Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Świeże głowy
(do pozłoty?)
Przed pół wiekiem w kraju Lecha za zwykłe przestawienie liter
w gazetowym tekście, czyli tzw. literówkę, skazywano na więzienie
i dozgonną, zdarzało się, banicję z dziennikarskiego rzemiosła.
Dlatego w redakcjach powstała instytucja tzw. świeżej głowy.
Było to zajęcie wysokiego ryzyka i szalonej odpowiedzialności.
Od takiego redaktora-korektora, ściąganego o trzeciej w nocy
do drukarni w celu ostatniego sczytania szpalt przygotowanych
do druku, zależało czasami istnienie redakcji. Jako że represje
w stalinowskich czasach to były prawdziwe represje, nie takie
jak teraz: jak cię wyrzucili, to za chwilę mogli wsadzić,
a potem wysadzić - z kraju. Koledzy odwracali swoje nieświeże
głowy od kolegi, który "puścił" głupstwo nie przez siebie
popełnione. Ale po to pozwalali mu więcej spać i mniej pić,
by miał świeżą głowę i ratował ich głowy (w czas morowy).
Przypomniał o tym zapoznanym zajęciu Ryszard Kapuściński
ze sceny Teatru Stanisławowskiego w warszawskich Łazienkach,
odbierając przyznawaną przez Rzeczpospolitą Nagrodę
im. Dariusza Fikusa. Mówił do nieco przywiędłego kwiatu dziennikarstwa
polskiego, w większości na emeryturze, wspominał lata swych
reporterskich początków w nieistniejącym już Sztandarze
Młodych, gdzie funkcję "świeżej głowy" pełnił patron zaszczytnego
wyróżnienia; Kapuściński otrzymał Nagrodę Fikusa za Podróże
z Herodotem, książkę, w której po raz kolejny udowodnił,
że jest właścicielem bardzo "świeżej głowy" - jednej z ostatnich
w polskich mediach. Wielu jego kolegów zachowuje się za to
tak, jakby zupełnie głowy potracili. Schlebiają gustom tzw.
publiczki, "schodzą z poziomu", równając w dół, piszą zakłamane
recenzje z zakłamanych książek, pełnią funkcję maszynki do
przemielania sensów w bezsensy, wypełniają bzdurne polecenia
szefów redakcji, których źródłem są gusta ich plotkujących
żon.
Wolne polskie media z dnia na dzień tracą bazę wolności,
czyli tożsamość, twarz i najlepszych fachowców, zwalnianych
masowo z pracy z powodu przekroczenia zaczarowanej granicy
60 lat. To tak, jakby właściciel piwnic wylewał wina starych
roczników, a uczelnie pozbywały się profesorów, którzy przez
całe życie przyswajali wiedzę, by ją teraz, w wieku matuzalemowym,
przekazywać młodzieży. Nie wiem, być może niedługo wydawnictwa
przestaną przyjmować teksty Tadeusza Różewicza, bo za stary,
albo Hanny Krall, bo za mądra, czyli "niehandlowa". Wcale
bym się nie zdziwił, gdyby moje krakanie okazało się proroctwem.
W Polsce co kilka lub kilkanaście lat odzywa się syndrom samozagłady,
który każe pozbywać się najlepszych fachowców, tępić i nękać
inteligentów, zastępując ich ćwierćinteligentami lub zupełnymi
głupkami. Polska nie jest jednak wielogłową hydrą, której
nie przeszkadza stałe odcinanie jednej z licznych głów, bo
na miejsce odciętej wyrasta i tak nowa. Raz uciętej mądrej
głowy nie zastąpi żadna agresywna, wyszczekana, ale pusta
"maszyna do życia", o których teraz pełno na każdym telewizyjnym
kanale.
Procesy gnilne dobrze widoczne są na ekranie telewizora,
ale nie tylko. Chamstwo po obu stronach mikrofonu, wrzaskliwość
zamiast dociekliwości, pyskówka zamiast rozmowy to styl obowiązujący.
W takiej atmosferze rosną nowe zastępy "redaktorek" Monik
O. czy "redaktorów" Kub W., sprowadzających ten wspaniały
w końcu zawód do roli podrzędnej, nijakiej, lichej. Zastanawiam
się, kiedy ta degradacja się zaczęła? W stanie wojennym jednym
cięciem jaruzelskiego miecza pozbawiono pracy 1200 dziennikarzy.
Wtedy zaczął się rozkład w polskich mediach, który dzisiaj
osiągnął apogeum. Po 1989 r. do zawodu wróciła garstka, reszta
zmieniła zajęcie, kraj lub egzystencję doczesną na wieczną.
Tę garstkę, która jeszcze w zawodzie pozostała, czeka teraz
kolejna czystka, zwana lustracją.
W pierwszych dniach wojny jaruzelskiej rolę damoklesowego
miecza pełniły osławione weryfikacje, na których nie tylko
niszczono ludziom kariery, ale i łamano charaktery, poniżano,
opluskwiano. Robili to często znani dzisiaj szefowie redakcji,
właściciele wydawnictw. Nie wiem, czy należy podawać ich nazwiska
do publicznej wiadomości. Niepokornym dziennikarzom, którym
złamano kariery, a w wielu przypadkach skrócono życie, należy
się jednak jakieś symboliczne "przepraszam". Nie chcemy niczyich
głów, co nam po bardzo nieświeżych głowach. Nie chcemy też
wracać do dawnych redakcji, zwłaszcza po dwudziestu kilku
latach emigracji, by poddać się procesowi przemielenia na
medialną, lekkostrawną mączkę.
Zwolnieni w stanie wojennym dziennikarze domagają się jednak,
a ja razem z nimi, ujawnienia samego mechanizmu niszczenia
ludzi. Przed kilkoma dniami rozmawiałem z Teresą Torańską.
Na początku grudnia 1981 r. dostaliśmy, przyznane ex aequo,
dwie główne nagrody w ogólnopolskim konkursie na reportaż.
W dwa tygodnie później przyszedł stan wojenny, a razem z nim
liścik od mojego pracodawcy, stanowiący, że nie nadaję się
do pracy w zawodzie dziennikarza, kropka. Żadnych wyjaśnień
nie usłyszałem, bo nie poszedłem na weryfikację, by nie wysłuchiwać
znanych formułek odczytywanych z kartki przez redakcyjnych
esbeków i towarzyszy. Niektórzy z nich nadal działają w polskich
mediach, podczas gdy my wozimy się przez Atlantyk nie bardzo
już wiedząc, po co i dlaczego.
Następnego dnia po otrzymaniu Nagrody im. Fikusa Ryszard
Kapuściński zaszczycił promocję nowej książki Agaty Tuszyńskiej
(Rodzinna historia lęku). Pisarz mówił o konieczności
ustalenia swojej tożsamości, gdyż w naszych czasach człowiek
wrzucony w wielokulturowe morze ludzkie "nie chce w nim utonąć,
rozpuścić się i zniknąć, ale przeciwnie - pragnie zachować
swoje imię, swoje znaki rozpoznawcze, swoją osobowość". W
przypadku dziennikarzy jest to o tyle ważne, że na co dzień
swoim imieniem podpisujemy własny cyrograf. I nie marzy nam
się utonięcie w zimnych wodach Atlantyku...
|
|