Posłannictwo pisarza
Wystąpienia Ryszarda Kapuścińskiego w Nowym Jorku
Zmierzyć
się
z najgorszym
Przez wiele lat byłem korespondentem w Afryce, Azji i Ameryce
Łacińskiej. Każdy, kto pracuje w krajach tzw. Trzeciego Świata
i którego zadaniem jest pisać o wydarzeniach i dramatach rozgrywających
się na tych kontynentach, musiał zetknąć się i nadal styka
się z różnego rodzaju katastrofami, które nawiedzają tamte
ziemie i zamieszkujących je ludzi.
Byłem świadkiem wielu katastrof i nieraz musiałem o nich
pisać. Nigdy nie przeżyłem trzęsienia ziemi, ale byłem w różnych
miastach dotkniętych tym kataklizmem. Media, relacjonując
takie wydarzenie jak trzęsienie ziemi, zwykle omijają dwa
fakty: pierwszy - to związek między kataklizmem a biedą. Bo
ofiarami tych trzęsień są z reguły biedacy, mieszkańcy dzielnic
ubogich - slumsów i lichych, tandetnie zbudowanych osiedli.
Wystarczy niewielkie trzęsienie, jedna tropikalna ulewa czy
wichura i całe te prowizorycznie postawione dzielnice zostają
zrównane z ziemią, a pośród tych szczątków i ruin leżą martwi
lub ranni ludzie. Gdyby mieli lepsze, solidnie zbudowane domy,
lepsze urządzenia i zabezpieczenia, mogliby ocalić swoje życie
i mienie.
Nie tylko zresztą ubóstwo powiększa fatalne skutki kataklizmów,
ale i drugi fakt, mianowicie - straszliwa korupcja panująca
w tamtych krajach. Bo przecież na terenach sejsmicznych obowiązują
specjalne normy budownictwa, które jest tam drogie i wymaga
dużych nakładów. Tymczasem firmy budowlane biorą od rządu
duże pieniądze na takie właśnie bezpieczne budownictwo, a
stawiają tanie, liche budynki, które przy pierwszym wstrząsie
ziemi rozpadną się jak domki z kart. Tak było, pamiętam, chociażby
w Agadirze i Caracas.
Media, relacjonując katastrofy, nie wspominają o tym, w jakim
stopniu czynnik ludzki i systemowy zwielokrotnia ofiary kataklizmu,
a tylko ograniczają się do wyrwanych z kontekstu scen wydobywania
zasypanych ludzi i pokazywania, jak samoloty przywożą z zagranicy
pomoc - żywność i leki. A przecież kontekst owych katastrof
jest jeszcze o wiele bardziej dramatyczny, niż o tym czytamy
w gazetach czy widzimy na ekranach telewizorów. Chodzi bowiem
nie tylko o bezpośrednie ofiary - zabitych i rannych. Każdy
kataklizm powoduje i inne nieszczęścia - przede wszystkim
wywołuje olbrzymie fale migracji - uciekają dziesiątki, setki
tysięcy ludzi, aby następnie powiększyć dzielnice nędzy wielkich
i chaotycznych miast Trzeciego Świata.
Rzetelna, obiektywna relacja o kataklizmach pokazująca
prawdziwe rozmiary tych nieszczęść i ich przerażające skutki
ma dwóch poważnych, instytucjonalnych przeciwników: pierwszym
są rządy krajów, na których terenie doszło do katastrofy -
są to najczęściej rządy słabe, niepewne swojego losu, pełne
kompleksów. Wydaje im się, że katastrofa kompromituje je,
wpływa negatywnie na ich wizerunek, poniża w oczach świata.
Dlatego starają się pomniejszyć rzeczywiste rozmiary nieszczęścia,
bagatelizować je, minimalizować. Skrajnym, a najświeższym
przykładem jest grudniowe tsunami w południowo-wschodniej
Azji, które pociągnęło za sobą 300-400 tysięcy ofiar, natomiast
lokalne władze oceniały wstępnie, że ofiar jest tylko 20 tysięcy.
Sojusznikiem rządów krajów Trzeciego Świata są w tym wypadku
międzynarodowe biura turystyczne. Tak bowiem się składa, że
większość katastrof na naszej planecie dzieje się w miejscach
atrakcyjnych turystycznie - ciepłych, słonecznych, przyciągających
miliony ludzi. Toteż zyski tych biur zależą często od tego,
aby jak najszybciej usunąć ślady katastrofy i ogłosić światu,
że nic się właściwie nie stało. W dwa tygodnie po grudniowym
tsunami spotkałem kolegę fotoreportera, który przywiózł wstrząsające
zdjęcia ze zniszczonych przez falę miasteczek Indonezji. Był
zrozpaczony, bo nikt nie chciał opublikować mu zdjęć - zaledwie
w kilkanaście dni po kataklizmie uznano wydarzenie to za przedawnione.
Wzięło tu górę prawo będące wielką słabością współczesnych
mediów - prawo krótkiej pamięci, które zupełnie świeże wydarzenia
spycha dziś do szuflad już nie tylko historii, ale wręcz -
archeologii.
Jednym z najgorszych skutków działania prawa krótkiej pamięci
jest to, że wydarzenia opisywane w gazetach lub pokazywane
na ekranach telewizyjnych znikają po krótkim czasie zupełnie
- nie wiemy, jaki jest ciąg dalszy, co się stało, czy wydarzenie
trwa nadal, czy może miało jakiś finał. Jeżeli to była np.
jakaś katastrofa - zapominamy o niej szybko, jakby w ogóle
jej nie było.
O ile trzęsienia ziemi, tajfuny czy powodzie przyciągają
uwagę mediów, bo mają silną dramaturgię wewnętrzną i dużą
ekspresję, to o wiele słabsze zainteresowanie budzi mniej
spektakularny, ale straszliwy w skutkach i pociągający wiele
ofiar kataklizm, jakim jest susza oraz związane z nią zniszczenie,
głód i epidemie. Susza jest katastrofą rozłożoną w czasie,
katastrofą pełzającą. Zjawia się z początku mało zauważalnie,
a potem ustępuje niechętnie, nieraz po wielu latach, zostawiając
po sobie pustynię, zrujnowane i opustoszałe wsie, leżące przy
drogach szkielety ludzi i zwierząt, ofiary pragnienia i głodu.
Susza jest katastrofą, której rządy panujące w tamtym świecie
elity władzy boją się najbardziej, ponieważ ma ona swój wymiar
polityczny, swoje bezpośrednie polityczne następstwa. Susza
początku lat 70. ubiegłego wieku doprowadziła do upadku rządu
cesarza Hajle Sellasje w Etiopii i była przyczyną wojny między
Etiopią i Somalią. Susza dała początek serii przewrotów wojskowych
w dotkniętych tą klęską państwach sahelu - Mali, Burkina Faso,
Nigrze. Wielka susza lat 70.-80. zdewastowała wiele krajów
afrykańskich na południe od Sahary i zmieniła sytuację na
całym kontynencie. Dotąd w Afryce panował nastrój optymizmu,
nawet entuzjazmu, wywołany powszechną dekolonizacją i przekonaniem,
że wolność niejako automatycznie przyniesie dobrobyt. Natomiast
klęska suszy, która pochłonęła miliony ofiar i zniszczyła
w dużym stopniu ekonomię kontynentu, pozbawiła ludzi tej nadziei
- klimat Afro-optymizmu został zastąpiony przez Afro-pesymizm,
a jego smutny ton daje się do dziś słyszeć w rozmowach o tej
części świata.
Wspominam o tym wszystkim, ponieważ rzadko zdajemy sobie
sprawę, że w Trzecim Świecie wielkie katastrofy spowodowane
przez naturę albo działania człowieka mają charakter wielowymiarowy,
mają bardzo złożoną i groźną naturę. Aby poprawić radykalnie
sytuację zaistniałą po katastrofie, nie wystarczy przysłać
żywność i koce. Pomoc i solidarność musi objąć znacznie więcej
dziedzin, pozornie nawet odległych, jak np. podniesienie poziomu
rządzenia.
Myślałem o tym jeżdżąc latami po obszarach Afryki porażonych
katastrofą suszy i pisząc z nadzieją, że pomoże to obudzić
świadomość moich czytelników żyjących w innych, dużo lepszych
warunkach. Pamiętam, jak z woluntariuszami z NGO [pozarządowe
organizacje związane z ONZ] jeździliśmy po pustyni w Ogadenie
starając się odnaleźć zabłąkanych, a jeszcze żyjących somalijskich
koczowników. Najczęściej byli to samotni mężczyźni. Ich kobiety
i dzieci pomarły z pragnienia i głodu. Ich wielbłądy i owce
dawno padły. Znalezionych zabieraliśmy do ciężarówki i wieźli
do obozu uchodźców. Tu każdy z nich dostawał jako pożywienie
na cały dzień kilogram ryżu albo kukurydzy i trzy litry wody
na wszystko - picie, gotowanie, mycie i pranie.
Jakaż jest jednak potęga tradycji, obyczaju, przyzwyczajenia!
Bo przywiezieni do obozu wynędzniali koczownicy zamiast jeść
i pić to, co otrzymywali - oszczędzali swój ryż i kukurydzę,
sprzedając je potem na miejscowym czarnym rynku, a za otrzymane
pieniądze po jakimś czasie kupowali wielbłąda i uciekali znowu
na pustynię, często na pewną śmierć. Ale pustynia była dla
nich synonimem wolności, a za wolność gotowi byli oddać nawet
życie!
Potęga pióra:
czy pisanie może coś zmienić?
Tak. Głęboko w to wierzę. Bez tej wiary nie umiałbym, nie
mógłbym pisać. Oczywiście jestem świadom wszelkich ograniczeń,
jakie stawiają nam okoliczności, sytuacje, historia i czas.
Toteż moja wiara, aczkolwiek głęboka, nie jest absolutna,
nie jest ślepa.
Na czym polega główne ograniczenie? Na tym, że pisanie rzadko
tylko, w wyjątkowych wypadkach, wpływa na ludzi i na bieg
historii bezpośrednio, radykalnie i natychmiast. Oddziaływanie
słowa pisanego jest raczej pośrednie, a może być nawet na
pierwszy rzut oka, w pierwszej chwili niewidoczne, nieodczuwalne.
Potrzeba bowiem czasu, aby dotarło ono do świadomości odbiorcy,
czasu, aby zaczęło tę świadomość formować, zmieniać i dopiero
tą okrężną drogą wpływać później na nasze decyzje, postawy
i czyny.
Aby pisanie mogło coś zmienić, o tym decydują nie tyle autorzy,
ile przede wszystkim odbiorcy, czytelnicy, ich wrażliwość
i zaufanie do słowa, ich gotowość i chęć, aby na otrzymane
słowo zareagować, odpowiedzieć. Znaczenie ma także kontekst,
w jakim to słowo pada i jest odbierane, atmosfera otoczenia,
klimat czasu, stan kultury. Są to często okoliczności mogące
osłabić, a nawet zniweczyć wartość i siłę rzeczy pisanej,
na co autor - twórca tekstu - nie ma większego wpływu.
A jednak mimo tej przeszkody jestem pewien, że pisanie może
zmieniać, i to zmieniać wiele. Mówię to na podstawie doświadczenia
licznych moich kolegów, którzy ryzykowali życie, a niekiedy
życie to oddawali, aby pracą swoją i pisaniem nie tylko po
prostu informować o tym, co się na świecie dzieje, ale aby
tą informacją właśnie zmieniać zastaną rzeczywistość, demaskować
zło, uzdrawiać sytuację, czynić świat bardziej ludzkim.
Dam przykład, jeden z wielu. Rwanda od 1959 roku była krajem
systematycznie powtarzających się masakr plemiennych i kastowych,
o których świat nie wiedział, bo do tego kraju przez całe
dziesięciolecia nie wpuszczano dziennikarzy. Sam, mieszkając
w sąsiedniej Tanzanii, starałem się bezskutecznie kilkakrotnie
tam dostać. Dopiero pisanie o rzeziach 1994 roku obudziło
opinię światową i od tego czasu Rwanda, po raz pierwszy w
swojej historii, przestała być miejscem krwawych i masowych
porachunków wewnętrznych.
To właśnie pisanie - demaskujące i oskarżycielskie, a często
zwyczajnie informujące - może prowadzić do upadku zbrodniczych
reżimów w rodzaju dyktatury Pol Pota, Mobutu, Amina czy Duvaliera.
I właśnie dlatego, że słowo pisane mogło zawsze wiele zmienić,
było ono przez wieki postrachem każdej autorytarnej władzy,
która zwalczała je wszelkimi sposobami. Stąd umieszczanie
ksiąg na indeksach kościelnych, stąd palenie książek na stosach,
stąd zmuszanie pisarzy do emigracji, skazywanie ich na śmierć.
W gruncie rzeczy nie możemy sobie wyobrazić podręcznika historii
powszechnej, w którym nie byłoby rozdziału o tym, jak słowo
pisane w formie kursujących ulotek, tajnych pisemek, podziemnej
prasy i nieregularnych wydawnictw wpływało na wynik toczących
się walk społecznych i politycznych.
Kiedy pytamy, czy pisanie może cokolwiek zmienić, myślimy
najczęściej, że chodzi o zmianę pozytywną, o zmianę korzystną,
o lepszy świat. Ale nie zapominajmy, że pisanie może
też starać się zmieniać świat na gorszy, przyczyniać się do
powiększania zła, nienawiści i agresji. Taką rolę spełnia
zawsze pisanie w duchu fanatyzmu i ksenofobii, fundamentalizmu
i rasizmu, np. książki w rodzaju Protokołów Mędrców Syjonu
czy Mein Kampf Hitlera.
Myślę, że pytanie o relację między pisarzem a zmianą, o to,
czy taka relacja istnieje i jaki może mieć charakter, jest
bardzo ważne i aktualne. Dobrze, że stawiamy je dziś, kiedy
rzeczywistość poddaje literaturę kolejnej próbie. Pytanie
to rodzi się z niepokoju o skuteczność naszych działań pisarskich,
o samą wartość pisania. Bo z jednej strony widzimy ogromną
ekspansję słowa pisanego - jest coraz więcej książek, czasopism
i gazet, a jednocześnie dostrzegamy, ile w tym świecie jest
zła i że ilość problemów i konfliktów na naszej planecie raczej
rośnie niż maleje. Stąd sceptycyzm wielu twórców, stąd często
nieufność, a nawet niewiara w sens naszego pisania.
Umysł współczesnego człowieka jest zalewany powodzią słów,
przez co szybko tracą one na wartości i sile, coraz mniej
nam mówią, a coraz bardziej dezorientują, wyczerpują i męczą.
A jednak ten nadmiar, ta nadprodukcja nie powinny nas zniechęcać.
Literatura zawsze brała na siebie odpowiedzialność. Od tysięcy
lat towarzyszyła życiu kolejnych pokoleń, często zmieniając
je na lepsze. I dziś nic jej od tego obowiązku nie zwalnia.
Przeciwnie - trudny czas, w którym żyjemy, nakazuje nam, żebyśmy
ze szczególną siłą i wiarą mówili - tak, pisanie może zmienić
coś na lepsze, choćby tylko niewiele, ale jednak może.
|