[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 11 marca 2005


CZESŁAW KARKOWSKI

Nowojorska kronika
(sztuki plastyczne)

W Metropolitan Museum otwarto wielką wystawę fotografii Diane Arbus, artystki "kultowej" w świecie sztuki. Nie tylko jej zdjęcia, ale i legenda wokół tych prac, znanych głównie z reprodukcji, mit wokół samej artystki zmarłej śmiercią samobójczą w Nowym Jorku w 1971 r. - wszystko to tworzy atmosferę poruszenia i sensacji. Jest to pierwsza w Nowym Jorku wielka wystawa poświęcona jej twórczości od ponad trzydziestu lat.

Około 180 fotografii oraz trzy "biblioteki" - rodzaj pokojów-pracowni ze zdjęciami, dokumentami i pamiątkami po Arbus - dają doskonały wgląd w twórczość, a także osobowość artystki. Arbus (z domu Nemerov, pochodząca z rodziny węgierskich Żydów) urodziła się w 1923 r. Studiowała fotografię w latach 40. i 50., ale zasadniczo była samoukiem - jeśli w ogóle słowo to cokolwiek znaczy w sztuce. Styl i technikę pracy wykształciła w okresie ponad dziesięciu lat, gdy wraz z mężem Allanem Arbusem prowadziła (w latach 1946-1956) zakład fotograficzny. Publikowała zdjęcia w magazynach typu Esquire czy Harper's Bazaar, zamieszczających dobre teksty i świetne zdjęcia. Toteż wokół tych pism zebrała się grupa doskonałych artystów.

Zdjęcia Diane Arbus zawsze się jednak wyróżniały. Podczas gdy pisma preferowały elegancję stylu i perfekcję wykonania, jej prace stanowiły zaprzeczenie tej estetyki. Brzydota i pospolitość dominowały na jej fotografiach sprawiających wrażenie surowego materiału wymagającego dalszej obróbki albo po prostu źle zrobionych. Tematyka jej zdjęć szokowała, toteż albo je niechętnie prezentowano, albo oskarżano Arbus o próbę epatowania widzów wizerunkami kalek, osób niedorozwiniętych umysłowo, wyszukiwaniem ludzi marginesu kulturowego - cyrku, tanich wodewili, striptizowych teatrzyków. Naturalnie, że patrzymy z oszołomieniem i niedowierzaniem na zdjęcia przedstawiające wczasowiczów obozu dla nudystów gdzieś w Pensylwanii, na twarze i postaci umysłowo chorych, zdeformowane ciała kalek. Wydaje się, jakby sztuka nie była potrzebna - sam temat zdumiewa i szokuje.

Krytycy sztuki Arbus mieli po części rację. Kiedy jednak ogląda się jej dzieło w reprezentatywnej próbie, jak na wystawie w Metropolitan, widać szerszy zamysł artystyczny. Wyłaniamy się z tych fotografii my sami, widzimy własną brzydotę, pospolitość urody, żałosną pretensjonalność do wdzięku i elegancji, tandetę otoczenia. A efekt ten podkreśla "surowość" zdjęć Arbus, jakby robionych w złym oświetleniu, w zniekształcającym ujęciu, na niezmiernie zwyczajnym, brzydkim tle, w ciasnych, klaustrofobicznych pomieszczeniach. Nic tedy dziwnego, że z wystawy wychodzimy w depresji.

*

Odprężenie znajdziemy w Whitney Museum. Dużo radosnych zdziwień i nawet chichotu przynosi zwiedzanie wystawy kalifornijskiego artysty Tima Hawkinsona. Jego absurdalne, surrealistyczne (w potocznym sensie tego słowa), a zarazem pomysłowe artefakty potrafią nas rozbawić. Czy jest to sztuka? W dzisiejszych czasach lepiej nie zadawać takich pytań i uznać, że to, co prezentują muzea jest sztuką.

Od razu na powitanie mamy przedsmak ekspozycji: na ścianie Hawkinson umieścił dużą, srebrną sylwetkę słonia jakby rozpłaszczonego jakąś wielką packą na muchy (a właściwie na latające i uciążliwe słonie). Obok wisi w powietrzu jak balon gumowa sylwetka nagiej postaci. Podobno sam artysta oblał się lateksem i następnie ściągnął go z siebie jak skórę. Pomalowany balon-człowiek z brudnymi podeszwami stóp unosi się na uwięzi w muzealnej przestrzeni.

Hawkinson często wykorzystuje własne ciało do swoich zabawnych konstrukcji. Nie wspomnę o dwóch nogach z ołowiu (do pół łydki na wzór dawnych odlewów np. ręki pianisty albo głowy artysty). W jednym z pomieszczeń w maleńkiej szklanej gablotce znajduje się szkielet ptaka. Z umieszczonej informacji dowiadujemy się, że ta bardzo zgrabna konstrukcja (podobnie jak w sąsiedztwie ptasie jajko) została wykonana wyłącznie z paznokci twórcy. W pobliżu - pióro ptasie - wyłącznie z włosów Hawkinsona.

Nie chciałbym wzorem ambitnych krytyków dopatrywać się ideologii w dziełach 45-letniego artysty. Nie sądzę, aby gigantyczna opona zrobiona ze strzępów prawdziwych opon stanowiła aluzję do postaci Marii Magdaleny wyrzeźbionej przez Donatella ani też aby ogromny zwój papieru z gryzmołami czerwonym długopisem na rozwiniętej części miał być szyderczym komentarzem do dziejów ludzkości (tytuł dzieła - Historia świata od początku do dziś). Czerwone długopisy (ciekawe czy te, z których korzystał) znajdują zresztą zastosowanie - wypełniają wnętrze ogromnego kawałka palca z brudnym paznokciem. I co ma on znaczyć? Nic. Jest żartem, wygłupem, pomysłem dla pomysłu, im bardziej idiotycznym, tym lepszym, ponieważ w absurdzie spełnia się cel tych prac. A przy tym w zwiedzających rodzą uczucia, których dawno nie doznawali w obcowaniu ze sztuką współczesną: odświeżającego zdziwienia, zaskoczenia nagłym skojarzeniem przedmiotów czy materiałów, które się nigdy dotychczas nie spotkały (np. zegar z pastą do zębów), zabawy z powodu zupełnego braku sensu, funkcji i potrzeby, jak powiedzmy jego ogromna, skomplikowana maszyna do skapywania wody albo gatki męskie uplecione z grubego czerwonego kabla.

Na wystawie znajdziemy wiele urządzeń, których jedynym zadaniem jest wydawanie dźwięków, poruszanie się (Spin Sink - 24 połączone tryby od maleńkiego, obracającego się 1400 razy na minutę, po wielki, który zatacza koło raz na sto lat), tworzenia po prostu nowej jakości (świetne maleńkie krzesełko dające w rzucie perspektywicznym znaczonym cienkimi nitkami normalne krzesło).

Gdybyśmy chcieli jednak dopatrzyć się jakiejś idei poruszającej zamysłem artystycznym, to powiemy, że Hawkinson kieruje się właśnie sprzeciwem wobec wszelkiej ideologii w sztuce, protestuje przeciwko znaczeniu dzieła poza nim samym, opiera się komunikowaniu sensu, kwestionuje istnienie tzw. wyższej racji tworu działalności artystycznej. Jego sztuka w dzisiejszym uporządkowanym świecie głosi chwałę technologii absurdu, inżynierii bezsensu, apoteozę afunkcjonalności.

A przede wszystkim przywraca sztuce jedno z jej podstawowych zadań - zdziwienia i zaskoczenia z powodu nieoczekiwanych skojarzeń.

*

I znowu fotografia - tym razem w Muzeum Dahesha (580 Madison/56 Street, Manhattan). Otwarto tutaj bardzo ciekawą wystawę ze zbiorów brytyjskiego Wilson Center for Photography poświęconą najwcześniejszym fotografiom ludzi różnych lądów, kultur, obyczajów.

Niemal natychmiast po wynalezieniu aparatu fotograficznego w 1839 r., równocześnie we Francji i w Anglii, armia ludzi uzbrojonych w nowy sprzęt ruszyła, by robić zdjęcia na świecie, w odległych krajach i egzotycznych miejscach. Zarówno by zaspokoić ciekawość publiczności na wiedzę o wyglądzie dalekich ziem, jak i w celach naukowych. Antropologiczne typy (wówczas utożsamiane z kulturowymi) były przedmiotem starannych studiów, a wobec braku dokumentacji oraz rzadkich jednak podróży do danych miejsc, wiedza ta była i skąpa, i fantastycznie nieraz zniekształcona. Spokojnemu mieszczuchowi siedzącemu całe życie w jednym miejscu (turystyka w skali masowej rozpoczęła się praktycznie po 1945 r.) zdjęcia takie dawały substytut podróży, zaspokajały jego głód nowości. Ale nade wszystko fotografie były jednym z narzędzi służących dominacji handlowej i politycznej nad ludami kolonii. Nim bowiem wkraczały do jakiegoś kraju wojska celem podboju, wpierw ruszali kupcy, a za nimi - antropologowie. Poznawali ludność miejscową, obyczaje, język, wierzenia, rozpoznawali bogactwa naturalne i możliwości eksploatacji. Byli forpocztą i dostarczali pierwszego rozpoznania terenu.

Nie chcę przez to powiedzieć, iż kupcy i uczeni pozostawali na usługach imperialnych państw. Choć byli i tacy, to jednak w większości kierowali się własnymi interesami i powodami. Mimochodem jednak spełniali i taką rolę.

Nic tedy dziwnego, że w latach 40. i 50. XIX stulecia pierwszymi fotografami dalekich krajów byli właśnie przedstawiciele tych dwóch zawodów. Szybko dołączyli do nich wojskowi. Skomplikowana i pracochłonna technologia robienia zdjęć nie zniechęcała, choć portretowanie ludzi w tamtych czasach było zadaniem niełatwym z uwagi na długość ekspozycji. Krajobraz trwał, ludzi trzeba było ustawić do zdjęcia, aby nie drgnęli przez kilkanaście sekund. Choć wiele (czy nawet większość) pierwszych zdjęć egzotycznych ludzi robiona była w studiu, gdzie sprowadzeni pozowali w najfantastyczniejszych strojach i pozycjach, sporo fotografii wykonano w plenerze, w naturalnym otoczeniu.

Wystawę podzielono na regiony. Oglądamy więc zwykłych ludzi, na poły niewolników i arystokrację Bliskiego Wschodu, Afryki, Indii, Oceanii, Dalekiego Wschodu, obu Ameryk, Azji Środkowej i Europy. Choć z większości zdjęć, nawet pozowanych, wyziera prawda o ogromnych nierównościach społecznych i biedzie, o podbojach, wyzysku i zniewoleniu, to jednak nie możemy się oprzeć smutnej refleksji: gdzież podziała się ta niebywała rozmaitość kultur, wierzeń, obyczajów i stylów życia? W dzisiejszych czasach globalizacji, czyli wielkiej uniformizacji, bogactwo ludzkiego życia na ziemi zostało sprowadzone do jednego wzorca.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail