który m.in. opowiadał, jak przemierzył Europę na skuterze, co szczególnie mi utkwiło w pamięci, bo później robiłem to samo.

Niekiedy byłem dopuszczany do wspólnych posiłków, w których uczestniczyli również pp. Wierzyńscy. Atmosfera była zwykle bardzo wesoła, Wierzyński żartował przepowiadając prałatowi, że zostanie papieżem i przyjmie imię Edmondo I - był to rewanż za "Zwierzyńskiego". Na początku pobytu oprócz słynnego białego wina z Frascati, pitego do posiłków, korzystał poeta z whisky z żaglowcem na etykiecie, ale z czasem została ona wyparta przez żubrówkę przywożoną z Polski, którą w końcu określił jako najlepszą wódkę świata. Opowiadał ciekawe rzeczy, m.in. jak spotkał się na zjeździe Pen Clubu w Paryżu z Jarosławem Iwaszkiewiczem. Ten narzekał na silne bóle kręgosłupa, a Wierzyński ze zdziwieniem zapytał go: "Czy ty masz w ogóle jeszcze kręgosłup?". W ten sposób skończyła się ich wieloletnia przyjaźń.

Wielkim admiratorem Wierzyńskiego był Hordyński, często spotykali się w Rzymie i bez końca rozmawiali na tematy literackie. Obaj byli z tych spotkań niezmiernie zadowoleni; Wierzyński, że ma wspaniałego rozmówcę i słuchacza, Hordyński, że z tak wielkim poetą ma kontakt. Wierzyński był bardzo systematyczny w pracy i zalecał to samo Hordyńskiemu, który w przeciwieństwie do niego pisał wiersze dosłownie na serwetkach w kawiarniach lub na kolanie w swoim niezwykle zagraconym pokoiku. W takich warunkach powstał wiersz Hordyńskiego dedykowany wielkiemu poecie: W kawiarni na piazza Venezia:

Poeta z dużym wdziękiem maskuje własne lata,
bardziej dowierza znakom oraz horoskopom,
niż ostrożnym wskazaniom znajomych lekarzy.
Szuka we mnie radości, a któż jest bez lęków?
Zadowoleni ze stanu pamięci
mówimy o poezji, żonglując cytatami.
Wybuchają przed nami kratery czarnej kawy
i kołyszą się ciepłe, brazylijskie palmy.
Znów nie będzie granicy między snem a jawą.
Łowimy szelest kroków egzotycznych dziewcząt,
na serwetkach zostaną projekty podróży,
tym piękniejsze, że nigdy nie będą spełnione.
Doświadczony poeta daje życzliwe rady:
siadaj codziennie rano przed nietkniętą kartą,
niech woła wyobraźnię, nawet gdybyś wiedział,
że będzie to wysiłek na pewno daremny.
Powtórzył mi te słowa, gdy opuszczał miasto.
Nie przeczuwałem, że znika na zawsze.
Składałem puste karty i nadal tak czynię -
wciąż jeszcze mam nadzieję, że zjawi się w wierszu.

W owym czasie najpierw we Frascati, potem w Rzymie zaczynała pojawiać się profesor Maria Dłuska z Krakowa, najwybitniejsza badaczka poezji polskiej po wojnie, znana w środowiskach polonistycznych wychowawczyni licznej rzeszy badaczy. Była też popularyzatorką dobrej poezji, wygłaszała referaty w Polskiej Akademii Nauk, w radiu i pisała artykuły w prasie kulturalnej, głównie w Tygodniku Powszechnym. Ona to zajęła się rozpracowywaniem wierszy Wierzyńskiego. Miała cichą nadzieję, że dzięki znajomościom ze swoimi wysoko postawionymi w partii uczniami doprowadzi do przyjazdu i wydania poezji Wierzyńskiego w kraju. Takie też nadzieje, aczkolwiek z dużą dozą sceptycyzmu, żywił poeta. Udało się tylko pani profesor wydać Poezje wybrane w 1972 roku, i to z wielkimi trudnościami, o których mi wiele opowiadała. Widywałem ją stosunkowo często zarówno w Krakowie, jak i w Rzymie i doskonale byłem informowany o jej upartej walce z przeciwnościami przeszkodami stawianymi przez reżim w jej dziele popularyzacji poezji Wierzyńskiego. Otrzymałem od niej egzemplarz tej książki z triumfalną dedykacją. Uważała ją za swoje znaczne osiągnięcie.

Bywałem też świadkiem spotkań Dłuskiej z Wierzyńskim, ale nie mogłem się zorientować, na czym polegały badania pani profesor w dziedzinie wersyfikacji i teorii wiersza. Zadawała Wierzyńskiemu pytania z tej dziedziny, które go wyraźnie nudziły. Dłuska była długoletnim i zasłużonym profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego, Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego i Polskiej Akademii Nauk, cieszyła się wielkim szacunkiem dzięki osiągnięciom naukowym i postawie doskonałego pedagoga. Otrzymała doktorat honoris causa Uniwersytetu Chicagowskiego (1973 r.) - oczywiście za sprawą tamtejszych rodaków-polonistów. Do ideologii obowiązującej w Polsce odnosiła się z nieukrywanym krytycyzmem, przeciwstawiając jej swój katolicki światopogląd. Kiedyś, może to było w kurii krakowskiej - jak opisuje to, co widział prof. Tadeusz Ulewicz - kolega ze studiów polonistycznych Karola Wojtyły (Tadeusz Ulewicz, Kontrefekty sylwetki, cienie. Z dziejów filologii w Polsce, 1997 r., s. 120), Maria Dłuska podeszła wraz z innymi przywitać się z metropolitą, a ten "nachylił się ku niej serdecznie i pocałował ją w rękę, jak matkę...".

W spotkaniach Dłuskiej z Wierzyńskim koniecznie chciał brać udział Hordyński. Wierzyński go tolerował i akceptował, Dłuska traktowała go natomiast z wyraźną niechęcią i wobec tego został odsunięty. I tak powstał wiersz Hordyńskiego. pt. Pani profesor, opublikowany w 1969 r., który był powodem jeszcze żywszej jej niechęci do autora. Oto on:

Dłu, dłu, dłu-
bie w wierszach,
łuska rymy i rytmy,
liczy cierpliwie akcenty,
obwąchuje strofy.
A poezja jest właśnie tam,
dokąd nie dotrze.
Biedna pani profesor!
Świat pozwolił jej poznać
wyłącznie figury stylistyczne,
pocieszył
habitem z papieru.
Gdyby los był łaskawszy
ho! ho!
nie mielibyśmy
uczonych dzieł.

Po kilku miesiącach pobytu we Frascati przenieśli się Wierzyńscy do bliskiej Grottaferaty, gdzie mieli do dyspozycji całą niedużą willę. W jakiś czas później zamieszkali w samym centrum Rzymu, na piazza Cairoli. Dopiero teraz - jak mi sami mówili - korzystali z życia kulturalnego ważnej stolicy europejskiej, jaką był i jest Rzym. Wierzyńskiemu - jak się domyślam - brakowało większego grona odbiorców i wielbicieli jego talentu. Wyjazd do Polski nie wchodził w rachubę, jedynie polski Londyn stanowił znaczne środowisko odbiorców jego sztuki. Tam też udał się i tam po jakimś czasie przeniósł się do wieczności.

Niektórzy twierdzą, że literatura nie jest sztuką, inni mówią, że nie będąc sama sztuką, jest królową sztuk.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail