[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 6 maja 2005


CZESŁAW KARKOWSKI

Nowojorska kronika
(Sztuki plastyczne)

Retrospektywa Jeana-Michela Basquiata w Brooklyn Museum nie została przyjęta najlepiej. Niezależnie od konkretnych przytyków pod adresem ekspozycji zasadniczy (i ogólny) zarzut dotyczył historycznego charakteru tej sztuki. Basquiat był fenomenem swoich czasów - początku lat 80. ub. wieku, tworem miejsca - Nowego Jorku i rejestrował w swych niesamowicie kolorowych pracach coś, co można by nazwać "wizualnym zgiełkiem miasta". Dla Amerykanów to już przeszłość niewarta uwagi, a nie na tyle odległa, aby zdołała już obrosnąć szacowną patyną wieków. Choć więc obrazy Basquiata wciąż mają wielkie powodzenie na rynku sztuki, to jednak utkwił on w swoistym stanie zawieszenia - jest już artystą przeszłości, a jeszcze nie stał się szacownym klasykiem. Okres, z których jego sztuka wyrosła i której stanowi wyraz to na tyle bliska przeszłość, że kojarzy się Amerykanom (nowojorczykom) ze złymi czasami, które należało przezwyciężyć: graffiti - wymazać z murów miasta, niekontrolowany rozwój muzyki - ująć w karby, rozkwit cyganerii artystycznej miasta - oswoić i uporządkować.

Tymczasem Basquiat był najlepszym wykwitem swoistej anarchii Nowego Jorku, jego gwałtownego, niekontrolowanego rozwoju po czasach bałaganiarskch lat 70. East Village pękało w szwach - na poły darmowe, na poły zrujnowane mieszkania nadawały się znakomicie dla biednej cyganerii - muzycznej, plastycznej, literackiej. Tam ci nieuznawani przez oficjalną sztukę i niesankcjonowani przez krytyków twórcy działali, tworzyli, realizowali swoje pomysły. Każdy był artystą, kto chciał nim być, kto potrafił malować i zdołał wyrażać twórczego ducha przy pomocy obrazów. A o publiczność nie było trudno: mało to było murów, ścian i powierzchni na ulicach, a także w podziemiach metra, na które patrzyli przypadkowi przechodnie?

Tak właśnie, nie w żadnej galerii, prezentował swe pierwsze dzieła Basquiat, syn emigranta z Haiti, młody człowiek, który rzucił szkołę i malarstwa uczył się sam, po prostu oglądając albumy i rysując. Niewiarygodny talent artystyczny został zmarnowany wskutek zbyt wczesnego sukcesu. Krytycy okrzyczeli go samorodnym geniuszem, popyt na jego obrazy już w 1982 r. był ogromny. Nieoczekiwanie duże pieniądze, wielki świat nowojorskiej śmietanki towarzyskiej, presja reprezentujących go marszandów domagających się wciąż nowych dzieł - wszystko to zdemoralizowało młodego człowieka. Coraz częściej egzystował w zamroczeniu, malował coraz mniej i gorzej, w 1988 r. zmarł z powodu przedawkowania narkotyków. Miał 27 lat.

Właściwie nie zdążył się rozwinąć. Był monotematyczny, malował niesłychaną kakofonię wizualną Nowego Jorku. Obok szkicowych rysunków malowanych kolorową farbą, często wprost z aerozolowych pojemników, zostawiał na swych obrazach napisy, znaki, symbole. Zestawiał kolory jaskrawe, śmiałe, intensywne, zderzał wizerunek z napisem, znak graficzny z bazgrołami, plamę barwną z czarnym zygzakiem. Graffiti.

Jego dzieła są szalenie ekspresyjne, mówią o ogromnym tempie życia miasta, dużo się na nich dzieje. Artysta żył i tworzył w wiecznej gorączce korespondującej z gorączką miasta. Widzimy natrętną powtarzalność tematów, motywów, napisów. Są to obrazy-plakaty, obrazy-manifesty, na wielu z nich przeważają nerwowe, obsesyjnie wypisywane zwroty. Kolory naśladują jakby kalejdoskopową mnogość barw Nowego Jorku.

Basquiat, samorodny talent, najlepiej zawarł w plastycznym, metaforycznym skrócie istotę i ideę życia cyganerii nowojorskiej, mieszaninę ras, kultur, pomysłów, kłębowisko idei, przemieszanie muzyki, literatury i malarstwa. Pokazał wielki tygiel nowojorskiej kultury.

Jest wizualnie efektowny i pomysłowy. Wystawę, zorganizowaną przez Brooklyn Museum, bardzo polecam.

*

Neue Gallerie (1048 5th Ave./86 St.) - muzeum poświęcone sztuce niemieckiej i austriackiej - znane jest z organizowania niewielkich, ale wyszukanych wystaw, jak przystało na małą, ale bardzo elegancką placówkę. Tym razem oglądamy "Portraits of an Age: Photography in Germany and Austria, 1900-1938". Zaprezentowano na niej ponad sto portretów osób w większości znanych w ówczesnych czasach, dziś rozpoznawanych głównie przez historyków epoki. Ale wiele postaci sportretowanych przez z reguły profesjonalnych fotografów to znane osobistości ze świata kultury: Stefan Grosz, wybitny malarz i satyryk, Egon Schiele - ekspresjonistyczny malarz, podobnie jak jego mistrz Gustav Klimt. Max Beckman czy Vasilly Kandinsky to także artyści.

Zgromadzone zdjęcia mają zarówno charakter artystyczny, jak i dokumentalny. Pokazują, jaki obowiązywał wówczas styl przedstawiania postaci - pozowany, wygląd osoby portretowanej poprawiany, jednocześnie z obowiązującym w całej kulturze języka niemieckiego akcentem ekspresjonistycznym. Postaci są wyraziste, niekiedy nawet przerysowane; a to nadmiernie podkreślone oczy, a to uwydatniona twarz w światłocieniu, a to znów sylwetka osoby w jakimś przesadnym skręcie czy wystudiowanej pozie.

Zarazem mają charakter dokumentacyjny. Rejestrują świat elity towarzyskiej tamtych czasów, świat, który już dawno przeminął.

Osobną, niewielką część wystawy stanowią zdjęcia Augusta Sandera, wybitnego artysty, który podjął się sfotografowania typów ludzkich podług zawodów i pozycji społecznej. Niestety, choć nie miał on nic wspólnego z faszyzmem, zdjęcia jakoś dziwnie korespondują z portretami ludzi, którzy według faszystowskiej propagandy stanowili przykłady typów rasy aryjskiej.

Dla zwolenników kultury niemieckiej, dla entuzjastów starej fotografii, dla miłośników imprez wyszukanych jest to wystawa, której nie powinni pominąć.

*

Czynna do 10 lipca w Metropolitan Museum wielka wystawa przeglądowa malarstwa Maxa Ernsta rozczarowuje. Nie tylko stanowi dowód (dla mnie przynajmniej), iż ów jeden z najbardziej wpływowych artystów XX wieku był niezbyt uzdolnionym twórcą, ale jeszcze pokazuje coś więcej - że ruch surrealizmu, z jego korzeniami w dadaizmie, to dziś już przebrzmiała przeszłość. Miał ogromne znaczenie dla ożywienia twórczości (nie tylko malarskiej, również literackiej i muzycznej), ożywił zamierający ferment w sztuce po neoimpresjonistycznych poszukiwaniach twórczych, ale nie pozostawił po sobie trwałych arcydzieł. Niestety, prace te trącą dzisiaj kiczem, tanią sensacją, łatwizną artystycznego przedstawiania.

Prawdopodobnie niewiarygodny sukces surrealizmu stał się jego zgubą. Fascynował tłumy, apelował do pospolitej wyobraźni, estetyka groteski i śmiałych zestawień tematycznych czy barwnych pozwalała na wszelką dowolność licznym naśladowcom. Śmiałość pomysłów graniczyła z anarchią twórczą, sugerowała głębię, ale bliżej nieokreśloną, tajemnicę, ale nienazwaną, metafizykę, lecz wyłącznie sugerowaną. Przedstawienia te miały komunikować tajemnicę człowieka, sięgać do głębi pokładów podświadomości.

Choć powyższe uwagi ogólne dotyczą także Maxa Ernsta, którego zaliczyć można do ojców surrealizmu, nie znaczy to, że wystawa w Metropolitan, na której zgromadzono ponad 170 prac artysty - grafiki, prace wykonane techniką mieszaną, kolaże i obrazy - jest nieciekawa. Przeciwnie - jest szalenie interesująca, ale zarazem chyba mocno nużąca. Oglądamy wariacje na temat szokujących zestawień barwnych, kolejne pomysły ukazania groteskowych kształtów i szybko się orientujemy, iż tak można w nieskończoność. Triumf irracjonalizmu, dziwności i oderwania od rzeczywistości początkowo zastanawia, szybko jednak męczy. Skoro neguje się logikę (choćby codziennego zdrowego rozsądku), to brak zasady porządkującej. Wszystko więc wolno, czyli każde dowolne zestawienie barwne, każdy dowolny kształt jest jednako uprawniony, jednako wywyższony do rangi sztuki. Surrealizm - "romantyzm dla ubogich" jest bezsprzecznie historycznie zamkniętym okresem.

A żeby było jeszcze dziwniej, Ernst nadawał swym dzieło osobliwe tytuły, jak np. Stugłowa kobieta otwiera swój sierpniowy rękaw albo: Ogrodowa pułapka na aeroplany, czy: Oświadczenie dla taty: nie smuć się, tato. Mój niebiański oblubieniec zwariował. Lecz w mym sanktuarium przechowuję głowę i ręce, które dotknęły gromu. Co to ma znaczyć? Nie wiadomo. Ale na pewno robi się dziwniej.

W pewnym sensie mogą budzić zainteresowanie kolaże Maxa Ernsta - ta najłatwiejsza ze sztuk. Interesujące na pewno są jego grafiki, ale obrazy chyba w najmniejszym stopniu.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail