[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 1 kwietnia 2005


Marek Kusiba

Żabką przez Atlantyk

Wiosenne
rozbiory

Święta spędziłem nad manuskryptem autobiografii przyjaciela, którą podjąłem się przygotować do druku. Każdy, kto wie, czym jest redagowanie tekstów przyjaciół, i to tekstów sumujących życie, mógłby zacząć mi współczuć. Nie w tym przypadku. Wielusetstronicowy tekst zaczyna się od zdanka obiecującego atrakcyjną lekturę: "Kiedy miałem siedem lat, ugryzł mnie wściekły pies". A dalej już jest według recepty Hitchcocka: zaczynamy od trzęsienia ziemi, a potem stopniowo zwiększamy napięcie.

Mój przyjaciel poznał życie we wszystkich jego kolorach, zanim jeszcze skończył 17 lat. Miał bowiem wątpliwe szczęście urodzić się w drugiej RP, rzucającej swe najlepsze dziatki na żer największej z wojen. III RP swym synom i córkom może co najwyżej zaoferować przedwczesny zawalik, zabójstwo w celach rabunkowych, ostrzał w Iraku lub spektakularny wypadek na strzeżonym przejeździe kolejowym. Na koniec świątecznego weekendu telewizję ogarnął triumfalizm: tego roku w "wielkanocnych wypadkach" - jak usłyszałem - zginęło "tylko" 20 osób; przed rokiem było o sześciu denatów więcej.

Myśmy za to wrócili cali i zdrowi z kilkukilometrowego spaceru wokół rozmarzającego jeziorka. Udało nam się nie ześlizgnąć po błocie do lodowatej wody, nie rozjechał nas też żaden z kierowców, zażywających świeżego, nadwiślańskiego powietrza zza swego zaczarowanego kółka. A swoją drogą trudno się dziwić tym ludziom, że na wiosenny spacer brzegiem rzeki czy jeziora zabierają ze sobą samochód. Minęliśmy kilka tak zwanych działek, ogrodzonych, ale pozbawionych bram, które skradziono, jak mnie poinformował dobrze poinformowany mój przyjaciel, trudniący się niegdyś także zawodem dziennikarza. Całe bramy, a także całe ogrodzenia, zasiliły, po upłynnieniu, kieszenie pracowników najszybciej rosnącej we współczesnej Polsce gałęzi przemysłu: złomiarstwa. Na działkach zionęły otwarte paszcze letnich domków, z wyłamanymi zimową porą drzwiami i oknami. Jemu samemu plądrowano domek regularnie co roku, a nawet częściej, dopóki nie wziął się na sposób i nie wprowadził na własną działkę na stałe, budując solidną, rodzinną siedzibę.

Wiosenne polskie rozbiory to w Polsce tradycja stara jak heterogeniczne małżeństwo. Przy czym namiętność do rozbierania Polek nie może się tu równać polskiej namiętności do rozbierania Polski. Punkty skupu złomu rosną wszędzie jak na drożdżach, a nowa klasa społeczna zbieraczy dumnie pręży pierś na ulicach polskich miast i miasteczek, taszcząc na spracowanych plecach worki pełne skradzionych zawiasów, kłódek, klamek, linii wysokiego napięcia, fragmentów szyn kolejowych - ciętych skradzionymi palnikami na kawałki mieszczące się w skradzionej walizce. Socjologowie oraz psycholodzy badający nastroje i stan umysłowy naszego społeczeństwa powinni częściej zaglądać do punktów skupu złomu i metali kolorowych. Znajdą tam płaskorzeźby z podobiznami niegdysiejszych autorytetów, odlany w brązie Dekalog skradziony z kościoła, orzełki kradzione z rogatywek, nie mówiąc o ułańskiej szabli skradzionej razem z ułanem i koniem. Znajdą też odpowiedź na złowieszcze pytania, stawiane już przez wieszczów: gdzie pędzisz, rodacze?

Jedna z odpowiedzi brzmi: na zebranie Związku Artystów Scen Polskich, wybrać nowego prezesa. Został nim niezłomny obrońca stanu wojennego Ignacy Gogolewski. W czasach, gdy jego koledzy z zawieszonego ZASP-u opuszczali telewizję, a niektórzy kraj, on manifestował poparcie i występował w najlepsze, przyprawiając sobie gębę na całe życie. Jak z tego wynika - przyprawianie sobie gęby popłaca, skoro Mistrz dostaje dziś poparcie od kolegów-aktorów nie mniejsze od poparcia, jakiego udzielił generałowi Jaruzelskiemu i wojskowej radzie.

Wniosek z tego wyboru na kilka miesięcy przed wyborami płynie także inny: zapotrzebowanie na metale i ludzi szlachetnych, na złom, ale i niezłomnych - nie słabnie. Możemy spać spokojnie, na emigracji i w kraju: wybiorą, jak zawsze, najlepszych z najlepszych. Natomiast narzekania Zofii Kucówny na krótką pamięć jej kolegów, którzy rzekomo zapomnieli o roli życia Gogolewskiego, popierającego swym niezłomnym talentem i charakterem niezłomnych obrońców obcych interesów, psu na budę się zdają. Budę, ma się rozumieć, wykonaną z żeliwnej budki suflera-czołgisty.

Idąc brzegiem dostrzegliśmy jeden jedyny, w pełni metalowy przedmiot, który obronił się przed złomiarzami, choć nikt w nim nie siedział w charakterze kierowcy, stróża czy sternika: poniemiecką łódź desantową, służącą także do budowy saperskich przepraw. Uchowała się ponad pół wieku dzięki niemieckiej solidności wykonania. Większość łódek miejscowej produkcji, zbijanych z desek i oblewanych smołą, została zdewastowana przez czas i wandali. Nieopodal poniemieckiej łodzi jakiś bogaty mieszkaniec ściął na opał dwie ogromne, kilkusetletnie wierzby. Ale płakać nad płaczącymi wierzbami nie będziemy, gdyż spełniły swój patriotyczny obowiązek i dumnie spłonęły w kominku rodaka. W końcu ukradł swoje, a nie cudze, polskie drzewa, rosnące na swojej, polskiej ziemi, a nie cudzej.

Na tej samej ziemi dorastał mój przyjaciel, właściciel przebogatej biografii, którą mógłby obdzielić wielu bohaterów współczesności. Wnioski z lektury jego tekstu są podobne do wniosków wypływających, jak woda spod lodu naszego jeziorka, z jednego spaceru wokół akwenu. Nasz mały, polski świat, jak i świat cały, choruje na przewlekłą wściekliznę. Każdy, kto dostał serię bolesnych zastrzyków po ugryzieniu przez nieznane zwierzę, może nie wierzyć w to, co teraz zwierzę - za moim przyjacielem. Wyznała mu pewna Cyganka, że mimo zastrzyków, co siedem lat jednak grozi mu wścieklizna. Obserwacje czynione na co dzień utwierdzają mnie tylko w przekonaniu, że była w błędzie: wścieklizna jest w naszych czasach chorobą codzienną, jak życie.

Marek Kusiba

 

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail