|
Gardzienice
z wizytą w Teatrze La MaMa. Włodzimierz Staniewski i
jego utalentowany zespół aktorów-tancerzy-muzyków przywiózł
nam nowe widowisko: Elektrę według Eurypidesa.
Proszę się zupełnie nie przejmować dość osobliwą recenzją
w New York Timesie. Proszę się także zupełnie
nie zrażać, że z powodu nowej formy, jak to program
określa "eseju teatralnego", być może nie wszystko da
się naraz ogarnąć i pojąć. Przedstawienie jest "nielinearne",
o skomplikowanej strukturze zbliżonej do "otwartego"
utworu muzycznego. Jest krótkie, jakby skondensowane
w wyrazie, uderzające w potężnym ładunku emocjonalnym,
mistrzowsko rozegrane w przestrzeni scenicznej. Warto
zwrócić uwagę, bowiem strata będzie tego, kto nie zobaczy.
(La MaMa, przedstawienia do 24 kwietnia).
|
GRAŻYNA DRABIK
Rytmy Nowego Jorku
Ścieżki ku niewidzialnemu
Goethe powiedział o barwie, że jest cierpieniem światła.
Anna Kamieńska, przywołując te słowa w swoim Notatniku,
skomentowała je krótko i dobitnie: "Jest to genialne przez
wprowadzenie porządku moralnego w porządek fizyki".
Powracały do mnie te słowa parokrotnie, niespodziewanie -
obserwacja Goethego jak i komentarz poetki - w czasie recitalu
Krystiana Zimermana. Skonstruował bowiem z dźwięków całość
tak precyzyjnie mądrą, tak pełną "moralnej barwy", że poszczególne,
stosunkowo drobne utwory - sonata Mozarta, walce Ravela, ballady,
mazurki i sonata Chopina - złożyły się w jedną wielką opowieść
o człowieku. O naszych młodzieńczych nadziejach i radościach,
o spełnieniach i konfliktach dorosłości, o konfrontacji z
własną śmiertelnością. Opowieść o potrzebie porządku i sensu,
ogarnięcia chaosu niezrozumienia w piękno formy.
A przy tym była to całość tak perfekcyjnie wykonana, że kiedy
po zakończonej tryumfalnie II sonacie przywoływały
Zimermana owacje rozentuzjazmowanej sali, raz jeszcze i raz
jeszcze, oklaski były wyrazem wdzięczności bezinteresownej,
bo chyba nikt nie spodziewał się, że pianista zasiądzie znowu
do pianina i zagra nam na deser jakieś lody. Nie mógł bisować.
W kaskadach Presto dusza leciała ku niebu. Miałaby
nagle powrócić i mizdrząc się całusy rozdawać? (Carnegie Hall,
18 kwietnia).
Podobna mądrość przepełniała bogaty program pięciu koncertów
Filharmonii Nowojorskiej w ramach nadzwyczajnego cyklu "Visions
of Beyond". Udało mi się być na trzech z nich: każdy o wyrazistym
profilu, w sumie zaś z rozmachem przedstawiające wspólne wybranym
kompozytorom poszukiwania. Choć odmienne w stylach i w wymowie,
fugi Bacha, medytacje Messiaena, chorał Petrassiego oraz poematy
symfoniczne Berlioza i Liszta, wytyczały ścieżki ku niewidzialnemu,
nadawały formę niewysłowionej a przeczuwanej tęsknocie. (New
York Philharmonic, 24 i 31 marca, 14 kwietnia).
W Eclairs sur l'au-dela Messiaen oferuje krótkie "błyski",
podobne do olśnień doświadczanych przez buddystów, lecz w
ramach chrześcijańskiego zrozumienia Boga. Jego potężna muzyka
jakby rozsuwa na moment zasłonę: oto przezroczystość wieczności.
Oto przestrzeń ponad naszym pojęciem przestrzeni. Przeczucie
"muzyki sfer i gwiazd". Rytm nawoływań trąb anielskich. Śpiew
ptaków "drzewa życia". Pocieszenie "I Bóg osuszy każdą łzę...".
To zdumiewająca, pokorna muzyka, skomponowana i zagrana z
wielkim rozmachem. Trudna i wymagająca.
Utwory Berlioza i Liszta, wzajemnie sobie dedykowane, są
ciekawe tak ze względu na wspólne źródło inspiracji - słynny
romantyczny poemat Goethego Faust, jak i w różnicach
podejścia. W oratorium Potępienie Fausta Berlioz przedstawia
serię scen jakby wyraziście malowanych dźwiękiem. Opowiada
historię Fausta kontemplującego piękno pejzażu na wycieczce
na Węgrzech; zmagającego się z własną niemocą w zaciszu gabinetu;
poddającego się piekielnym pokusom; a to zakochanego w Małgorzacie,
a to znów znudzonego i zagubionego... Mefistofeles śmieje
się tryumfalnie - zatracona dusza. Wielki chór finału przynosi
ukojenie tylko Małgorzacie. Dla Fausta raj jest utracony.
Z kolei Liszt w Symfonii Fausta prezentuje nam poetyckie
portrety bohaterów poematu Goethego. Muzyka przywołuje czy
raczej "stwarza" Fausta krążącego po labiryntach myśli i pragnień.
Gretchen rysuje się nam harmonijna i pełna wdzięku, delikatnie
piękna. Mefistofeles zaś okazuje się sprawnym żonglerem sprzeczności
i dysonansów. Niespokojny, bez chwili spoczynku, kąśliwy i
kuszący, niestrudzenie nawołuje a to tu, a to tam.
Oprócz wielkiej muzyki cykl "Wizje spoza" dał nam okazję
poznania stylu innych dyrygentów. Być może Lorin Maazel dobrze
kieruje Filharmonią Nowojorską. Ma swoich zwolenników. Dla
mnie jednak było wielką przyjemnością obserwować Kenta Nagano,
Charlesa Dutoit i Riccardo Mutiego. Łączyła ich podobna pasja:
choć stali na podium, nie tyle prowadzili, co grali razem
z orkiestrą. Zwłaszcza pełen wdzięku Muti o roztańczonych
dłoniach wydawał się zespolony z muzyką, rozpływający się
w jej falach. Służył jej swoim talentem. W przypadku Maazela
trudno uniknąć wrażenia, że muzyka służy jemu. Kompozytor
stworzył muzykę po to, by on, specjalista, odpowiednio ją
zinterpretował nam, muzycznym dyletantom, popisując się swoim
znawstwem.
Faustowski cykl dopełnia w tym sezonie nowa inscenizacja
opery Gounoda. Faust w reżyserii Andreia Serbana, znanego
z awangardowych teatralnych inscenizacji, pod batutą Jamesa
Levine'a, z udziałem Soile Isokoski, Dmitriego Hvorostovskiego
i Rene Pape zapowiada się bardzo ciekawie. (Metropolitan Opera,
premiera 21 kwietnia, przedstawienia 26 i 30 kwietnia oraz
w maju).
Dużo muzyki. Ale gdzie indziej niż właśnie w muzyce znaleźć
pocieszenie na taki smutek, jak ten, co nas obalił po odejściu
Papieża?
Na przeciwnym biegunie do wzniosłej muzyki w Filharmonii
Nowojorskiej był kameralny koncert Jordi Savalla w sali sztuki
średniowiecznej w Metropolitan Museum. Savall, Katalończyk
z Barcelony, jest mistrzem violi da gamba. Szerokie uznanie
uzyskał dzięki filmowi Alaina Corenau Wszystkie poranki
świata, który wzbudził falę entuzjazmu do prawie zapomnianego
instrumentu, ulubionego przez barokowych kompozytorów. Na
tej fali ulotnej mody, ale i zaciekawienia, Savall zbudował
solidną karierę. Jego repertuar jest szeroki - obejmuje dzieła
francuskich, angielskich i włoskich kompozytorów XVII-XVIII
wieku. Zebrał wyśmienitych muzyków. Zespoły, którymi kieruje
- kameralny Hesperion XXI, barokowa orkiestra Le Concert dea
Nations i grupa wokalna La Capella Reial de Catalunya - w
wybitny sposób przyczyniły się do podniesienia rangi muzyki
barokowej.
Savall gra jakby w zadumanym natchnieniu. Muzycy Le Concert
des Nations wyglądają malowniczo. Sala, w której odbył się
koncert, promieniuje dostojnym pięknem świętych figur, ikon
i wyszukanej porcelany. Wszystko tu było precyzyjnie rytmiczne,
nieco tęsknie płaczliwe, jak to tylko instrumenty strunowe
potrafią, dworsko eleganckie i dworsko dekoracyjne. (Metropolitan
Museum, 13 kwietnia).
Kwietniowe koncerty oferowały szansę wyciszenia w żałobnym
smutku i pociechę, jaką może przynieść piękno. Wizyty w Metropolitan
Opera - na Balu maskowym i Tosce - były pozytywnym
wprowadzeniem w nowojorskie rytmy. Obie opery otrzymały tu
tradycyjną, lecz atrakcyjną oprawę. Obie też miały dobrany
zestaw solistów: w Balu maskowym Deborah Voigt jako
Amelia oraz Marcello Giordani jako Gustaw III; w Tosce
atrakcyjny tenor argentyński Salvatore Licitra jako pełen
pasji malarz Cavaradossi oraz wymowna w śpiewie i geście,
atrakcyjna Maria Guleghina jako zakochana w nim śpiewaczka.
(Metropolitan Opera, 4 kwietnia i 15 kwietnia).
Trudno mi przy okazji uniknąć plotkarskiego komentarza: Deborah
Voigt, wybitna amerykańska śpiewaczka, znalazła się w zeszłym
roku w centrum nieprzyjemnej afery, kiedy straciła angaż w
jednej z czołowych sal europejskich na korzyść może mniej
utalentowanej, ale zgrabniejszej artystki, którą reżyser wyobraził
sobie w powiewnie kuszącym kostiumie. To wprawdzie tylko burza
w szklance wody, lecz w tym przypadku szklanka była międzynarodowa,
burza hałaśliwa i w jakiś sposób oddająca tenor naszych czasów.
Talent Voigt jest niepodważalny. Jej kreacje zawsze cieszyły
się szerokim uznaniem. Lecz cóż, przynależała do epoki "dużych
śpiewaczek", nie tylko w sensie rozmiaru głosu.
Z jakimż więc zaskoczeniem zobaczyłam ją w Balu maskowym
- świetnie wyglądającą, o połowę mniejszą fizycznie. Nieuchronnie
ogarnia wtedy niepokój, czy radykalna kuracja odchudzająca
nie zagroziła sile głosu. A tu piękne arie jej Amelii wznosiły
się mocno i pewnie. Porywały na fali wzruszenia nie tylko
zakochanego w niej króla, lecz i nas, słuchaczy. Nowy wygląd
Voigt, a przede wszystkim odzyskana lekkość poruszania się
na scenie, dodał blasku jej artystycznej kreacji.
Dwa pozostałe wydarzenia, na które pragnę tutaj zwrócić uwagę,
choć przynależą do innych działów sztuki, także wpisują się
harmonijnie pod znak wszechobecnej muzyki.
Po długim okresie zawieszenia i niepewności, w związku z
konfliktami prawnymi dotyczącymi praw autorskich co do układów
tanecznych Marthy Graham, powrócił na scenę zespół Martha
Graham Dance Company. I to powrócił tryumfalnie, z bogatym
programem, w świetnej formie. Dobrze jest oglądać znowu wybitnych
tancerzy na scenie. Dobrze przypomnieć sobie oryginalne układy
Graham. Dobrze także, że kierownicy artystyczni zespołu nie
widzą siebie tylko jako strażników jej dziedzictwa. W końcu
na tym polega żywa sztuka - że się ciągle zmienia, rozwija,
zaprzecza sobie i swoim wcześniejszym osiągnięciom, sięga
po dalsze.
Obok klasycznych układów, takich jak Errand into the Maze
czy El Penitente, zespół przedstawił także nowy taniec,
specjalnie zamówiony u amerykańskiej artystki Marty Clarke.
Odnosząc się do obrazów Goi z cyklu Sueno, Clarke przywołuje
gestem i ruchem tancerzy jego ciemne wizje. Z wygaszonej sceny
srebrzysta poświata wyłania roztańczone kręgi - żołdacy pijani
piwem i przelaną krwią, gwałcone kobiety, garbus wyśmiewający
się z wyprostowanych, wisielec wygrażający żywym... Krąży
i krąży w koło ten majak senny, straszny w swych ciemnych
tonach, piękny w tajemniczej grozie, fascynujący w ciągle
zmieniającym się obrazie. Majak, z którego pragniesz się wyrwać.
Lecz i marzenie senne, z którego żal ci się obudzić. (City
Center, 12 kwietnia).
|