PRZEMYSŁAW GULDA
Śląski desant
kulturalny
Ubiegły
rok należał do nich! I wygląda na to, że to dopiero początek,
że grupa młodych twórców związanych ze Śląskiem pokaże w najbliższym
czasie, jak duży tkwi w nich potencjał.
Wielki szum medialny wokół całej sprawy powstał bardzo szybko.
Ale też i nie bezpodstawnie. Pierwszym sygnałem, że dzieje
się coś ważnego, był deszcz nagród, jakie spadły na film Pręgi
na zakończonym we wrześniu Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych,
w tym - najważniejszy laur imprezy - Złote Lwy. W parę dni
później laureatem Nagrody Nike, jednej z najbardziej prestiżowych,
a z pewnością - najgłośniejszej we współczesnym polskim życiu
literackim został Wojciech Kuczok, autor powieści Gnój,
na podstawie której powstały Pręgi. Sam Kuczok był
zresztą autorem scenariusza do tego filmu, w którym pojawiły
się także wątki z jego wcześniejszych opowiadań.
W mediach zaroiło się od wywiadów z obojgiem laureatów, którzy
konsekwentnie podkreślali, że chcą współpracować ze sobą w
przyszłości, że mają ambicję stworzenia wokół siebie grupy
współpracowników, że - na dodatek - silnie eksponują swoje
związki ze Śląskiem. Niezwykle ważne okazało się poparcie
i otwarta sympatia, którą okazywał im na każdym kroku Kazimierz
Kutz - istny patron śląskiej kultury. To wszystko wystarczyło,
żeby pojawiło się hasło o śląskim desancie na polską kulturę.
Desancie, który już nieźle się popisał, ale ma jeszcze ambitniejsze
plany.
Dokumenty, proszę
Magda Piekorz, osoba spośród całej tej grupy wysunięta zdecydowanie
przez media na pierwszy plan, choć niezwykle młoda, ma już
całkiem okazały dorobek filmowy. Ale jak do tej pory mało
kto o tym wiedział, bo specjalizowała się przede wszystkim
w filmie dokumentalnym, a więc tej odmianie sztuki filmowej,
która w Polsce jest bardzo niedoceniana i niedowartościowana.
Praktycznie całe jej życie związane jest z Katowicami, tu
dorastała, tu studiowała - skończyła śląski odpowiednik słynnej
łódzkiej filmówki, a więc Wydział Radia i Telewizji Uniwersytetu
Śląskiego w Katowicach. Już w trakcie studiów zabrała się
za realizację filmowych dokumentów - z wielkim powodzeniem:
jej prace pokazywane były w publicznej telewizji, w popularnym
cyklu "Czas na dokument", zyskiwały nagrody najważniejszych
festiwali poświęconych tej formie sztuki filmowej. Za debiutancki
obraz Dziewczyny z Szymanowa otrzymała Brązowego Lajkonika
XXXI Ogólnopolskiego Festiwalu Filmów Dokumentalnych i Krótkometrażowych
w Krakowie, za Przybyszów - Grand Prix Festiwalu Euroshorts
w roku 1999.
Potem artystka pracowała za granicą - jej kolejne filmy to
owoc wędrówek po Europie (Jugosławia, Istria) i po Stanach
Zjednoczonych - tu, dla polskiej telewizji TVN, powstał 25-odcinkowy
serial dokumentalny Chicago, którego Piekorz była współreżyserką.
Wreszcie nadszedł czas na debiut fabularny. Piekorz wzięła
się za barki z bardzo trudnymi tematami: przemoc domowa, trauma
dzieciństwa, dziedziczenie zła. I - jak przekonują wszystkie
pozytywne recenzje, które zyskało to dzieło i spora liczba
nagród, które przyniosło - poradziła sobie znakomicie. Mroczny,
ciężki film rozgrywa się w dwóch planach czasowych. Pierwszy
to lata 80. ub. wieku i bolesna historia ojca, który - choć
nie pozbawiony swoistej rodzicielskiej miłości - krzywdzi
na każdym kroku swego kilkuletniego syna: mocnym słowem, ciężką
ręką albo skórzanym pasem. Drugi wymiar filmu to współczesna
historia tego samego chłopca, który staje na progu dorosłości
i okazuje się, że nosi w sobie zalążki tych samych cech, których
nienawidził u swego ojca. Żyje samotnie, unika bliskich kontaktów
z innymi ludźmi, chroni się przed jakąkolwiek bliskością ucieczką
do pustego i smutnego domu oraz - w symboliczne wręcz w tym
kontekście hobby, którym są wędrówki po jaskiniach.
Gorzki film kończy się jednak bardzo optymistycznie - siłą
wyzwalającą bohatera z psychicznej pułapki okazuje się miłość.
Reżyserka wielokrotnie podkreślała, jak bardzo zależało jej
na pozytywnym, niosącym optymizm zakończeniu. Do tego stopnia,
że namówiła autora scenariusza do zmiany początkowych planów,
w myśl których ta historia wcale nie miała zmierzać w kierunku
światełka w tym tunelu przenoszonego z pokolenie na pokolenie
zła.
Jeden za wszystkich...
Reżyserka z łatwością porozumiała się ze scenarzystą - nie
dość, że pochodzili z tego samego zakątka Polski, to ich drogi
przypadkowo stykały się ze sobą kilkakrotnie, by wreszcie
spleść się na dobre w oryginalnym związku artystycznym.
Wojciech Kuczok wywodzi się ze Śląska i choć za sprawą studiów
przez dłuższy czas mieszkał w Krakowie, ostatnio dzieli swój
czas między stolicę Małopolski a krainę kopalń.
Kuczok debiutował tomikiem prozy Opowieści samowite,
później były zbiory opowiadań, a wreszcie - powieść Gnój.
Dzieło od samego początku zbierało bardzo pozytywne opinie
zarówno wśród krytyków, jak i czytelników. Szybko pojawiły
się liczne nagrody, spośród których najcenniejsza jest wspomniana
wcześniej Nike.
Pisarz chętnie zgodził się na współpracę z Piekorz, przygotowując
scenariusz na podstawie motywów ze swoich opowiadań i powieści,
uzupełnionych o nowe wątki i postacie.
Po oszałamiającym wprost sukcesie ekranizacji Pręg para
artystów kontynuowała współpracę. Jej wynikiem był przygotowany
na scenie warszawskiego teatru Centrum Sztuki Studio monodram
Doktor Haust - mroczna niemal tak samo jak Pręgi
opowieść o psychoterapeucie, który próbuje leczyć ludzi, ale
sam jest chory - jest nałogowym alkoholikiem. Spektakl, powstały
na podstawie jednego z opowiadań Kuczoka, adaptowanego przezeń
na potrzeby sceny, był odważnym wejściem do teatru grupy twórców,
którzy w sensie profesjonalnej współpracy nigdy nie mieli
z nim do czynienia. Doktor Haust spotkał się raczej
z chłodnym przyjęciem ze strony krytyki, ale to bynajmniej
nie ostudziło entuzjazmu jego twórców do dalszych wspólnych
działań.
Nie miałyby one sensu, gdyby nie jeszcze kilka współpracujących
z Piekorz i Kuczokiem osób. Na plan pierwszy wysuwa się oczywiście
aktor, który zagrał najważniejsze role zarówno w filmie, jak
i spektaklu - Michał Żebrowski. Sam co prawda jest warszawiakiem
z krwi i kości, ale znakomicie czuje się w otoczeniu śląskich
artystów.
- Przecież wiadomo, że nie jest ważne, skąd kto pochodzi,
ale jaka jest sztuka, którą tworzy - wyjaśnia aktor. - Podziwiam
odwagę tych ludzi, podziwiam w nich to, że nigdy nie idą na
skróty. Współpraca z nimi jest prawdziwą przyjemnością, a
zarazem artystycznym wyzwaniem. Mam nadzieję, że będę miał
jeszcze okazję coś wspólnie z nimi zrobić.
Żebrowski może zawdzięczać współpracy z Piekorz i Kuczokiem
przede wszystkim wyrwanie się z coraz bardziej mu chyba uwierającej
szufladki mistrza pierwszoplanowych ról w kinie skrojonym
z lektur szkolnych. Taką pozycję zapewniły mu przede wszystkim
adaptacje wiekopomnych dzieł, w których zagrał - w oczach
krytyki - dość papierowe role w Panu Tadeuszu Andrzeja
Wajdy i Ogniem i mieczem Hoffmana. Wielu recenzentów
podkreślało, pisząc o Pręgach, że w tym filmie Żebrowski
wreszcie mógł pokazać swój aktorski kunszt i mnogość środków
aktorskiego warsztatu.
Innym niezwykle ważnym współtwórcą tych działań jest operator
Marcin Koszałka.
On także, podobnie jak Piekorz, kończył studia na Wydziale
Radia i Telewizji w Katowicach - i zupełnie tak samo jak ona
- zaczynał od filmów dokumentalnych. Jego samodzielny debiut
z 1999 roku, autobiograficzny film Takiego pięknego syna
urodziłam, sprawił wiele zamieszania, przede wszystkim
za sprawą bardzo odważnej ekranowej wiwisekcji własnego życia
osobistego autora, a zwłaszcza jego stosunków z rodzicami.
Potem Koszałka skupił się jednak bardziej na sztuce operatorskiej,
czego wynikiem są bardzo wysoko oceniane zdjęcia do filmu
Pręgi.
Katowice, moja miłość
Cała ta grupa, wspierana jeszcze przez kilku innych współpracowników,
nadal pozostaje ze sobą w ścisłym kontakcie. Wspierają się
nawzajem i w miarę możliwości wspólnie przygotowują swe kolejne
prace. DarkLight Film Studio - bo pod taką nazwą oficjalnie
występuje grupa młodych artystów - ma już na koncie jedną
ważna produkcję - drugi film dokumentalny Koszałki, Jakoś
to będzie, podobnie jak pierwszy, niemal autobiograficzny,
będący swoistą kontynuacją Takiego pięknego syna urodziłam.
- Łączy nas przede wszystkim to, że podobnie myślimy, podobnie
czujemy, a przede wszystkim chcemy razem pracować - opowiada
Magda Piekorz. - Ale jednocześnie ważną nicią przebiegającą
gdzieś między nami jest przywiązanie do Śląska. To taki wspólny
mianownik. I nie chodzi tylko o to, że urodziliśmy się w tym
samym miejscu czy że tu się kształciliśmy. Do tego dodać jeszcze
trzeba zbliżone podejście do własnej pracy: konsekwentne i
poważne, a przede wszystkim: podobny sposób odczuwania świata.
Specyficzny śląski klimat bez wątpienia ma na nas znaczny
wpływ.
Takie myślenie o wspólnej pracy opiera się w przypadku tej
specyficznej grupy na dwóch fundamentach, wywodzących się
jeszcze z lat 70. ub. wieku. Pierwszą inspiracją, do której
zresztą członkowie grupy chętnie się przyznają, są działające
w tamtych czasach w Polsce zespoły filmowe - grupy ludzi,
zajmujących się wspólnie tworzeniem filmów, ludzi, między
którymi zawiązywała się zupełnie niepowtarzalna więź oparta
na wspólnocie przeżyć, uczuć i sposobów patrzenia na świat.
Te związki owocowały bardzo często oryginalnymi, głębokimi
filmami, w których widać było pasję, zaangażowanie, a zarazem
- wzajemne zrozumienie między ich współtwórcami.
Nic więc dziwnego, że producentem Pręg był Krzysztof
Zanussi, szef zespołu filmowego "Tor", wykładowca na WRiTV
i wybitny reżyser, który stał się także opiekunem filmu. To
zresztą on skojarzył artystycznie swoją byłą studentkę i młodego
pisarza, to za jego sprawą wizje Piekorz i Kuczoka mogły się
spotkać.
Drugim źródłem inspiracji, a zarazem nieformalnym patronem
tej grupy stał się Kazimierz Kutz, jeden z najważniejszych
artystów polskiego kina, związany bardzo silnie ze Śląskiem
i wspierający ten region w każdy możliwy sposób - czy to dziełami
artystycznymi, czy też działaniami politycznymi, które w tej
chwili zdają się być bliższe twórcy zasiadającemu w fotelu
wicemarszałka Senatu RP.
- Kiedy ta grupa się pojawiła, nikt się jej chyba nie spodziewał
- mówi Kutz - ale od jakiegoś czasu wyraźnie widać powrót
wzmożonej tożsamości regionalnej w tej części kraju. Nic dziwnego
- to przecież rejon bardzo bogaty w oryginalną tradycję, uwolnioną
niedawno przez demokrację. Najważniejsze jest to, że ci artyści
są na tyle oryginalni i utalentowani, że tworzą dzieła z jednej
strony głęboko zakorzenione w regionalnej tradycji, ale jednocześnie
uniwersalne.
A ci, tak honorowani przez Kutza artyści, jasno stwierdzają,
że chcą iść jego drogą, kontynuować podtrzymywaną przez niego
tradycję w polskiej kulturze.
- Nie mam wątpliwości, że Śląsk jest nam bardzo drogi i nie
chcemy, żeby stracił swą wyjątkową tożsamość - tłumaczy Piekorz.
- Pamiętam, że kiedyś podczas Barbórki orkiestra górnicza
budziła mnie bladym świtem. Dziś tego już nie ma. To tylko
drobny przykład, ale takich śląskich tradycji jest bardzo
wiele: nieco może staroświecki z dzisiejszego punktu widzenia
model rodziny, szacunek dla pracy itp. Warto o tym wszystkim
mówić, warto podtrzymywać te mity, utrwalać to, co ważne.
Takiemu celowi będzie wyraźnie służył najnowszy projekt grupy
skupionych wokół Piekorz twórców. Ma to być film fabularny,
którego tłem będzie dzisiejsza sytuacja Śląska - z podupadłymi
ekonomicznie, często bankrutującymi kopalniami i ludźmi tracącymi
z dnia na dzień pracę i pozycję społeczną. Jeśli wszystko
pójdzie zgodnie z planem, ten film może się stać kolejnym
ważnym dziełem śląskiego desantu na polską kulturę.
|