[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 25 marca 2005


EWA BERBERYUSZ

Kartki
ze skażonej strefy


Stanisław Lem napisał kiedyś, iż jego ulubiona Madeleine Albright powinna nosić dłuższą spódniczkę. To samo powiem o swojej ulubionej Zycie Gilowskiej, kandydatce na wicepremiera lub ministra finansów Platformy Obywatelskiej. Co prawda, w przeciwieństwie do pani Albright, Gilowska ma co pokazywać. Jej nogi i figura są równie świetne co umysł, dowcip, wdzięk trochę małej dziewczynki (która jednak odróżnia miliony od miliardów), poczucie humoru i riposty. Patrzyłam na jej słowny pojedynek z Władysławem Frasyniukiem, też przecież pyskatym, i myślałam: "Ale kolanka mogłaby zakryć". Tak jak swego czasu zakryła je Jolanta Kwaśniewska. Wiem, że kobieta, którą tak hojnie obdarzyła natura, ma pokusę do ujawnienia walorów, jednak pozycja zobowiązuje. Ale do rzeczy.

Moim marzeniem byłoby, żeby Frasyniuk powiedział do Gilowskiej: "Ach, jak chciałbym mieć panią w swoich szeregach...". Nie powiedział. Chyba zmroziły go "komuchy", którymi szermowała pani Zyta.

"Komuchy", wyzwisko tak już nieaktualne, tak martwe! Komuchy jako całość nie są groźne. Dobrze robią Mazowiecki z Frasyniukiem, tworzący Partię Demokratyczną, nie pytając o dawną przynależność partyjną. Wobec szybkości dziejącej się historii "komuch" zbladł. Pytają, i owszem, co robił ten czy ów z czerwoną legitymacją. Czy krzywdził. Czy kradł. Czy się panoszył. Owszem, jest selekcja, ale nie oparta wyłącznie na legitymacji. Nawet nie oparta na strzeleniu głupstwa w pierwszej chwili stanu wojennego (casus Niezabitowska). I to mi się podoba, to uważam za słuszne, chociaż sama żadnej legitymacji partyjnej nie miałam i mieć nie zamierzam.

Mam jednak marzenia obywatelskie. Połączenia programu Platformy Obywatelskiej, zwłaszcza, co podkreślam - z jego głęboko idącym odchudzeniem administracji, tak żeby społeczeństwo poczuło ulgę, z humanistyczną postawą demokratów, z ich dostrzeganiem "nieudacznych", których przecież nie zrzucimy z Tarpejskiej Skały.

Tymczasem ludzie Platformy wytykają bez końca: "komuch, komuch, komuch". "Komuch", więc nie do wzięcia. Dziwię się Donaldowi Tuskowi, którego miałam za osobę o szerszej wizji, w której "komuch" wart jest machnięcia ręka. Bo słowo "komuch", powtarzam, ma już dla mnie znaczenie wręcz folklorystyczne i w poważnej dyskusji nie powinno się już nim posługiwać. "Komuchy" jako kość niezgody między Platformą a tworzącą się Partią Demokratyczną - śmieszą i straszą. Wstyd mi za Zytę Gilowską, która w starciu z Frasyniukiem ucinała merytoryczną dyskusję słowem "komuch".

Platforma Obywatelska zrobiłaby lepiej kasując alians z Prawem i Sprawiedliwością, która to partia coraz bardziej popada w chorobę spiskową. Śledzenie spisków jako program rozwoju kraju. Boże kochany! Braci Kaczyńskich nic już nie zmieni. Taka ich uroda. Mają to we krwi. Jakże rozsądny człowiek może się z nimi wiązać?! Rozumiem: arytmetyka wyborcza. Ale co zaraz potem?

Czy nie lepiej pójść w parze z tworzącym się ruchem demokratów? Tak, zgoda, ruch ten wyrasta z Unii Wolności, która się nie popisała. Ale dziś to zupełnie inna jakość. Byłam na spotkaniu pod hasłem "Ci, którzy nie chcą być obojętni". Tłum zapełnił piękną halę Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego. Tłum nieobojętnych. Rosłam, słuchając krótkich dorzecznych wystąpień, szczególnie bardzo młodych ludzi z różnych sfer. Owszem, byli starzy unijni wiarusi, ale nie oni dominowali. Był "komuch" Jerzy Hausner, był "komuch" Marek Belka i "komuch" Dariusz Rosati. Wszyscy moi ulubieńcy. Rosati powiedział, że dobrze wykształconemu ekonomiście przynależność do partii ortodoksyjnie lewicowej nie mieści się w głowie. Demokraci mają przecież być wymierzonym cyrklem centrum. To ekonomia trawi.

Prawdę powiedziawszy, od dziecka ciągnęło mnie na lewo. Może dlatego tak bardzo polubiłam panią Lidię Ciołkoszową w Londynie, Jana Józefa Lipskiego w Warszawie. Ale również od dziecka wiedziałam, że "na lewo", czyli socjalizm - nawet w najczystszej formie - to utopia. Nie da się ziścić i trwać. Biurokracja zeżre szlachetne intencje.

Więc centrum! Ludzie zebrani w BUW-ie poddali się jakiemuś uniesieniu, jakby uwierzyli, że można wyjść z trzęsawiska, w jakim grzęźnie Polska. Oby nie był to tylko nastrój chwili!

Piszę o tym spotkaniu z naiwnym entuzjazmem, bo nie chcę umrzeć w Polsce chorej, gdzie wszystko dzieje się na opak, w Polsce utopionej w walkach personalnych, korupcji traktowanej jako normę, ślepej na to, co jest jej dobrem.

Nie mam wiele czasu. Koniec mój bliski, nie tylko ze względu na metrykę, ale na zupełną niepotrzebność ludzi starych.

Byłam niedawno na wręczeniu dorocznej Nagrody im. Dariusza Fikusa. Dziennik Rzeczpospolita organizuje ją w Łazienkach, w Teatrze Stanisławowskim. Po części oficjalnej - bankiet. Ludzie rzucili się do bogato zastawionych bufetów. Ja też, bo zmarzłam. I wszystko byłoby dobrze, gdybym nagle nie poczuła swojej absolutnej zbędności. Nie z powodu wieku, byli tam i starzy znajomi, słaliśmy sobie smętne uśmiechy. Z powodu zupełnego oddzielenia tych w średnim wieku, w uderzeniu zawodowym, od starszych.

Stałam przy tym samym stoliku z dymiącym talerzem i kieliszkiem Cote du Rhone co trójka asów medialnych. Niegdysiejsi "pampersi". Piliśmy i jedli. I nagle poczułam swoją odrębność. Jakbyśmy nie należeli do tego samego gatunku - ludzi. Omiatali mnie niewidzącym wzrokiem. Gdybym się odezwała, czuliby się zaskoczeni. Nasze rękawy ocierały się o siebie, ale w gruncie rzeczy było tak, jakby oddzielały nas lata świetlne. Nie pojęliby, że do nich mówię. Ich oczy szukały swojej ferajny, instynktownie omijając starość.

Złe wychowanie? Zupełny brak zsocjalizowania w sytuacji towarzyskiej? Zapewne. Moja gorycz wobec przemijania? Zapewne też.

Skoro już jestem przy Rzeczpospolitej (drugi co do ważności po Gazecie Wyborczej dziennik), dbającej o poziom merytoryczny i poprawność językową. Otóż bystre oko felietonisty Polityki Jerzego Pilcha wytropiło w historycznym artykule w Rzeczpospolitej, traktującym o inwigilowaniu Pawła Jasienicy, zwrot: "kiedy I sekretarzem PZPR był Wiesław Gomułka". Jednocześnie autorka wyśmiewa matołectwo ówczesnej ubeckiej dziennikarki donoszącej, że mszę po śmierci Jasienicy odprawił kardynał Wojdyło.

Daleko łatwiej rozumiem się z pokoleniem szkolnym, licealnym, studenckim. Nie odrzucają starszych, traktują - w moim pojęciu - normalnie, spontanicznie przechodzą na "ty". Czy rośnie nam nowa jakość, czy jest to moda chwili?

Po wstępnym zebraniu demokratów sondaż poleciał im w górę do 12%. Ale już po paru dniach spadł o połowę. Zrozumiałe, ludzie czekają na konkretny program, w punktach. Tego jeszcze nie pokazali. Czas goni. Spieszcie się.

Wszystko inne jest mi obojętne: roszady partyjne, stawiennictwo bądź nie prezydenta przed sejmową komisją śledczą do spraw Orlenu są sprawami ludzi odchodzących. Jasne, że wszyscy oni wiją sobie teraz czym prędzej ciepłe gniazdka, dziś myśl ich biegnie ku fortunie. I niech tak zostanie. Niech się już nie czepiają rządów.

*

Ostatnio miałam urwanie głowy w domu. Amerykańska synowa pakowała się. Bez końca ważenie waliz i tobołów. W bagażu ręcznym miała pięć sztuk. Gdy zobaczyłam ją za szybą odprawy, objuczoną, wyglądała jak nowojorska bezdomna.

Gdyśmy poprzedniej nocy, spocone, zmęczone, próbowały upchnąć dobytek do dozwolonych gabarytów, pomyślałam: jak to jest, być biednym w Ameryce.

Wiadomo, że nie każdemu z emigrantów solidarnościowych powiodło się. Moim dzieciom - nie. Do czego, trzeba przyznać, walnie przyczynił się rozwód. Mieszkanie na antypodach kontynentu. Dziecko przelatujące od mamusi do tatusia.

Gdy zapytałam zmordowaną synową, po co zabiera tyle ciuchów, odpowiedziała: "A od czego są garage sales?".

Siądzie przed domem, rozłoży, co jej niepotrzebne, i po cencie, dwóch, po dolarze - sprzeda. Jak się ma mało, człowiek zadowala się małym. Kiedyś myśmy kupowali w ichnich lumpeksach, sprzedając w Polsce. Teraz kalkulacja się odwróciła.

Pamiętam, za komuny z dziką weną przemycałam z Londynu moherowe berety. Najlepszy przelicznik. Były zręczne w pakowaniu. Gdzie ja ich nie upychałam! Moherowy beret był szczytem komunistycznej elegancji. A teraz? Kto jest symbolem "moherowego beretu"? Radio Maryja. Szwadrony starszych pań w moherowych beretach.

Moją synową czeka jeszcze przeprawa z synem o psa. O dziecko przestali się kłócić - wyrosło. Ale został pies. Mała kulka znaleziona na szosie, która zrobiła się potężnym labradorem. On chce psa i ona chce psa. Formalnie jest jej własnością, ale przywiązał się do pana, gdy pani wyjechała. Więc chyba w Nowym Jorku znów się przepakuje. Zostawi ciuchy, a weźmie klatkę z psem. A syn będzie cierpiał w wielkim domu. Powinni pozostać razem. Parafrazując Wisławę Szymborską: "tego nie robi się psu".

Byłam przed laty w Dublinie i myślałam sobie: Boże broń coś tu zmieniać. Niech będzie sennie, w otoczce ciepłej, wilgotnej mgiełki przez słońce. Ludzie w otwartych drzwiach pubów niech sączą majestatycznie kufle z brązowym płynem. Żadnego pośpiechu, ani w ruchu ręki, ani w przełykaniu, ani w chodzeniu. Rozkoszowanie się życiem takim, jakie jest. Dużo wolnej przestrzeni między domami, dużo zieleni. Miasto-ogród. Ciche, przyglądające się sobie...

Niech jeden taki kraj zostanie na zachodnim krańcu Europy. Nie przejmujący się pędem do sukcesu i posiadaniem. Niech płodzi poetów, marzycieli, smakoszy autentycznego życia. Wszelkie przesłanki mówiły, że tak się stanie.

Stało się inaczej.

Dziś Irlandia pędzi. Plac budowy. Drożyzna. Roje szukających pracy z krajów świeżo przyjętych do Unii Europejskiej. Już się tu nie urodzi ani James Joyce, ani Yeats. Już biedni "Ajrisze" nie będą zapełniać slumsów angielskich. Irlandczycy porzucili lenistwo, postawili na bogactwo. Niektórzy uważają, że już dziś Dublin aspiruje do miana bankowego centrum Europy.

A czy byśmy i my tak nie mogli? Jakiej potrzeba siły sprawczej, żeby dokonać takiej mentalnej zmiany w społeczeństwie? Przykład Irlandii pokazuje mi, że jest to możliwe.

*

Mamy za sobą 15 lat wolnej gospodarki. Mąż poszedł do naszej spółdzielni mieszkaniowej z płatnościami. Duży barak, dużo pokoi. Wszedł. Urzędniczka rozmawia przez telefon: "Jeżeli chcesz mieć prawdziwie francuskie, to żadna wódka, spirytus. Tak. Nie za gęste, bo będzie twarde...". Mąż chrząka. Bez reakcji. "Nie ugniatać, tylko rzucać bryłę ciasta o stolnicę...". Mąż się odzywa. Warknięcie: "Zaraz". Trwało dziesięć minut, nim zwróciła ku niemu twarz. "Chcę spłacić ratę kredytu mieszkaniowego". "Nie u mnie, pokój 28". Mąż pod 28. Puka. Zamknięte. Czeka dziesięć minut. Wraca do poprzedniczki. "A czy to moja wina, że koleżanka wyszła?" - urzędniczka otwiera puderniczkę. Mąż odsuwa z hukiem krzesło przy sąsiednim biurku, siada i mówi takim tonem, że puderniczka wysuwa się urzędniczce z rąk: "Czy pani zdaje sobie sprawę, że to ja pani płacę? Nie tylko kredyt. Płacę pani pensję. Żeby nie my, spółdzielcy, straciłaby pani pracę. Że w każdej chwili - głos wznosi się do unisono - możemy panią wyrzucić?!". Czerwona jak burak urzędniczka, cichutko: "Poproszę te pieniądze; sama zaniosę koleżance. A tu kwit dla pana".

*

Pierwszy możliwy dzień, kiedy wciąga się nosem wiosnę, kiedy pączki na krzakach pękają, kiedy palemki, kiedy kolejki na Krakowskim Przedmieściu do Grobu Pańskiego, kiedy święconki i jajko.

Kiedy dwuletnią wnuczkę Gabrielę wzięłam na groby, krzyczała ze strachu. Leżące ciało Chrystusa. Czuła, że stała się tu krzywda. Jak będzie w tym roku, kiedy ma cztery lata?

Warszawa, Wielkanoc 2005 r.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail