[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 29 kwietnia 2005


Posłannictwo pisarza

Wystąpienia Ryszarda Kapuścińskiego w Nowym Jorku

Zmierzyć się
z najgorszym

Przez wiele lat byłem korespondentem w Afryce, Azji i Ameryce Łacińskiej. Każdy, kto pracuje w krajach tzw. Trzeciego Świata i którego zadaniem jest pisać o wydarzeniach i dramatach rozgrywających się na tych kontynentach, musiał zetknąć się i nadal styka się z różnego rodzaju katastrofami, które nawiedzają tamte ziemie i zamieszkujących je ludzi.

Byłem świadkiem wielu katastrof i nieraz musiałem o nich pisać. Nigdy nie przeżyłem trzęsienia ziemi, ale byłem w różnych miastach dotkniętych tym kataklizmem. Media, relacjonując takie wydarzenie jak trzęsienie ziemi, zwykle omijają dwa fakty: pierwszy - to związek między kataklizmem a biedą. Bo ofiarami tych trzęsień są z reguły biedacy, mieszkańcy dzielnic ubogich - slumsów i lichych, tandetnie zbudowanych osiedli. Wystarczy niewielkie trzęsienie, jedna tropikalna ulewa czy wichura i całe te prowizorycznie postawione dzielnice zostają zrównane z ziemią, a pośród tych szczątków i ruin leżą martwi lub ranni ludzie. Gdyby mieli lepsze, solidnie zbudowane domy, lepsze urządzenia i zabezpieczenia, mogliby ocalić swoje życie i mienie.

Nie tylko zresztą ubóstwo powiększa fatalne skutki kataklizmów, ale i drugi fakt, mianowicie - straszliwa korupcja panująca w tamtych krajach. Bo przecież na terenach sejsmicznych obowiązują specjalne normy budownictwa, które jest tam drogie i wymaga dużych nakładów. Tymczasem firmy budowlane biorą od rządu duże pieniądze na takie właśnie bezpieczne budownictwo, a stawiają tanie, liche budynki, które przy pierwszym wstrząsie ziemi rozpadną się jak domki z kart. Tak było, pamiętam, chociażby w Agadirze i Caracas.

Media, relacjonując katastrofy, nie wspominają o tym, w jakim stopniu czynnik ludzki i systemowy zwielokrotnia ofiary kataklizmu, a tylko ograniczają się do wyrwanych z kontekstu scen wydobywania zasypanych ludzi i pokazywania, jak samoloty przywożą z zagranicy pomoc - żywność i leki. A przecież kontekst owych katastrof jest jeszcze o wiele bardziej dramatyczny, niż o tym czytamy w gazetach czy widzimy na ekranach telewizorów. Chodzi bowiem nie tylko o bezpośrednie ofiary - zabitych i rannych. Każdy kataklizm powoduje i inne nieszczęścia - przede wszystkim wywołuje olbrzymie fale migracji - uciekają dziesiątki, setki tysięcy ludzi, aby następnie powiększyć dzielnice nędzy wielkich i chaotycznych miast Trzeciego Świata.

Rzetelna, obiektywna relacja o kataklizmach pokazująca prawdziwe rozmiary tych nieszczęść i ich przerażające skutki ma dwóch poważnych, instytucjonalnych przeciwników: pierwszym są rządy krajów, na których terenie doszło do katastrofy - są to najczęściej rządy słabe, niepewne swojego losu, pełne kompleksów. Wydaje im się, że katastrofa kompromituje je, wpływa negatywnie na ich wizerunek, poniża w oczach świata. Dlatego starają się pomniejszyć rzeczywiste rozmiary nieszczęścia, bagatelizować je, minimalizować. Skrajnym, a najświeższym przykładem jest grudniowe tsunami w południowo-wschodniej Azji, które pociągnęło za sobą 300-400 tysięcy ofiar, natomiast lokalne władze oceniały wstępnie, że ofiar jest tylko 20 tysięcy.

Sojusznikiem rządów krajów Trzeciego Świata są w tym wypadku międzynarodowe biura turystyczne. Tak bowiem się składa, że większość katastrof na naszej planecie dzieje się w miejscach atrakcyjnych turystycznie - ciepłych, słonecznych, przyciągających miliony ludzi. Toteż zyski tych biur zależą często od tego, aby jak najszybciej usunąć ślady katastrofy i ogłosić światu, że nic się właściwie nie stało. W dwa tygodnie po grudniowym tsunami spotkałem kolegę fotoreportera, który przywiózł wstrząsające zdjęcia ze zniszczonych przez falę miasteczek Indonezji. Był zrozpaczony, bo nikt nie chciał opublikować mu zdjęć - zaledwie w kilkanaście dni po kataklizmie uznano wydarzenie to za przedawnione. Wzięło tu górę prawo będące wielką słabością współczesnych mediów - prawo krótkiej pamięci, które zupełnie świeże wydarzenia spycha dziś do szuflad już nie tylko historii, ale wręcz - archeologii.

Jednym z najgorszych skutków działania prawa krótkiej pamięci jest to, że wydarzenia opisywane w gazetach lub pokazywane na ekranach telewizyjnych znikają po krótkim czasie zupełnie - nie wiemy, jaki jest ciąg dalszy, co się stało, czy wydarzenie trwa nadal, czy może miało jakiś finał. Jeżeli to była np. jakaś katastrofa - zapominamy o niej szybko, jakby w ogóle jej nie było.

O ile trzęsienia ziemi, tajfuny czy powodzie przyciągają uwagę mediów, bo mają silną dramaturgię wewnętrzną i dużą ekspresję, to o wiele słabsze zainteresowanie budzi mniej spektakularny, ale straszliwy w skutkach i pociągający wiele ofiar kataklizm, jakim jest susza oraz związane z nią zniszczenie, głód i epidemie. Susza jest katastrofą rozłożoną w czasie, katastrofą pełzającą. Zjawia się z początku mało zauważalnie, a potem ustępuje niechętnie, nieraz po wielu latach, zostawiając po sobie pustynię, zrujnowane i opustoszałe wsie, leżące przy drogach szkielety ludzi i zwierząt, ofiary pragnienia i głodu.

Susza jest katastrofą, której rządy panujące w tamtym świecie elity władzy boją się najbardziej, ponieważ ma ona swój wymiar polityczny, swoje bezpośrednie polityczne następstwa. Susza początku lat 70. ubiegłego wieku doprowadziła do upadku rządu cesarza Hajle Sellasje w Etiopii i była przyczyną wojny między Etiopią i Somalią. Susza dała początek serii przewrotów wojskowych w dotkniętych tą klęską państwach sahelu - Mali, Burkina Faso, Nigrze. Wielka susza lat 70.-80. zdewastowała wiele krajów afrykańskich na południe od Sahary i zmieniła sytuację na całym kontynencie. Dotąd w Afryce panował nastrój optymizmu, nawet entuzjazmu, wywołany powszechną dekolonizacją i przekonaniem, że wolność niejako automatycznie przyniesie dobrobyt. Natomiast klęska suszy, która pochłonęła miliony ofiar i zniszczyła w dużym stopniu ekonomię kontynentu, pozbawiła ludzi tej nadziei - klimat Afro-optymizmu został zastąpiony przez Afro-pesymizm, a jego smutny ton daje się do dziś słyszeć w rozmowach o tej części świata.

Wspominam o tym wszystkim, ponieważ rzadko zdajemy sobie sprawę, że w Trzecim Świecie wielkie katastrofy spowodowane przez naturę albo działania człowieka mają charakter wielowymiarowy, mają bardzo złożoną i groźną naturę. Aby poprawić radykalnie sytuację zaistniałą po katastrofie, nie wystarczy przysłać żywność i koce. Pomoc i solidarność musi objąć znacznie więcej dziedzin, pozornie nawet odległych, jak np. podniesienie poziomu rządzenia.

Myślałem o tym jeżdżąc latami po obszarach Afryki porażonych katastrofą suszy i pisząc z nadzieją, że pomoże to obudzić świadomość moich czytelników żyjących w innych, dużo lepszych warunkach. Pamiętam, jak z woluntariuszami z NGO [pozarządowe organizacje związane z ONZ] jeździliśmy po pustyni w Ogadenie starając się odnaleźć zabłąkanych, a jeszcze żyjących somalijskich koczowników. Najczęściej byli to samotni mężczyźni. Ich kobiety i dzieci pomarły z pragnienia i głodu. Ich wielbłądy i owce dawno padły. Znalezionych zabieraliśmy do ciężarówki i wieźli do obozu uchodźców. Tu każdy z nich dostawał jako pożywienie na cały dzień kilogram ryżu albo kukurydzy i trzy litry wody na wszystko - picie, gotowanie, mycie i pranie.

Jakaż jest jednak potęga tradycji, obyczaju, przyzwyczajenia! Bo przywiezieni do obozu wynędzniali koczownicy zamiast jeść i pić to, co otrzymywali - oszczędzali swój ryż i kukurydzę, sprzedając je potem na miejscowym czarnym rynku, a za otrzymane pieniądze po jakimś czasie kupowali wielbłąda i uciekali znowu na pustynię, często na pewną śmierć. Ale pustynia była dla nich synonimem wolności, a za wolność gotowi byli oddać nawet życie!

Potęga pióra:
czy pisanie może coś zmienić?

Tak. Głęboko w to wierzę. Bez tej wiary nie umiałbym, nie mógłbym pisać. Oczywiście jestem świadom wszelkich ograniczeń, jakie stawiają nam okoliczności, sytuacje, historia i czas. Toteż moja wiara, aczkolwiek głęboka, nie jest absolutna, nie jest ślepa.

Na czym polega główne ograniczenie? Na tym, że pisanie rzadko tylko, w wyjątkowych wypadkach, wpływa na ludzi i na bieg historii bezpośrednio, radykalnie i natychmiast. Oddziaływanie słowa pisanego jest raczej pośrednie, a może być nawet na pierwszy rzut oka, w pierwszej chwili niewidoczne, nieodczuwalne. Potrzeba bowiem czasu, aby dotarło ono do świadomości odbiorcy, czasu, aby zaczęło tę świadomość formować, zmieniać i dopiero tą okrężną drogą wpływać później na nasze decyzje, postawy i czyny.

Aby pisanie mogło coś zmienić, o tym decydują nie tyle autorzy, ile przede wszystkim odbiorcy, czytelnicy, ich wrażliwość i zaufanie do słowa, ich gotowość i chęć, aby na otrzymane słowo zareagować, odpowiedzieć. Znaczenie ma także kontekst, w jakim to słowo pada i jest odbierane, atmosfera otoczenia, klimat czasu, stan kultury. Są to często okoliczności mogące osłabić, a nawet zniweczyć wartość i siłę rzeczy pisanej, na co autor - twórca tekstu - nie ma większego wpływu.

A jednak mimo tej przeszkody jestem pewien, że pisanie może zmieniać, i to zmieniać wiele. Mówię to na podstawie doświadczenia licznych moich kolegów, którzy ryzykowali życie, a niekiedy życie to oddawali, aby pracą swoją i pisaniem nie tylko po prostu informować o tym, co się na świecie dzieje, ale aby tą informacją właśnie zmieniać zastaną rzeczywistość, demaskować zło, uzdrawiać sytuację, czynić świat bardziej ludzkim.

Dam przykład, jeden z wielu. Rwanda od 1959 roku była krajem systematycznie powtarzających się masakr plemiennych i kastowych, o których świat nie wiedział, bo do tego kraju przez całe dziesięciolecia nie wpuszczano dziennikarzy. Sam, mieszkając w sąsiedniej Tanzanii, starałem się bezskutecznie kilkakrotnie tam dostać. Dopiero pisanie o rzeziach 1994 roku obudziło opinię światową i od tego czasu Rwanda, po raz pierwszy w swojej historii, przestała być miejscem krwawych i masowych porachunków wewnętrznych.

To właśnie pisanie - demaskujące i oskarżycielskie, a często zwyczajnie informujące - może prowadzić do upadku zbrodniczych reżimów w rodzaju dyktatury Pol Pota, Mobutu, Amina czy Duvaliera. I właśnie dlatego, że słowo pisane mogło zawsze wiele zmienić, było ono przez wieki postrachem każdej autorytarnej władzy, która zwalczała je wszelkimi sposobami. Stąd umieszczanie ksiąg na indeksach kościelnych, stąd palenie książek na stosach, stąd zmuszanie pisarzy do emigracji, skazywanie ich na śmierć. W gruncie rzeczy nie możemy sobie wyobrazić podręcznika historii powszechnej, w którym nie byłoby rozdziału o tym, jak słowo pisane w formie kursujących ulotek, tajnych pisemek, podziemnej prasy i nieregularnych wydawnictw wpływało na wynik toczących się walk społecznych i politycznych.

Kiedy pytamy, czy pisanie może cokolwiek zmienić, myślimy najczęściej, że chodzi o zmianę pozytywną, o zmianę korzystną, o lepszy świat. Ale nie zapominajmy, że pisanie może też starać się zmieniać świat na gorszy, przyczyniać się do powiększania zła, nienawiści i agresji. Taką rolę spełnia zawsze pisanie w duchu fanatyzmu i ksenofobii, fundamentalizmu i rasizmu, np. książki w rodzaju Protokołów Mędrców Syjonu czy Mein Kampf Hitlera.

Myślę, że pytanie o relację między pisarzem a zmianą, o to, czy taka relacja istnieje i jaki może mieć charakter, jest bardzo ważne i aktualne. Dobrze, że stawiamy je dziś, kiedy rzeczywistość poddaje literaturę kolejnej próbie. Pytanie to rodzi się z niepokoju o skuteczność naszych działań pisarskich, o samą wartość pisania. Bo z jednej strony widzimy ogromną ekspansję słowa pisanego - jest coraz więcej książek, czasopism i gazet, a jednocześnie dostrzegamy, ile w tym świecie jest zła i że ilość problemów i konfliktów na naszej planecie raczej rośnie niż maleje. Stąd sceptycyzm wielu twórców, stąd często nieufność, a nawet niewiara w sens naszego pisania.

Umysł współczesnego człowieka jest zalewany powodzią słów, przez co szybko tracą one na wartości i sile, coraz mniej nam mówią, a coraz bardziej dezorientują, wyczerpują i męczą. A jednak ten nadmiar, ta nadprodukcja nie powinny nas zniechęcać. Literatura zawsze brała na siebie odpowiedzialność. Od tysięcy lat towarzyszyła życiu kolejnych pokoleń, często zmieniając je na lepsze. I dziś nic jej od tego obowiązku nie zwalnia. Przeciwnie - trudny czas, w którym żyjemy, nakazuje nam, żebyśmy ze szczególną siłą i wiarą mówili - tak, pisanie może zmienić coś na lepsze, choćby tylko niewiele, ale jednak może.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail