[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 15 kwietnia 2005


Marek Kusiba

Żabką przez Atlantyk

Teczka
innego koloru

Tegoroczne obchody 65. rocznicy zbrodni katyńskiej spotęguje znacznie żałoba po śmierci Papieża. O wiele pełniej i dobitniej zabrzmią głosy polityków i historyków w kontekście rozważań Jana Pawła II o naturze zła. Nieoczekiwanie Polacy otrzymali potężną dawkę materiałów pomocniczych w masowych nakładach książek Ojca Świętego, w których rozprawia się on z największymi plagami XX wieku - faszyzmem i komunizmem. Inaczej także patrzymy dziś na zbrodnię rosyjskiego ludobójstwa, mając w pamięci rolę Papieża-Polaka w "wydarciu piekłu ofiary" - polskiej, ale i nie tylko polskiej - poprzez "zduszenie centaura", jakim był sowiecki komunizm. Może dlatego trudniej jest dziś wypełniać chrześcijański nakaz przebaczenia win?

Nie pomoże także zapewne niezwykle wymowne zestawienie dat. Ale je zestawię, bo są naprawdę zastanawiające. 1 i 2 kwietnia 1940 r. z I Wydziału Specjalnego NKWD wyszły do obozu ostaszkowskiego pierwsze listy śmierci. 2 kwietnia podpisano dalszych 7 list i przekazano je do obozu w Kozielsku. Każda z nich zawierała około stu polskich nazwisk i równała się rozkazowi natychmiastowego rozstrzelania. Rozstrzeliwanie jeńców rozpoczęto najprawdopodobniej 2 kwietnia.

Jednym słowem, zbrodnia katyńska rozpoczęła się dokładnie co do dnia, a może i godziny, 65 lat przed śmiercią Papieża-Polaka. Nie mam wieszczych ambicji dorównania Juliuszowi Słowackiemu, który przepowiedział Papieża-Słowianina, ja tylko zestawiam daty.

Obie stanowią słupy milowe w historii narodu polskiego. Po Katyniu Polska długo musiała czekać na swoje pięć minut w historii świata. Pięć minut trwało ćwierć wieku. "Teraz radzić musimy sobie sami" - pisze Timothy Garton Ash, mając na myśli społeczność globalną, nie tylko Polaków.

Świat różnie ocenia rolę Papieża w "urwaniu łba czerwonej hydrze". Dla piszącego niniejsze pewnym jest, że gdyby nie ten pontyfikat, Polska nie wyrwałaby się z więzienia narodów bez rozlewu krwi, a mur berliński stałby nadal dumnie niczym chiński. Ludzie nabierają świadomości "bliskości" zdarzeń, nie tylko współczesnych: NKWD próbowało zabić Papieża, tak samo jak zabijało w kwietniu 1940 r. polskich oficerów, lekarzy, prawników, urzędników. Z kolei obchody rocznicy odkrycia grobów katyńskich - w połowie kwietnia 1943 r. - odbędą się niejako w cieniu tego największego z pogrzebów wszech czasów.

Motywu bliskości Papieża i sprawy katyńskiej doświadczyłem już w orwellowskim roku 1984, gdy wyemigrowałem z Polski rządzonej przez bezpośrednich podwładnych sowieckiego NKWD. Trafiłem z rodziną do Halifaxu w Nowej Szkocji. W trzy miesiące później wylądował tam Jan Paweł II w swej pierwszej kanadyjskiej pielgrzymce. Nigdy nie zapomnę kilku zdań, jakie zamieniłem z Jego Świątobliwością w miejscowej katedrze. W miesiąc później znalazłem się niedaleko katedry, na Saint Mary's University, w gabinecie profesora Stanisława Swianiewicza.

Rozmowa ze Swianiewiczem była równie spokojna, pogodna, przepełniona dobrocią, jak ta z Papieżem. Pamiętam, że zapytał, czy "po Wojtyle widać ślady zamachu". Zaprzeczyłem. Wtedy Jan Paweł II szybko doszedł do siebie. Dziś wiemy, że gdyby nie zamach na jego życie, żyłby o wiele dłużej. Profesor już wtedy był przekonany, że Papież-Polak poświęci swój pontyfikat na "sklejenie" Polski z Zachodem. Pamiętam dywagacje na temat "sowieckich metod", wyrażających się w zamachu z 13 maja 1981 r. Wybitny znawca sowieckiego świata, a także więzień sowieckich łagrów, nie miał najmniejszych wątpliwości, że ręką Agcy kierować musiało NKWD.

W rozmowie z profesorem nie czuło się zupełnie żadnej misji "świadka historycznej zbrodni", jak o nim wielokrotnie pisano. Zaznaczał skromnie, że świadkiem nie był, bo go zabrali prawie spod rewolwerów enkawudzistów i zamknęli najpierw w Smoleńsku, a potem na Łubiance i w Butyrkach, by po kilkumiesięcznych przesłuchaniach wysłać do łagru na półwyspie Komi. Miał wyrok 8 lat zsyłki. Sowieci próbowali od niego wyciągnąć - ale bez powodzenia, dlatego przeżył - wszystko, co wiedział o gospodarce faszystowskich Niemiec, która rozwijała się w piorunującym tempie. Nie obchodziła ich za bardzo ich własna, bo, jak żartował, "wszyscy wiedzieliśmy to samo: że ledwo dycha". Był uznanym ekspertem-sowietologiem, studiował najpierw na Uniwersytecie Moskiewskim, potem pracował na Uniwersytecie Wileńskim im. Stefana Batorego, zajmował się gospodarkami totalitarnymi zawodowo. To uratowało go przed strzałem w tył głowy.

Przed spotkaniem przeczytałem łapczywie dzieło profesora W cieniu Katynia - pamiętnik wydany przez Instytut Literacki w Paryżu w 1976 r. - wyrywając książkę z półki nowo poznanych polskich emigrantów. Pamiętam, że obok tej półki wypinała groźnie przezroczystą pierś ozdobna, oszklona szafa, wypełniona kolekcją broni. Stały, wisiały i leżały tam w powabnych pozach wszelkiej maści karabiny, pistolety, sztucery, rewolwery, nawet lśniąca świeżą farbą rosyjska pepesza. Gospodarz był niezwykle dumny ze swego zbioru, dlatego w celu uprowadzenia mu na jedną noc W cieniu Katynia musiałem poznać w szczegółach zalety tej - nomen omen - kolekcji śmierci.

Profesor Swianiewicz nie tylko zajmował się naukowo analizą gospodarki sowieckiej. Przeszedł całą kampanię wrześniową. Po bitwie pod Krasnobrodem dostał się do sowieckiej niewoli. 29 kwietnia 1940 r. został wsadzony w Kozielsku do transportu. Zauważył, że jego teczka była innego koloru. Na stacji Gniezdowo pozostawiono go w pociągu, podczas gdy kolegów wepchnięto do prymitywnych autobusów, z oknami zamalowanymi na biało. Pojechali na rozstrzelanie do Katynia.

Swianiewicz nie wiedział wtedy, że był "trzy ćwierci od śmierci" - jak wyznał. Powiedział, że nieudany zamach na Papieża będzie kosztował Sowiety "bardzo dużo". Gdy zapytałem, jak dużo, powtórzył tajemnicze: "bardzo dużo".

 

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail