[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 1 kwietnia 2005


GRAŻYNA DRABIK

Nowojorska kronika
(teatr)

Zanim jeszcze cokolwiek zdąży się wydarzyć na scenie, widownia pulsuje energią oczekiwań prawie pewnych swego spełnienia. Baśniowa oprawa, zaproponowana z nutką ironii przez Tima Hatleya, podbudowuje oczekiwania. Zaś podwójna "uwertura" - skoczny wstęp do opowieści niby to rozgrywającej się w Finlandii oraz pseudonaukowe wprowadzenie bardzo poważnego i bardzo zagubionego Historyka (Christian Borle) - podnosi temperaturę sali do białej gorączki.

Kiedy przy postukiwaniu skorupek kokosa udających stukot kopyt wjeżdża wreszcie na scenę bezkonny Król Artur (świetny Tim Curry rozgrywający rolę z pełną powagą i niezachwianym dobrym humorem) razem ze swym wiernym sługą Patsy (Michael McGrath smakowicie zbyt inteligentny na tak pokornie usłużną pozycję), publiczność wybucha gromkim a szczęśliwym śmiechem. Ten szczęśliwy śmiech będzie do samego końca towarzyszył Królowi Arturowi i jego rycerzom-nieudacznikom: wzniosłemu Lancelotowi (Hank Azaria, który dodaje godności nawet najgłupszej scenie), próżnemu Galahadowi (Christopher Sieber wymowny w gestach), Bedevere (Steve Rosen, który potrafi zagrać naiwnego durnia bez uszczerbku na honorze). Śmiech będzie wyprzedzał absurdalne konkluzje ich antyheroicznych przygód. Punktował z satysfakcją galimatiasy antydialogów. Nagradzał kąśliwe czy pogodne refreny piosenek.

Że większość gagów powtarza żywcem albo odbija echem swojskie sceny z Monty Python and the Holy Grail, filmu sprzed trzydziestu lat? Nieważne. Że wątek narracyjny jest cieniutki i błahy? Nic nie szkodzi. Że z szóstki natchnionych komediantów tworzących zwariowany kabaret - pięciu Brytyjczyków (John Cleese, Graham Chapman, Terry Jones, Michael Palin i Eric Idle) oraz jednego Amerykanina (Terry Gilliam) - ostała się tylko dwójka? Trudno, ale za to jaka energiczna! Idle troi się jako autor tekstów, kompozytor i ogólny animator projektu przeniesienia komedii z małego i dużego ekranu na scenę. Cleese przemawia z zaświatów donośnym głosem Pana Boga. Łączą zaś swe siły z doświadczeniem Mike'a Nicholsa oraz z licznym a udanie dobranym zespołem (gdzie między innymi popisuje się niespodziewanym komicznym talentem David Hyde Pierce, znany z roli neurostanicznego psychiatry Nilesa Crane'a w serialu Frasier). Zespół z niespożytą energią najwyraźniej ma zamiar zabawiać nie tylko publiczność, ale i samych siebie. Że artystom udaje się to w pełni? Wiwat!

Podstawą tego tryumfu jest ogromny zapas sympatii, jaką Monty Python zbudował sobie przed laty anarchistyczno-absurdalnym programem telewizyjnym "Latający cyrk" oraz filmami Święty Graal i Życie Briana. Nostalgia za tamtą Arkadią towarzyszyła samym twórcom od początku projektu. Eric Idle wspomina w programie, jak pewnego razu John Cleese zajrzał do teatru w czasie prób: "Siedzieliśmy obaj w łzach, bo było coś wzruszającego, wspaniałego i podbudowującego w przyświadczaniu, jak aktorzy odgrywają zabawne skecze, które napisaliśmy 30 lat temu. No i istnieją one znowu teraz, w innej formie - ale równie zabawne. Wydaje mi się, że nam wszystkim ´Pythonomª to widowisko przyniesie dużo wzruszenia i radości".

Dodam jeszcze, że na szczęście Spamalot jest nie tylko nostalgicznym wspomnieniem i odgrzewaniem starych gagów. Nowej energii dodają teatralnej wersji dwie innowacje. Po pierwsze, krąg samych mężczyzn przerwała Panna Wodna. Jej ziemskim wcieleniem jest Sara Ramirez - szeroko roześmiana, niewinna i pikantna zarazem, prosto z baśni i z szelmowskiej kpiny. Panna wyśniona przez Króla Artura, ale i królowa we własnej domenie, przewodząca bandzie energicznych "Laker Girls".

Po drugie, do dawnego wątku antyprzygód Rycerzy Okrągłego Stołu został zgrabnie włączony drugi: poszukiwanie "świętego graala" w postaci sukcesu na Broadwayu. Pozwala to na szereg żartów-odnośników do chwytów typowych dla dzisiejszych musicali, na satyrę ze sztampy i pretensjonalności.

I tak otrzymujemy rzadkość nad rzadkościami: dobrą zabawę, która nie wymaga całkowitego zawieszenia umiejętności myślenia. Komedię, która bawi nie raniąc oka brzydotą blichtru i wulgarności. Musical otwarcie wyśmiewający się z konwencji musicalu.

*

Całkowitą klęską było przedziwne widowisko pod pretensjonalnym tytułem A Very Naughty Greek Play (Utopia Parkway). P. W. Meineck i Robert Richmond, kierujący Aquila Theatre Company (brytyjskim zespołem osiadłym na stałe w Manhattanie), obiecywali złote góry złośliwości i zabawy w uwspółcześnionej wersji antycznej komedii Osy. Z satyry Arystofanesa ostało się tu niewiele. Natomiast zaroiło się od monotonnie wulgarnych żartów, głównie odnoszących się w tej czy innej formie do męskiego przyrodzenia oraz do ogólnoludzkiej tylnej części poniżej pleców.

Jedynym powodem, dla którego w ogóle wspominam o tym nie-wydarzeniu jest to, że grupa inteligentnych w końcu ludzi, czytających, piszących, ambitnych, może wymyślić i doprowadzić do realizacji czegoś tak głupiego, bez wdzięku i bez sensu. Nawet aktorzy wydawali się zażenowani przypisanymi im rolami. Oprócz wygłaszania miernych kwestii, musieli strasznie się uwijać fikając koziołki, tłukąc się nawzajem różnymi rekwizytami, oraz co chwila nawołując publiczność do sloganowych okrzyków lub do innych form niby współudziału. Straszne. (Aquila Theatre Company, przedstawienia 3-20 marca, Baruch Performing Arts Center.)

*

Ze szczególną przyjemnością zwrócę uwagę raz jeszcze na twórczość Stephena Adly Guirgisa i uparte działanie Philipa Seymoura Hoffmana. Ich ostatnie wspólne przedsięwzięcie - The Last Days of Judas Iscriot w The Public Theatre - jest nie w pełni udane, lecz mimo tego nadzwyczaj ciekawe.

Już sam fakt, że sztuka Guirgisa bierze na kanwę problemy religijne i etyczne jest wyjątkowy. A to, że traktuje je z powagą, wręcz z pewną wzniosłością, jest zdumiewający. Nie pamiętam, kiedy miałam okazję w Nowym Jorku oglądać na scenie postacie z Nowego Testamentu przedstawiane nie po to, by je postawić pod pręgierzem śmiechu, ani by wydawać nad nimi osąd. A tutaj, bez ironii i bez oskarżeń zaroiło się od świętych Piłatów, Judaszów, Marii Magdalen... Jezus pochyla się nad grzesznikiem. Jego pełen pokory i czułości gest taki właśnie ma być: pokorny i czuły. Czy naprawdę widzę to na scenie? Czy to nie majaki?

Sztuka rozgrywa się na trzech poziomach - nieba, czyśćca i piekła, z padołem ziemskim przywoływanym we wspomnieniach. Gdzieś w czyśćcowych czeluściach odbywa się sąd nad Judaszem. Oskarżycielem pewnym nieuchronnego zwycięstwa jest Yusef El-Fayoumy (Yul Vazquez), prokurator z piekła rodem, sprytnie schlebiający silnym, uwodzicielski wobec słabszych, wykrętnie manipulujący każdym. Jego świadkami będą Poncjusz Piłat, Kajfasz i sam Szatan (bardzo ciekawie, gładko i nonszalancko zagrany przez Erica Bogosiana). Obrońcą, Fabiana Aziza Cunningham (Callie Thorne), odpokutowująca swe ziemskie ekscesy w czyśćcowym oczekiwaniu. Ona z kolei będzie liczyć na świadectwo matki Judasza, na wstawiennictwo św. Moniki, na potwierdzenie przez Kajfasza, że Judasz żałował swego gestu, że pragnął wycofać się z zawartego zdradzieckiego porozumienia.

Wszystkiego jest tu za dużo, za hałaśliwie, za ambitnie. Połowa aktorów ma kłopoty z dykcją. Zderzają się przeróżne akcenty - aktorów hiszpańsko-języcznych, afroamerykańskich, standardowo angielskich. Św. Monika przeklina jak energiczna przekupka. Św. Teresa jest uparcie głucha. Freud plącze się zadufany w swoich racjach. Judasz (w trudnej, niewdzięcznej roli sprawdza się Sam Rockwell) pozostaje tajemnicą, zamknięty w swoim milczeniu...

Sztuka pęka pod naporem emocji i elokwencji sprzecznych racji. Inscenizacja nie w pełni zamyka się w klamrach spójności. A mimo tego, Ostatnie dnie Judasza Iskariota są najlepszym przedstawieniem, jakie oglądałam w tym roku. Chodzi w niej bowiem o coś naprawdę ważnego. Nierozstrzygnięty do końca spór pozostawia nas z otwartym pytaniem. Piękny gest Jezusa pocieszającego Judasza odbija się echem wzruszenia. Jedna taka względna "klęska" jest więcej warta niż setka gładkich i zgrabnych błyskotek.

------------------------------------

Monty Python's Spamalot, scenariusz i słowa piosenek: Eric Idle, muzyka: John De Prez i Eric Idle, reżyseria: Mike Nichols, choreografia: Casey Nicholaw, scenografia i kostiumy: Tim Hatley, oświetlenie: Hugh Vanstone, dźwięk: Acme Sound Partners, efekty specjalne: Gregory Meeh, oprawa muzyczna: Todd Ellison, Larry Hochman i Glen Kelly. Występują: Hank Azaria (Lancelot i in.), Christian Borle (Prince Herbert i in.), Tim Curry (King Arthur), Michael McGrath (Patsy i in.), David Hyde Pierce (Sir Robin i in.), Sara Ramirez (The Lady of the Lake), Steve Rosen (Sir Bedevere i in.), Christopher Sieber (Sir Denis Galahad i in.). Premiera 17 marca, Shubert Theatre, 225 W. 44 St. przy Broadwayu.

Stephen Adly Guirgis, The Last Days of Judas Iscariot. Reżyseria: Philip Seymour Hoffman, scenografia: Andromache Chalfant, kostiumy: Mimi O'Donnell, oświetlenie: Japhy Weidman, dźwięk: Darron I. West. Występują: Eric Bogosian (Satan), Liza Colon-Zayas (Gloria, Mother Teresa), Jeffrey De Munn (Judge i in.), Yetta Gottesman (Mary Magdalene i in.), Craig "Mums" Grant (Matthias of Galilee i in.), Salvatore Inzerillo (Simon the Zealot i in.), Stephen McKinley Henderson (Pontius Pilate), Adrian Martinez (Sigmund Freud i in.), John Ortiz (Jesus of Nazareth), Sam Rockwell (Judas Iscariot), Elizabeth Rodriguez (Saint Monica i in.), Deborah Rush (Henrietta Iscariot), Yul Vazquez (Yusef El-Fayouny). Przedstawienia do 3 kwietnia, The Public Theatre, 425 Lafayette St.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail