EWA BERBERYUSZ
Kartki
ze skażonej strefy
Stanisław
Lem napisał kiedyś, iż jego ulubiona Madeleine Albright powinna
nosić dłuższą spódniczkę. To samo powiem o swojej ulubionej
Zycie Gilowskiej, kandydatce na wicepremiera lub ministra
finansów Platformy Obywatelskiej. Co prawda, w przeciwieństwie
do pani Albright, Gilowska ma co pokazywać. Jej nogi i figura
są równie świetne co umysł, dowcip, wdzięk trochę małej dziewczynki
(która jednak odróżnia miliony od miliardów), poczucie humoru
i riposty. Patrzyłam na jej słowny pojedynek z Władysławem
Frasyniukiem, też przecież pyskatym, i myślałam: "Ale kolanka
mogłaby zakryć". Tak jak swego czasu zakryła je Jolanta Kwaśniewska.
Wiem, że kobieta, którą tak hojnie obdarzyła natura, ma pokusę
do ujawnienia walorów, jednak pozycja zobowiązuje. Ale do
rzeczy.
Moim marzeniem byłoby, żeby Frasyniuk powiedział do Gilowskiej:
"Ach, jak chciałbym mieć panią w swoich szeregach...". Nie
powiedział. Chyba zmroziły go "komuchy", którymi szermowała
pani Zyta.
"Komuchy", wyzwisko tak już nieaktualne, tak martwe! Komuchy
jako całość nie są groźne. Dobrze robią Mazowiecki z Frasyniukiem,
tworzący Partię Demokratyczną, nie pytając o dawną przynależność
partyjną. Wobec szybkości dziejącej się historii "komuch"
zbladł. Pytają, i owszem, co robił ten czy ów z czerwoną legitymacją.
Czy krzywdził. Czy kradł. Czy się panoszył. Owszem, jest selekcja,
ale nie oparta wyłącznie na legitymacji. Nawet nie oparta
na strzeleniu głupstwa w pierwszej chwili stanu wojennego
(casus Niezabitowska). I to mi się podoba, to uważam
za słuszne, chociaż sama żadnej legitymacji partyjnej nie
miałam i mieć nie zamierzam.
Mam jednak marzenia obywatelskie. Połączenia programu Platformy
Obywatelskiej, zwłaszcza, co podkreślam - z jego głęboko idącym
odchudzeniem administracji, tak żeby społeczeństwo poczuło
ulgę, z humanistyczną postawą demokratów, z ich dostrzeganiem
"nieudacznych", których przecież nie zrzucimy z Tarpejskiej
Skały.
Tymczasem ludzie Platformy wytykają bez końca: "komuch, komuch,
komuch". "Komuch", więc nie do wzięcia. Dziwię się Donaldowi
Tuskowi, którego miałam za osobę o szerszej wizji, w której
"komuch" wart jest machnięcia ręka. Bo słowo "komuch", powtarzam,
ma już dla mnie znaczenie wręcz folklorystyczne i w poważnej
dyskusji nie powinno się już nim posługiwać. "Komuchy" jako
kość niezgody między Platformą a tworzącą się Partią Demokratyczną
- śmieszą i straszą. Wstyd mi za Zytę Gilowską, która w starciu
z Frasyniukiem ucinała merytoryczną dyskusję słowem "komuch".
Platforma Obywatelska zrobiłaby lepiej kasując alians z Prawem
i Sprawiedliwością, która to partia coraz bardziej popada
w chorobę spiskową. Śledzenie spisków jako program rozwoju
kraju. Boże kochany! Braci Kaczyńskich nic już nie zmieni.
Taka ich uroda. Mają to we krwi. Jakże rozsądny człowiek może
się z nimi wiązać?! Rozumiem: arytmetyka wyborcza. Ale co
zaraz potem?
Czy nie lepiej pójść w parze z tworzącym się ruchem demokratów?
Tak, zgoda, ruch ten wyrasta z Unii Wolności, która się nie
popisała. Ale dziś to zupełnie inna jakość. Byłam na spotkaniu
pod hasłem "Ci, którzy nie chcą być obojętni". Tłum zapełnił
piękną halę Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego. Tłum nieobojętnych.
Rosłam, słuchając krótkich dorzecznych wystąpień, szczególnie
bardzo młodych ludzi z różnych sfer. Owszem, byli starzy unijni
wiarusi, ale nie oni dominowali. Był "komuch" Jerzy Hausner,
był "komuch" Marek Belka i "komuch" Dariusz Rosati. Wszyscy
moi ulubieńcy. Rosati powiedział, że dobrze wykształconemu
ekonomiście przynależność do partii ortodoksyjnie lewicowej
nie mieści się w głowie. Demokraci mają przecież być wymierzonym
cyrklem centrum. To ekonomia trawi.
Prawdę powiedziawszy, od dziecka ciągnęło mnie na lewo. Może
dlatego tak bardzo polubiłam panią Lidię Ciołkoszową w Londynie,
Jana Józefa Lipskiego w Warszawie. Ale również od dziecka
wiedziałam, że "na lewo", czyli socjalizm - nawet w najczystszej
formie - to utopia. Nie da się ziścić i trwać. Biurokracja
zeżre szlachetne intencje.
Więc centrum! Ludzie zebrani w BUW-ie poddali się jakiemuś
uniesieniu, jakby uwierzyli, że można wyjść z trzęsawiska,
w jakim grzęźnie Polska. Oby nie był to tylko nastrój chwili!
Piszę o tym spotkaniu z naiwnym entuzjazmem, bo nie chcę
umrzeć w Polsce chorej, gdzie wszystko dzieje się na opak,
w Polsce utopionej w walkach personalnych, korupcji traktowanej
jako normę, ślepej na to, co jest jej dobrem.
Nie mam wiele czasu. Koniec mój bliski, nie tylko ze względu
na metrykę, ale na zupełną niepotrzebność ludzi starych.
Byłam niedawno na wręczeniu dorocznej Nagrody im. Dariusza
Fikusa. Dziennik Rzeczpospolita organizuje ją w Łazienkach,
w Teatrze Stanisławowskim. Po części oficjalnej - bankiet.
Ludzie rzucili się do bogato zastawionych bufetów. Ja też,
bo zmarzłam. I wszystko byłoby dobrze, gdybym nagle nie poczuła
swojej absolutnej zbędności. Nie z powodu wieku, byli tam
i starzy znajomi, słaliśmy sobie smętne uśmiechy. Z powodu
zupełnego oddzielenia tych w średnim wieku, w uderzeniu zawodowym,
od starszych.
Stałam przy tym samym stoliku z dymiącym talerzem i kieliszkiem
Cote du Rhone co trójka asów medialnych. Niegdysiejsi "pampersi".
Piliśmy i jedli. I nagle poczułam swoją odrębność. Jakbyśmy
nie należeli do tego samego gatunku - ludzi. Omiatali mnie
niewidzącym wzrokiem. Gdybym się odezwała, czuliby się zaskoczeni.
Nasze rękawy ocierały się o siebie, ale w gruncie rzeczy było
tak, jakby oddzielały nas lata świetlne. Nie pojęliby, że
do nich mówię. Ich oczy szukały swojej ferajny, instynktownie
omijając starość.
Złe wychowanie? Zupełny brak zsocjalizowania w sytuacji towarzyskiej?
Zapewne. Moja gorycz wobec przemijania? Zapewne też.
Skoro już jestem przy Rzeczpospolitej (drugi co do
ważności po Gazecie Wyborczej dziennik), dbającej o
poziom merytoryczny i poprawność językową. Otóż bystre oko
felietonisty Polityki Jerzego Pilcha wytropiło w historycznym
artykule w Rzeczpospolitej, traktującym o inwigilowaniu
Pawła Jasienicy, zwrot: "kiedy I sekretarzem PZPR był Wiesław
Gomułka". Jednocześnie autorka wyśmiewa matołectwo ówczesnej
ubeckiej dziennikarki donoszącej, że mszę po śmierci Jasienicy
odprawił kardynał Wojdyło.
Daleko łatwiej rozumiem się z pokoleniem szkolnym, licealnym,
studenckim. Nie odrzucają starszych, traktują - w moim pojęciu
- normalnie, spontanicznie przechodzą na "ty". Czy rośnie
nam nowa jakość, czy jest to moda chwili?
Po wstępnym zebraniu demokratów sondaż poleciał im w górę
do 12%. Ale już po paru dniach spadł o połowę. Zrozumiałe,
ludzie czekają na konkretny program, w punktach. Tego jeszcze
nie pokazali. Czas goni. Spieszcie się.
Wszystko inne jest mi obojętne: roszady partyjne, stawiennictwo
bądź nie prezydenta przed sejmową komisją śledczą do spraw
Orlenu są sprawami ludzi odchodzących. Jasne, że wszyscy oni
wiją sobie teraz czym prędzej ciepłe gniazdka, dziś myśl ich
biegnie ku fortunie. I niech tak zostanie. Niech się już nie
czepiają rządów.
*
Ostatnio miałam urwanie głowy w domu. Amerykańska synowa
pakowała się. Bez końca ważenie waliz i tobołów. W bagażu
ręcznym miała pięć sztuk. Gdy zobaczyłam ją za szybą odprawy,
objuczoną, wyglądała jak nowojorska bezdomna.
Gdyśmy poprzedniej nocy, spocone, zmęczone, próbowały upchnąć
dobytek do dozwolonych gabarytów, pomyślałam: jak to jest,
być biednym w Ameryce.
Wiadomo, że nie każdemu z emigrantów solidarnościowych powiodło
się. Moim dzieciom - nie. Do czego, trzeba przyznać, walnie
przyczynił się rozwód. Mieszkanie na antypodach kontynentu.
Dziecko przelatujące od mamusi do tatusia.
Gdy zapytałam zmordowaną synową, po co zabiera tyle ciuchów,
odpowiedziała: "A od czego są garage sales?".
Siądzie przed domem, rozłoży, co jej niepotrzebne, i po cencie,
dwóch, po dolarze - sprzeda. Jak się ma mało, człowiek zadowala
się małym. Kiedyś myśmy kupowali w ichnich lumpeksach, sprzedając
w Polsce. Teraz kalkulacja się odwróciła.
Pamiętam, za komuny z dziką weną przemycałam z Londynu moherowe
berety. Najlepszy przelicznik. Były zręczne w pakowaniu. Gdzie
ja ich nie upychałam! Moherowy beret był szczytem komunistycznej
elegancji. A teraz? Kto jest symbolem "moherowego beretu"?
Radio Maryja. Szwadrony starszych pań w moherowych beretach.
Moją synową czeka jeszcze przeprawa z synem o psa. O dziecko
przestali się kłócić - wyrosło. Ale został pies. Mała kulka
znaleziona na szosie, która zrobiła się potężnym labradorem.
On chce psa i ona chce psa. Formalnie jest jej własnością,
ale przywiązał się do pana, gdy pani wyjechała. Więc chyba
w Nowym Jorku znów się przepakuje. Zostawi ciuchy, a weźmie
klatkę z psem. A syn będzie cierpiał w wielkim domu. Powinni
pozostać razem. Parafrazując Wisławę Szymborską: "tego nie
robi się psu".
Byłam przed laty w Dublinie i myślałam sobie: Boże broń coś
tu zmieniać. Niech będzie sennie, w otoczce ciepłej, wilgotnej
mgiełki przez słońce. Ludzie w otwartych drzwiach pubów niech
sączą majestatycznie kufle z brązowym płynem. Żadnego pośpiechu,
ani w ruchu ręki, ani w przełykaniu, ani w chodzeniu. Rozkoszowanie
się życiem takim, jakie jest. Dużo wolnej przestrzeni między
domami, dużo zieleni. Miasto-ogród. Ciche, przyglądające się
sobie...
Niech jeden taki kraj zostanie na zachodnim krańcu Europy.
Nie przejmujący się pędem do sukcesu i posiadaniem. Niech
płodzi poetów, marzycieli, smakoszy autentycznego życia. Wszelkie
przesłanki mówiły, że tak się stanie.
Stało się inaczej.
Dziś Irlandia pędzi. Plac budowy. Drożyzna. Roje szukających
pracy z krajów świeżo przyjętych do Unii Europejskiej. Już
się tu nie urodzi ani James Joyce, ani Yeats. Już biedni "Ajrisze"
nie będą zapełniać slumsów angielskich. Irlandczycy porzucili
lenistwo, postawili na bogactwo. Niektórzy uważają, że już
dziś Dublin aspiruje do miana bankowego centrum Europy.
A czy byśmy i my tak nie mogli? Jakiej potrzeba siły sprawczej,
żeby dokonać takiej mentalnej zmiany w społeczeństwie? Przykład
Irlandii pokazuje mi, że jest to możliwe.
*
Mamy za sobą 15 lat wolnej gospodarki. Mąż poszedł do naszej
spółdzielni mieszkaniowej z płatnościami. Duży barak, dużo
pokoi. Wszedł. Urzędniczka rozmawia przez telefon: "Jeżeli
chcesz mieć prawdziwie francuskie, to żadna wódka, spirytus.
Tak. Nie za gęste, bo będzie twarde...". Mąż chrząka. Bez
reakcji. "Nie ugniatać, tylko rzucać bryłę ciasta o stolnicę...".
Mąż się odzywa. Warknięcie: "Zaraz". Trwało dziesięć minut,
nim zwróciła ku niemu twarz. "Chcę spłacić ratę kredytu mieszkaniowego".
"Nie u mnie, pokój 28". Mąż pod 28. Puka. Zamknięte. Czeka
dziesięć minut. Wraca do poprzedniczki. "A czy to moja wina,
że koleżanka wyszła?" - urzędniczka otwiera puderniczkę. Mąż
odsuwa z hukiem krzesło przy sąsiednim biurku, siada i mówi
takim tonem, że puderniczka wysuwa się urzędniczce z rąk:
"Czy pani zdaje sobie sprawę, że to ja pani płacę? Nie tylko
kredyt. Płacę pani pensję. Żeby nie my, spółdzielcy, straciłaby
pani pracę. Że w każdej chwili - głos wznosi się do unisono
- możemy panią wyrzucić?!". Czerwona jak burak urzędniczka,
cichutko: "Poproszę te pieniądze; sama zaniosę koleżance.
A tu kwit dla pana".
*
Pierwszy możliwy dzień, kiedy wciąga się nosem wiosnę, kiedy
pączki na krzakach pękają, kiedy palemki, kiedy kolejki na
Krakowskim Przedmieściu do Grobu Pańskiego, kiedy święconki
i jajko.
Kiedy dwuletnią wnuczkę Gabrielę wzięłam na groby, krzyczała
ze strachu. Leżące ciało Chrystusa. Czuła, że stała się tu
krzywda. Jak będzie w tym roku, kiedy ma cztery lata?
Warszawa, Wielkanoc 2005 r.
|