Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Z wysokiego
konia
"Czy światu potrzebna jest kultura wysoka?" - zapytał arcybiskup
Życiński i w tej samej chwili w mojej kieszeni zadzwonił telefon.
Obaj z metropolitą lubelskim oraz trzystu innymi osobami znajdowaliśmy
się na sali Teatru im. Juliusza Osterwy w Lublinie, uczestnicząc
w uroczystościach 25-lecia kwartalnika Akcent. Arcybiskup
na chwilę przerwał, a ja poczułem na sobie lasery spojrzeń
syczące ogniem potępienia. Pospiesznie wyszedłem do foyer.
Podniosłem słuchawkę do ucha i powiedziałem: "Słucham". Obszerny
hol odbijał echem moje słowo od ścian zawieszonych zdjęciami
z zaprzeszłych i nowszych przedstawień; na wielu z nich bywałem
przed 35 laty, gdy teatrem kierował Kazimierz Braun, mieszkający
obecnie w Buffalo. Patrzyłem na zdjęcia z jego przedstawień,
przelatywałem oczami jego nazwisko pod fotkami, słuchając
głosu w słuchawce z rosnącym poczuciem nierzeczywistości,
a głos w słuchawce coraz bardziej natarczywie, choć uprzejmie,
domagał się odpowiedzi: "Panie Marku, czy pan mnie słyszy?
Halo! Tu mówi Kazimierz Braun z Buffalo. Proszę się odezwać!
Czy pan tam jest?!".
Odpowiedziałem wreszcie, choć niepewnie, że i owszem, jestem,
i to jeszcze jak jestem, ale że nie zgadnie, gdzie jestem.
W końcu wyjawiłem, gdzie mnie złapał swoim jakże przypadkowym
telefonem. Tym razem on zamilkł na dłuższą chwilę. W tym teatrze
zaczynał przecież bogatą artystyczną karierę - na przełomie
lat 60. i 70. Tutaj złapał "norwidowego" bakcyla, którym zaraził
także widza swoich sztuk, studenta polonistyki, którym wtedy
byłem. Czysty przypadek, ale jakże znaczący - o ile przypadek
jest pojęciem usprawiedliwionym. Są sprawy na tym Bożym świecie,
na które nie znajdziemy nigdy żadnej odpowiedzi, poza domysłami
na tematy pozazmysłowe.
Myślę jednak, że światu potrzebna jest kultura wysoka tak
samo, jak potrzebne jest wysokie słońce na wysokim niebie.
Mam tylko problem z samym pojęciem "wysokości" kultury. Tak
zwaną bowiem kulturę wysoką od kultury niskiej różni nie tyle
poziom, na którym ona występuje, co zasięg jej oddziaływania.
Kultura wysoka jest dziś zjawiskiem niszowym, dzieckiem niechcianym,
niedonoszonym, podtrzymywanym przy życiu dotacjami z Ministerstwa
Kultury, Biblioteki Narodowej czy Bóg wie skąd. Widać to na
przykładzie znakomitego Akcentu, kwartalnika poruszającego
tematy przez nikogo wcześniej nawet niedotykane. W 10-lecie
pontyfikatu Jana Pawła II lubelski Akcent poświęcił
cały numer intelektualnej sylwetce Karola Wojtyły. Reszta
pism obeszła okrągłą rocznicę okrągłymi zdankami w typowo
rocznicowych materiałach. To samo było i na 20-lecie pontyfikatu:
kwartalnik prowadzony od początku przez Bogusława Wróblewskiego
powtórzył i rozszerzył nietypowy, papieski numer.
Dzisiaj wszyscy prześcigają się w malowaniu intelektualnych
portretów twórcy Karola Wojtyły, a ja mam cichą satysfakcję,
że pismo, z którym współpracuję, zrobiło to pierwsze w tak
wszechstronny i rzetelny sposób. Mam satysfakcję, bo prowincja
ma tę przewagę na stolicą, że to nie gdzie indziej właśnie,
jak na tej pogardzanej często przez "warszawkę" prowincji
dzieją się rzeczy najbardziej wartościowe. Wystarczy spojrzeć
na literacką, i szerzej, intelektualną mapę Polski: same obrzeża,
by nie powiedzieć słowami z piosenki Wojciecha Młynarskiego:
marginesy. W Lublinie dwa znakomite pisma, oprócz Akcentu
- Kresy. W Rzeszowie też dwa - Fraza i Okolica
Poetów. W maleńkich Sejnach Krasnogruda. W Olsztynie
Borussia. W Białymstoku Kartki. W Łodzi Tygiel
Kultury. We Wrocławiu Odra. Krakowa nie wymieniam,
bo jest od wieków kulturalną stolicą Polski. Ale prowincja,
a nawet tak zwana głęboka prowincja, to także miejsce zamieszkania
Olgi Tokarczuk (Krajanów pod Nową Rudą; w samej Nowej Rudzie
mieszka krytyk Karol Maliszewski), Andrzeja Stasiuka (kto
słyszał wcześniej o wiosce Wołowiec w Beskidach, gdzie działa
znakomite wydawnictwo Czarne?). Niewielu ludzi zdaje sobie
sprawę, że jedna z najznakomitszych inicjatyw kulturalnych
Polski ostatnich dwudziestu lat, znana szeroko w świecie Fundacja
Pogranicze - założona i kierowana przez Krzysztofa Czyżewskiego
- działa w Sejnach na granicy polsko-litewskiej? Albo Janusz
Szuber, jeden z najwybitniejszych współczesnych poetów polskich,
mieszka w cichutkim Sanoku.
Niedaleko Sanoka leży moje rodzinne Krosno, na które patrzy
z górskiej przełęczy zamek Kamieniec, gdzie Aleksander Fredro
umieścił akcję Zemsty. W Krośnie mieszka też kilku
bardzo dobrych poetów - Jan Tulik, Wacław Turek czy Sarah
Łuczaj. Odbywają się tam także niezwykłe imprezy. Przed kilkoma
dniami wziąłem udział w recytacji Tryptyku rzymskiego
Jana Pawła II. Kościół na dwie godziny zamienił się w teatr,
a skromni krośnieńscy artyści, dziennikarze i wydawcy - w
aktorów. Wystąpiły chóry miejscowych szkół muzycznych i nagle
się okazało, że na rzekomej pustyni wyrastają jakże barwne
kwiaty. A wszystko za sprawą ludzi niezwyczajnych, choć mieszkających
w miejscach jak najbardziej zwyczajnych, nieznanych - w tym
przypadku kobiety o energii Niagary i talencie reżyserskim
bez mała młodziutkiego Brauna (niechaj mi wybaczy porównanie).
Jej nazwisko: Kamila Ziemiańska-Staniek.
Gdybym się chciał kurczowo trzymać sensu pytania, na które
odpowiadał metropolita lubelski - dopóki nie zadzwonił czcigodny
Kazimierz Braun oczywiście - o sens istnienia w dzisiejszym
świecie kultury wysokiej, nie mógłbym pominąć Kamili Ziemiańskiej-Staniek
z dalekiego Krosna i jej spektaklu, znosząc tym samym podział
na kulturę wysoką, niską, środkową i prowincjonalną, emigracyjną
i całkiem marginalną. Bo jak "wyakcentował" sprawę kultury
wysokiej Wojciech Młynarski ze sceny dawnego Braunowego teatru
- "kultura wysoka jest, i owszem, potrzebna, bo psze państwa,
jak już spadać, to z wysokiego konia. Dziękuję".
|
|