[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 18 marca 2005


Marek Kusiba

Żabką przez Atlantyk

Świeże głowy
(do pozłoty?)

Przed pół wiekiem w kraju Lecha za zwykłe przestawienie liter w gazetowym tekście, czyli tzw. literówkę, skazywano na więzienie i dozgonną, zdarzało się, banicję z dziennikarskiego rzemiosła. Dlatego w redakcjach powstała instytucja tzw. świeżej głowy. Było to zajęcie wysokiego ryzyka i szalonej odpowiedzialności. Od takiego redaktora-korektora, ściąganego o trzeciej w nocy do drukarni w celu ostatniego sczytania szpalt przygotowanych do druku, zależało czasami istnienie redakcji. Jako że represje w stalinowskich czasach to były prawdziwe represje, nie takie jak teraz: jak cię wyrzucili, to za chwilę mogli wsadzić, a potem wysadzić - z kraju. Koledzy odwracali swoje nieświeże głowy od kolegi, który "puścił" głupstwo nie przez siebie popełnione. Ale po to pozwalali mu więcej spać i mniej pić, by miał świeżą głowę i ratował ich głowy (w czas morowy).

Przypomniał o tym zapoznanym zajęciu Ryszard Kapuściński ze sceny Teatru Stanisławowskiego w warszawskich Łazienkach, odbierając przyznawaną przez Rzeczpospolitą Nagrodę im. Dariusza Fikusa. Mówił do nieco przywiędłego kwiatu dziennikarstwa polskiego, w większości na emeryturze, wspominał lata swych reporterskich początków w nieistniejącym już Sztandarze Młodych, gdzie funkcję "świeżej głowy" pełnił patron zaszczytnego wyróżnienia; Kapuściński otrzymał Nagrodę Fikusa za Podróże z Herodotem, książkę, w której po raz kolejny udowodnił, że jest właścicielem bardzo "świeżej głowy" - jednej z ostatnich w polskich mediach. Wielu jego kolegów zachowuje się za to tak, jakby zupełnie głowy potracili. Schlebiają gustom tzw. publiczki, "schodzą z poziomu", równając w dół, piszą zakłamane recenzje z zakłamanych książek, pełnią funkcję maszynki do przemielania sensów w bezsensy, wypełniają bzdurne polecenia szefów redakcji, których źródłem są gusta ich plotkujących żon.

Wolne polskie media z dnia na dzień tracą bazę wolności, czyli tożsamość, twarz i najlepszych fachowców, zwalnianych masowo z pracy z powodu przekroczenia zaczarowanej granicy 60 lat. To tak, jakby właściciel piwnic wylewał wina starych roczników, a uczelnie pozbywały się profesorów, którzy przez całe życie przyswajali wiedzę, by ją teraz, w wieku matuzalemowym, przekazywać młodzieży. Nie wiem, być może niedługo wydawnictwa przestaną przyjmować teksty Tadeusza Różewicza, bo za stary, albo Hanny Krall, bo za mądra, czyli "niehandlowa". Wcale bym się nie zdziwił, gdyby moje krakanie okazało się proroctwem. W Polsce co kilka lub kilkanaście lat odzywa się syndrom samozagłady, który każe pozbywać się najlepszych fachowców, tępić i nękać inteligentów, zastępując ich ćwierćinteligentami lub zupełnymi głupkami. Polska nie jest jednak wielogłową hydrą, której nie przeszkadza stałe odcinanie jednej z licznych głów, bo na miejsce odciętej wyrasta i tak nowa. Raz uciętej mądrej głowy nie zastąpi żadna agresywna, wyszczekana, ale pusta "maszyna do życia", o których teraz pełno na każdym telewizyjnym kanale.

Procesy gnilne dobrze widoczne są na ekranie telewizora, ale nie tylko. Chamstwo po obu stronach mikrofonu, wrzaskliwość zamiast dociekliwości, pyskówka zamiast rozmowy to styl obowiązujący. W takiej atmosferze rosną nowe zastępy "redaktorek" Monik O. czy "redaktorów" Kub W., sprowadzających ten wspaniały w końcu zawód do roli podrzędnej, nijakiej, lichej. Zastanawiam się, kiedy ta degradacja się zaczęła? W stanie wojennym jednym cięciem jaruzelskiego miecza pozbawiono pracy 1200 dziennikarzy. Wtedy zaczął się rozkład w polskich mediach, który dzisiaj osiągnął apogeum. Po 1989 r. do zawodu wróciła garstka, reszta zmieniła zajęcie, kraj lub egzystencję doczesną na wieczną. Tę garstkę, która jeszcze w zawodzie pozostała, czeka teraz kolejna czystka, zwana lustracją.

W pierwszych dniach wojny jaruzelskiej rolę damoklesowego miecza pełniły osławione weryfikacje, na których nie tylko niszczono ludziom kariery, ale i łamano charaktery, poniżano, opluskwiano. Robili to często znani dzisiaj szefowie redakcji, właściciele wydawnictw. Nie wiem, czy należy podawać ich nazwiska do publicznej wiadomości. Niepokornym dziennikarzom, którym złamano kariery, a w wielu przypadkach skrócono życie, należy się jednak jakieś symboliczne "przepraszam". Nie chcemy niczyich głów, co nam po bardzo nieświeżych głowach. Nie chcemy też wracać do dawnych redakcji, zwłaszcza po dwudziestu kilku latach emigracji, by poddać się procesowi przemielenia na medialną, lekkostrawną mączkę.

Zwolnieni w stanie wojennym dziennikarze domagają się jednak, a ja razem z nimi, ujawnienia samego mechanizmu niszczenia ludzi. Przed kilkoma dniami rozmawiałem z Teresą Torańską. Na początku grudnia 1981 r. dostaliśmy, przyznane ex aequo, dwie główne nagrody w ogólnopolskim konkursie na reportaż. W dwa tygodnie później przyszedł stan wojenny, a razem z nim liścik od mojego pracodawcy, stanowiący, że nie nadaję się do pracy w zawodzie dziennikarza, kropka. Żadnych wyjaśnień nie usłyszałem, bo nie poszedłem na weryfikację, by nie wysłuchiwać znanych formułek odczytywanych z kartki przez redakcyjnych esbeków i towarzyszy. Niektórzy z nich nadal działają w polskich mediach, podczas gdy my wozimy się przez Atlantyk nie bardzo już wiedząc, po co i dlaczego.

Następnego dnia po otrzymaniu Nagrody im. Fikusa Ryszard Kapuściński zaszczycił promocję nowej książki Agaty Tuszyńskiej (Rodzinna historia lęku). Pisarz mówił o konieczności ustalenia swojej tożsamości, gdyż w naszych czasach człowiek wrzucony w wielokulturowe morze ludzkie "nie chce w nim utonąć, rozpuścić się i zniknąć, ale przeciwnie - pragnie zachować swoje imię, swoje znaki rozpoznawcze, swoją osobowość". W przypadku dziennikarzy jest to o tyle ważne, że na co dzień swoim imieniem podpisujemy własny cyrograf. I nie marzy nam się utonięcie w zimnych wodach Atlantyku...

 

 

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail