Pomysł na życie
Z Elżbietą Czyżewską rozmawia Grażyna Drabik
Siedzimy
prawie przytulone do Times Square - tam, agresywne nawoływania
reklam, orgia neonów, wiadomości pulsujące nieustannym rytmem.
Teatry, kina, sklepy, rzeka ludzi przelewająca się Broadwayem.
Tu - wyciszenie przytulnego gniazda w dziupli. Z tym, że dziupla
ma w sobie coś z garderoby teatralnej pełnej pięknych kostiumów
i dziwnych rekwizytów, piramid książek i taśm filmowych. Zza
okna dociera do nas pracowite powarkiwanie ogromnych maszyn
na placu budowy. Dziupla w brzuchu giganta.
Grażyna Drabik: - Mamy przyjemne zadanie. To nie
jest zwykły, roboczy wywiad, tylko wywiad odświętny. A więc
powinno być błyskotliwie, ze smakiem prawdy życiowej i z uśmiechem...
Elżbieta Czyżewska: - Przypomniało mi się powiedzenie
mojej przyjaciółki Agnieszki Osieckiej, że ona zawsze wie
jak, bo potrafiła się poruszać w każdej formie jako poeta,
ale nie wie co. Więc się wsłuchuję z przyjemnością w to "jak",
ale siedzę przerażona: "co?"
- Proszę bardzo: o filmach, teatrze i o życiu. Rozpoczyna
się ciekawa impreza, podwójna w charakterze: przegląd specjalnie
dobranych najnowszych filmów polskich oraz retrospektywa Twoich
filmów z lat 60. Organizatorzy mają lekką tremę, bo konkurencja
o uwagę widza jest w Nowym Jorku zabójcza. Ale jeżeli się
uda, istnieje szansa, by festiwal został wpisany na stałe
do nowojorskiego kalendarza.
- Ja też mam tremę, zwłaszcza że niektórych z moich filmów
dawno nie oglądałam. Zrelaksować się jest mi trudno, kiedy
nie mogę poprawić grania ani nic zmienić. Mam mówić o swoich
filmach, a wolałabym powiedzieć: patrzcie, jakim fantastycznym
aktorem jest Wiesław Gołas! Jestem więc zdenerwowana, ale
też ogromnie się cieszę, zwłaszcza że kilka filmów zaistnieje
po raz pierwszy z angielskimi napisami.
- "Rysopis", "Pamiętnik znaleziony w Saragossie", "Wszystko
na sprzedaż" są częścią historii polskiego filmu. Gołas, a
także Zbigniew Cybulski, Edward Dziewoński, Iga Cembrzyńska,
Gustaw Holoubek, Franciszek Pieczka, Andrzej Łapicki, Daniel
Olbrychski... To się czyta jak aktorskie "Kto jest kto".
- I wszyscy byliśmy przede wszystkim aktorami teatralnymi.
W USA jest zupełnie inaczej, i w Polsce to się zmienia, ale
dla nas granie w filmie to nie była osobna kariera. Może tylko
Zbyszek Cybulski i Beata Tyszkiewicz byli aktorami filmowymi.
Dla nas być aktorem znaczyło być aktorem w teatrze.
Przede wszystkim, nie mogłeś zostać aktorem bez ukończenia
szkoły teatralnej. Natomiast z tej szkoły nie można było zwalniać
się, "bo w filmie gram". Tego nie pamiętamy, ale fason był,
że my studiujemy po to, by spalać się na ołtarzu Sztuki. Film
zaś był tylko filmem. Dopiero jak człowiek wchodził w życie
zawodowe zaczynał pracować gdzie się dało. Ja pracowałam szalenie
intensywnie, bo grałam w teatrze, w telewizji i w filmach.
To było niewytworne, trzeba było udawać, że film jest nieważny.
Bo prawdziwe życie aktora było na scenie.
- Jak trafiłaś do filmu?
- Przypadkiem. Po pierwszym roku studiów byłam na wakacjach
na Mazurach z koleżankami ze szkoły teatralnej. W tej samej
wiosce Jan Łomnicki kręcił dokument i udało mi się zagrać
jakąś dziewczynę, która przechadza się w tle. Tak to jest:
poznajemy kogoś i koło się toczy... Stanisław Bareja był asystentem
Łomnickiego, po czym jak kręcił Męża swojej żony, dostałam
u niego rolę gimnazjalnej panienki, która uwodzi Wiesława
Gołasa. I wciągnęło mnie. Zagrałam w trzech filmach Barei,
który uważał wtedy, że mogę grać wszystko. Życie spłatało
mi figla, że to były trzy filmy matrymonialne: Mąż swojej
żony, Żona dla Australijczyka i Małżeństwo z
rozsądku, zanim moje własne małżeństwo nie przecięło mi
życia zawodowego.
- "Żona dla Australijczyka" jest pokazywana w ramach retrospektywy.
- To komedia muzyczna. Historyjka o Australijczyku, który
zakochuje się w solistce z zespołu tańca, jest tylko pretekstem.
Prawdziwym bohaterem jest "Mazowsze". W filmie są zabawne
dialogi Stanisława Dygata, a Bareja czerpał z amerykańskich
filmów w rodzaju tych z Doris Day, co wyraźnie widać. Ponieważ
w Polsce tych amerykańskich filmów nie mieliśmy szans oglądać,
nasze komedie cieszyły się popularnością.
- Parę filmów z retrospektywy przypomina o Twoim talencie
komediowym.
- Tytuł Giuseppe w Warszawie odnosi się do serii przedwojennych
filmów Antek w Warszawie. Bohaterem jest Włoch, który
zostaje przypadkiem wplątany w sprawy harcerki i jej brata,
członków podziemnej organizacji. Giuseppe i Gdzie
jest generał? są pierwszymi komediami o wojnie, rodzajem
bajeczek odreagowujących dramaty wojenne. Ich humor jest głównie
sytuacyjny. W Generale gram Rosjankę Marusię, która
kieruje ruchem ciężarówek pod Berlinem i przed poważną bitwą
postanawia przypilnować piwnicy z winem, bo jakże - przed
walką żołnierze nie powinni pić. Początkowo w tej roli miała
być obsadzona rosyjska aktorka, a dla mnie było to o tyle
ciekawe zadanie, że próbowałam oddać spojrzenie Polaka na
stereotypową komsomołkę.
Z Giuseppe łączy mi się innego rodzaju wspomnienie.
Był wieczór, mieliśmy przeglądać świeżo skończone materiały
z poprzednich dni. Wszystko przygotowane, a to był akurat
dzień, w którym zabito prezydenta Kennedy'ego. To mi się tak
strasznie kojarzy: człowiek w budce projekcyjnej wyświetla
sceny, które nakręciliśmy dzień wcześniej. Na ekranie nasze
twarze. Siedzimy w studiu, Tadeusz Konwicki, który był kierownikiem
literackim zespołu, Stanisław Lenartowicz, który to kręcił,
ja... Radio podaje wiadomości. Musisz wykonać pracę, bo studio
zamówione, bo jutro dalszy ciąg. Po stu latach pytasz mnie
o film, a ja pamiętam właśnie tamten moment.
- Następnego dnia byliście pewnie na planie, pracując nad
następną śmieszną sceną.
- Powtórzę truizm, pod którym się podpisuję: komedie się
gra serio, bo tylko wtedy są śmieszne. W tragedii trzeba mieć
poczucie humoru. Zresztą, usprawiedliwienie "O Boże, nie mogę
pójść na plan, bo..." nie istnieje.
- Ani w filmie, ani w teatrze. Był tylko jeden wypadek w
Nowym Jorku, kiedy teatry zostały zamknięte.
- Tak, 11 września. Tu naprzeciwko, w Henry Miller's Theatre
grano wtedy Kabaret, też przedstawienia zawieszono.
- Po dwóch dniach ciemnych scen szłam Czwartą Ulicą do New
York Theatre Workshop, na rogach przy krawężnikach czaiły
się gromnice, ulica była pusta, przeszywająco brzmiała każda
syrena karetki czy straży, bo już było wiadomo, że nie uratują
nikogo. Weszłam do teatru, zobaczyłam otwartą kurtynę, dekoracje.
Poczułam wdzięczność dla aktorów. Ich obecność na scenie potwierdzała,
że życie się dalej toczy. Musimy dalej pleść, choćby z tą
ciemną nicią, w tkaninie miasta.
- Po 11 września wydawało się, że najlogiczniej byłoby wynieść
się z miasta. A ja wtedy uświadomiłam sobie, że się stąd nie
wyniosę. Tu jest mój dom. Z przypadku i z wyboru.
Nieuchronnie na nasze życie amerykańskie nakłada się - przez
podwójną sferę językową, przez fakt, że czytamy inne gazety,
że odbywamy inne wieczory poetyckie - odmienny wymiar: polski.
To komplikuje przynależność do miejsca. Ponadto sam fakt,
że jesteś przybyszem, daje ci poczucie pewnej tymczasowości.
Jesteś, ale jakby nie na zawsze. Tamten wrzesień paradoksalnie
uprzytomnił mi, jak mocny jest mój związek z Nowym Jorkiem,
bardziej trwały, niż mi się wydawało.
- Mówisz o języku, a tu mamy drobny przykład nieprzekładalności
prostego tytułu: "Rysopis".
- "Identification Marks: None". Nie ma odpowiednika
po angielsku w jednym słowie. To jakby zemsta języka polskiego,
bo na ogół angielski ma jedno krótkie określenie, na które
my musimy używać długich polskich zwrotów. Jerzy Skolimowski
zrobił ten film z trzech etiud studenckich. Pisał scenariusz
tak, by to, co musiał zrobić do szkoły filmowej, tłumaczyło
się jako cały film. Pracował między innymi nad tym, jak zrobić
najdłuższe ujęcie przy ograniczonych środkach. Tam jest taka
scena: dziewczyna, którą gram - jedna z trzech moich ról w
filmie - włóczy się za bohaterem, oboje snują się przez tartak.
I to miało być jedno ujęcie, na ile starczy taśmy. Do szyn
tartaku dosztukowano szyny ze szkoły filmowej, ale pozostał
problem, jak operator ma się przenieść z wózka tartakowego
na wózek szkolny bez widocznego cięcia na ekranie. I wtedy
ja, aktorka, wpadłam na pomysł, z którego jestem najbardziej
dumna z całej pracy nad filmem: gram, że mi coś wpada w oko.
On musi mi pomóc. My, a więc i widz, zajmujemy się akcją wyjmowania
paprocha z oka. I nikt nie zauważa drgnięcia kamery.
- Jeden z Twoich filmów ma tutaj kultową - jak się dziś mówi
- publiczność. Oglądałam "Pamiętnik znaleziony w Saragossie"
w eleganckiej sali Walter Reade, pełnej Amerykanów zaśmiewających
się, choć pewnie z innych rzeczy niż ja. Jeszcze jedna komedia.
- Odrestaurowana dzięki inwestycji Jerry Garcii, ładnie wydana
na DVD, a więc ze swoim własnym życiem. Dostępna jak książka,
po którą można sięgnąć ręką. Dla człowieka, który lubi filmy,
nowa technologia cyfrowa jest tak ważna jak wynalazek druku.
W tych "opowiadaniach madryckich" są cudowne dekoracje i
kostiumy Skarżyńskich, prawdziwy Madryt został wybudowany
w plenerze pod Wrocławiem. Przepadam za postacią Donny Frasquetty
Salero, choć zjawia się ona dopiero na końcu. W Pamiętniku
znalezionym w Saragossie gra nieprawdopodobnie dużo wyśmienitych
aktorów, film jest długi i zawsze przy pokazach bałam się,
że ludzie wyjdą, zanim ona się pokaże na ekranie.
Są reżyserzy, którzy walczą, denerwują się, czy wyjdzie,
czy nie. Wojciech Has był tym cudownym reżyserem, który siedzi
na planie i jeżeli mu się podoba, co robisz, masz pełną swobodę.
Z nim możesz zatańczyć nieprawdopodobne tango. Jeżeli jest
z ciebie zadowolony, masz wolność pójścia w kierunku, w którym
wydaje ci się, że on chciałby, żebyś szła.
Patrz, używam czasu teraźniejszego. Wojtek umarł tak niedawno.
Saragossa łączy się z moim ostatnim wspomnieniem o
nim, czyli jego obecnością w Nowym Jorku. Niedługo przed śmiercią
miał przegląd filmów w Lincoln Center. Już nie bardzo lubił
chodzić. Przesiadywał w hotelu przy Central Park West. Przychodziłam
do niego, siedział w fotelu i tak go zapamiętałam: w hotelowym
pokoju, przy oknie z widokiem na Central Park.
- Mam skrót oceny pracy aktorskiej: dobrzy aktorzy, których
jest sporo. Bardzo dobrzy, czyliniewielka elita ze świetnym
warsztatem i charyzmą. I szczęściarze, to znaczy dobrzy aktorzy,
którym od czasu do czasu zdarzy się zagrać w nadzwyczajnej
sztuce czy filmie, gdzie wyczuwa się specjalną chemię. Wtedy
widz ma szansę cieszyć się podwójnie - ich zawodowym kunsztem
i ich radością. Czy praca przy tym filmie sprawiała Ci radość?
- Szaloną. Czyż może być coś przyjemniejszego niż granie
zdradliwej żony, kiedy tego nie trzeba trzymać w sekrecie?
Film jest naprawdę wyjątkowy przez sposób pracy Hasa i przez
szczególny humor. Wiem, że był jednym z ulubionych filmów
Buñuela, w ogóle Hiszpanom podobało się, że ktoś obcy
pokazał ich tak malowniczo.
- Dobrze, że jest okazja, by przypomnieć te filmy. Ciekawe,
jak je ludzie dzisiaj zobaczą. Skąd się wziął pomysł retrospektywy?
- Pomysł krążył już od dłuższego czasu. Pojawiał się w różnych
formach, choćby w niezobowiązującej uwadze Hasa, który przy
okazji swojego przeglądu powiedział, że dobrze by było przygotować
podobny przegląd aktorski Elżbiety. Był rzucany jak piłeczka,
podbudowywał mnie, ale i zaskakiwał, bo dopiero dzięki niemu
uświadomiłam sobie, że zagrałam w tak wielu filmach. Nie było
jednak ani odpowiedniego forum, ani możliwości na realizację.
Teraz nadarzyła się okazja - NYPFF jest głównym wydarzeniem,
a mój przegląd imprezą towarzyszącą. O tę możliwość zaś zadbała
Monika Markowicz, prawdziwy mecenas mojej retrospektywy. A
ja się cieszę, że uznano mnie za "jednoosobową orkiestrę kameralną"
wartą wysłuchania.
Ciągle musimy siebie tłumaczyć na angielski, coś wyjaśniać
i opowiadać Amerykanom, między którymi żyjemy. Dzięki retrospektywie
mogę po prostu powiedzieć: popatrzcie, jak gram przewrotną
Hiszpankę albo rosyjskiego żołnierza...
Dokończenie za tydzień
Z Elżbietą Czyżewską rozmawiała Grażyna Drabik
|