JANUSZ BALICKI
Wielki Piątek
Pierwszego
dnia po szabacie, wczesnym rankiem, gdy jeszcze było ciemno,
Maria Magdalena udała się do grobu i zobaczyła kamień odsunięty
od grobu. Pobiegła więc i przybyła do Szymona Piotra i do
drugiego ucznia, którego Jezus miłował, i rzekła do nich:
"Zabrano Pana z grobu i nie wiemy, gdzie Go położono". Wyszedł
więc Piotr i ów drugi uczeń i szli do grobu. Biegli oni obydwaj
razem, lecz ów drugi uczeń wyprzedził Piotra i przybył pierwszy
do grobu. A kiedy się nachylił, zobaczył leżące płótna, jednakże
nie wszedł do środka. Nadszedł potem także Szymon Piotr, idący
za nim. Wszedł on do wnętrza grobu i ujrzał leżące płótna
oraz chustę, która była na Jego głowie, leżącą nie razem z
płótnami, ale oddzielnie zwiniętą na jednym miejscu. Wtedy
wszedł do wnętrza także i ów drugi uczeń, który przybył do
grobu. Ujrzał i uwierzył. Dotąd bowiem nie rozumieli jeszcze
Pisma, które mówi, że On ma powstać z martwych
(J. 20,1-9).
W piątek po południu trzeba było szybko zdjąć ciało Jezusa
z krzyża i pogrzebać ze względu na rozpoczynający się wieczorem
szabat. Złożono je do grobowca należącego do jednego z bliskich
Mu osób, Józefa z Arymatei. Ponieważ Jezus za życia przepowiadał
swoje zmartwychwstanie, starszyzna żydowska zdecydowała się
na postawienie specjalnej straży przy Jego grobie. Wejście
zostało zasunięte ogromnym głazem i zapieczętowane, aby wykluczyć
ewentualne zabranie ciała przez uczniów. Było to działanie
wypływające z ostrożności, mające na celu wykluczenie jakichkolwiek
nieprzewidzianych wydarzeń z Prorokiem po śmierci, z którym
władze Świątyni Jerozolimskiej miały tyle problemów za życia.
Zabezpieczenia te nie były potrzebne, bo praktycznie garstka
uczniów Jezusa rozpierzchła się i nie była zdolna do jakiegokolwiek
działania. Poza tym, jaki sens miałoby zabieranie przez nich
ciała?
Widząc śmierć swego Mistrza, z którym wiązali nadzieje i
plany na przyszłość w Jego królestwie, uczniowie czuli się
całkowicie przegrani. Wierzyli, że są uczniami zapowiadanego
przez Stary Testament Mesjasza, który miał odmienić losy narodu
izraelskiego, ale okazało się w Wielki Piątek, że Jezus nie
był w stanie nawet uratować siebie od śmierci, a co dopiero
cały naród. Dlatego przerażeni tym, co się stało, obawiając
się teraz o własne życie, myśleli tylko o tym, gdzie się ukryć.
W niedzielę rano rozpoczyna się jednak seria zdarzeń, która
odmieniła ich los.
Niedziela Wielkanocna
Maria Magdalena po przyjściu do grobu wczesnym rankiem pierwszego
dnia po szabacie, czyli w niedzielę, aby zwyczajem żydowskim
dokonać namaszczenia ciała Ukrzyżowanego, stwierdziła, że
kamień został odsunięty i ciała nie ma. Powiadomiła natychmiast
o tym Szymona Piotra i Jana, którzy niezwłocznie udali się
do grobu, aby przekonać się naocznie, co się stało. W grobowcu
nie było ciała ich Mistrza, zobaczyli "leżące płótna oraz
chustę, która była na Jego głowie, leżącą nie razem z płótnami,
ale oddzielnie zwiniętą na jednym miejscu". Wyglądało na to,
że ktoś spokojnie ją zwinął, zachowując należyty porządek.
Ciężki kamień, którym przykryty był otwór grobu, jak i wcześniej
tam postawiona straż wykluczały dostanie się kogokolwiek do
środka. Jednak grób był pusty. Był to pierwszy moment, kiedy
Jan i Szymon Piotr zaczęli przypominać sobie słowa Jezusa
o zmartwychwstaniu, których wcześniej nie rozumieli i nie
brali poważnie. Parę godzin później mogli się naocznie przekonać,
że Jezus żyje. Ewangelia podaje nam opisy wielu spotkań Jezusa
z grupą swoich uczniów jak i z poszczególnymi osobami. Reakcją
uczniów na cud zmartwychwstania była nieopisana radość, ale
i zrozumiały lęk. Zapewne nie tylko Tomaszowi trudno było
uwierzyć w zmartwychwstanie Jezusa, dopóki się o tym naocznie
nie przekonał.
Rola św. Piotra w głoszeniu zmartwychwstania
Spotkania ze zmartwychwstałym Mistrzem nie były tylko prywatną
sprawą apostołów, tak jak pewnie wtedy sądzili. Było im dane
dotknąć tajemnicy ludzkiego istnienia i doświadczyć istnienia
innego świata. Jezus pokonał śmierć, aby w ten sposób pokazać
każdemu człowiekowi, że życie ludzkie nie kończy się nicością.
Przesłanie takie zawiera prawie każda religia. W tym jednak
przypadku uczniowie Chrystusa mogli się o tym przekonać, patrząc
na kogoś, kto był przybity do krzyża i złożony do grobu. Nic
więc dziwnego, że zrozumieli, iż muszą z tą Nowiną ruszyć
w świat. Aby tak się stało, Jezus już wcześniej założył fundamenty
swego Kościoła, wyznaczając Szymona Piotra na jego widzialną
głowę. "Ty jesteś Piotr, czyli Skała, na tej Skale zbuduję
Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam
klucze królestwa niebieskiego: cokolwiek zwiążesz na ziemi,
będzie związane i w niebie, a co rozwiążesz na ziemi będzie
rozwiązane i w niebie" (Mat. 16,18-19).
Po zmartwychwstaniu Jezus jeszcze raz przypomniał to zdarzenie
św. Piotrowi, kiedy zadał mu pytanie: "Szymonie, synu Jana,
czy miłujesz mnie więcej aniżeli ci?". Oczywiście św. Piotr
to potwierdził, wtedy Jezus powiedział: "Paś baranki moje".
Pytanie to powtórzył Jezus aż trzy razy, wprowadzając w zakłopotanie
Szymona Piotra. Miało ono na celu zwrócenie mu uwagi na trudności,
jakie go czekają i konieczność wytrwania do końca. Świadczą
o tym słowa, które Jezus powiedział następnie do niego: "Gdy
byłeś młodszy, opasywałeś się sam i chodziłeś, gdzie chciałeś.
Ale gdy się zestarzejesz, wyciągniesz ręce swoje, a inny cię
opasze i poprowadzi, dokąd nie chcesz". Św. Jan Ewangelista
potraktował to jako zapowiedź jego męczeńskiej śmierci (J.
21,7-19).
Spotkanie z powstałym z grobu Mistrzem dodało niewyobrażalnej
energii i mocy sercom apostołów. Patrząc od strony historycznej
można powiedzieć, że była to jakby eksplozja chrześcijaństwa,
która spowodowała jego gwałtowny rozwój. W tym wszystkim ogromną
rolę odegrali apostołowie i ich uczniowie, ale szczególne
wyzwanie stanęło przed św. Piotrem, którego traktowano jako
widzialną głowę Kościoła, wybranego i naznaczonego przez Jezusa.
Nie był on wolny od ludzkich słabości i jego nadzwyczajna
funkcja nie uchroniła go od męczeńskiej śmierci. Próbował
nawet jej uniknąć. Jak mówi tradycja, w czasie prześladowań
za Nerona gmina chrześcijańska w Rzymie chciała go uratować
za wszelką cenę i nakłoniono go do opuszczenia miasta. Udając
się poza miasto, we wschodzącym słońcu dostrzegł postać Jezusa
i kiedy przestraszony zadał mu pytanie: Quo vadis, Domine?
(Dokąd idziesz, Panie?), miał usłyszeć odpowiedź: "Skoro ty
opuszczasz moje owieczki, idę do Rzymu, aby mnie powtórnie
ukrzyżowano". To spowodowało, że zawrócił do miasta i tam
poniósł śmierć męczeńską zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią
Jezusa.
Można zadać sobie pytanie, dlaczego wolą Jezusa było to,
żeby Jego namiestnik poniósł śmierć męczeńską? Czy w imię
przyjaźni, czy ze względu na tak ważną funkcję, jaką zlecił
Piotrowi, nie powinien go otaczać szczególną troską? Czy nie
powinien go trzymać w dobrym zdrowiu i życiu, aby mógł jak
najdłużej sprawnie głosić innym swoje naoczne doświadczenie
pustego grobu i spotkania zmartwychwstałego Mistrza?
Misja następcy św. Piotra
Myśląc przy okazji obchodów zmartwychwstania Chrystusa o
Szymonie Piotrze, pierwszym papieżu w historii chrześcijaństwa,
który rozpoczął głoszenie Dobrej Nowiny światu, trudno nie
myśleć o obecnym jego następcy, Janie Pawle II. Coraz częściej
słyszy się w mediach pytania, czy jest on w stanie dalej sprawować
swoją misję? Czy nie jest to ponad ludzkie siły i czy chory
papież może kierować Kościołem, wspólnotą wiernych liczącą
ponad miliard wyznawców? Według gazety Corriele della Sera
Jan Paweł II będzie miał rurkę tracheotomiczną do końca życia.
Oznacza to nie tylko niemożność wygłaszania dłuższych przemówień,
jak w przeszłości, ale też konieczność zmiany trybu życia
i pracy. Nie będzie to dla niego łatwe, jak i dla pielgrzymów,
którzy chcą mieć kontakt z papieżem.
Odpowiedzi na te pytania uzależnione są od wizji Kościoła,
a w związku z tym także od wizji roli papieża. Jeśli traktuje
się Kościół jako instytucję, to oczywiście jest niezbędne,
aby głowa takiej instytucji była w pełni zdrowia i sił. Jeśli
jednak patrzymy na Kościół jako wielką wspólnotę i rodzinę,
a na Ojca Świętego jako następcę św. Piotra i namiestnika
Jezusa oraz ojca tej wielkiej rodziny, to problem wygląda
nieco inaczej.
Centralna administracja Kościoła działa według ustalonych
reguł, żaden papież nie steruje nią "ręcznie". Kościoły lokalne,
czyli diecezje, są jednostkami z bardzo dużą autonomią, jeśli
chodzi o organizację. Kościół jako wielka wspólnota ma wytyczone
drogi dotyczące dogmatów i moralności. Papież oczywiście ma
decydujący głos w tej wspólnocie i ogromny wpływ na wiele
spraw w świecie przez swe kontakty z przywódcami państw i
z wiernymi przez swe podróże apostolskie, jego aktywność w
tym zakresie będzie musiała ulec ograniczeniu. Z drugiej jednak
strony ojciec rodziny jest tylko jeden.
Można sobie wyobrazić odejście papieża na zasłużoną emeryturę
i zastąpienie go młodym i energicznym, ale czy byłoby to najlepsze
rozwiązanie dla Kościoła? Poza tym, czy patrzenie na schorowanego
papieża, które może być przykre i bolesne, nie uświadamia
nam prawdy dotyczącej ludzkiego losu, zwykle w mediach ukazywanego
przez pryzmat osób młodych i sprawnych? Może to nie jednostkowy
przypadek, który miał miejsce w pewnym szpitalu w Polsce,
kiedy to żona powiedziała do swego ciężko chorego męża: "Nie
załamuj się. Spójrz na Ojca Świętego, który mimo że jest chory,
wykonuje swoje obowiązki". Papież nie musi, jak św. Piotr,
świadczyć o wierze w zmartwychwstanie przez swoją męczeńską
śmierć, ale może Jezus chce od niego trudnego świadectwa przez
stawianie czoła wyzwaniom, jakie niesie starość i choroba?
Może tego rodzaju świadectwo jest bardzo potrzebne ludzkości?
Proces starzenia się, a w związku z tym choroba, cierpienie
i śmierć są udziałem człowieka żyjącego na ziemi, niezależnie
kim on jest i jaką pełni funkcję w społeczeństwie. Stanowią
one tajemnicę ludzkiej egzystencji, inaczej jednak wyglądają
przez pryzmat świąt Wielkanocy. Są one związane z Wielkim
Piątkiem, po którym jednak następuje Wielka Niedziela.
|