Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Latające kufle
i inne aluzje
Majówkę postanowiłem spędzić samotnie na tak zwanym łonie
przyrody. W Bieszczadach spotkałem dziki tłum, depczący deptaki
połonin, Polańczyka, Ustrzyk Dolnych i Górnych. Uciekłem więc
w doliny, zwane - nie wiadomo, dlaczego - "dołami" Jasielsko-Sanockimi,
by spotkać podobne tłumy na deptakach Iwonicza i Rymanowa.
Spróbowałem więc poszukać azylu na pustym przez rok Boży lotnisku
w Krośnie, ale tam zastałem tłum większy niż w Disneylandzie,
ujeżdżający karuzelę o swojsko brzmiącej nazwie Crazy Wave,
ciuchcię o nazwie wypierającej niemodny dziś Orient - Canada
Express, oblepiający żywym obrusem stoliki z parasolami o
dziwnie w tym towarzystwie brzmiącej nazwie Żywiec oraz słuchający
wycia zespołów o nazwach bardziej wpadających w ucho niż ich
muzyka, na przykład wyraźnie aluzyjna politycznie Utracona
Prawda, czy wyraźnie kryproleklamiarska Tortellini Blues Machine.
Nie jestem wielbicielem pierożków tortellini, być może dlatego
nie mogę zrozumieć, dlaczego toruńska kapela nie postępuje
i występuje bardziej patriotycznie, reklamując toruńskie pierniki.
Tylko nieliczni przedstawiciele natchnionego tłumu w przerwach
między jednym a drugim plastikowym kuflem zauważali majestatycznie
sunące po niebie kolorowe narzędzia do wozduchopławanija
- jak pięknie mówią Rosjanie o puszczaniu się balonem. Uwagę
wielbicieli złocistego napoju mogły przykuć dwa aerostaty
w kształcie wielkich kufli. Latające kufle jakoś dziwnie aluzyjnie
startowały najbliżej tak zwanej betonki, czyli pasa startowego
wybudowanego przez Niemca, knującego od początku wspólnie
z Rosjanami rozpoczętej wojny inwazję na sojusznika. Wszyscy
znamy zamiłowanie naszych zachodnich sąsiadów do chmielu,
ale żeby aż tak robić ich w balona, przypominając dwoma kuflami
okrągłą rocznicę przegrania przez nich II wojny?
Na tej aluzyjnej betonce lądowali i Hitler, i Mussolini.
Dzisiaj została z niej już tylko zapowiedź lotniska, bo władze
województwa podkarpackiego od dawna myślą o zatarciu ostatnich
śladów obecności faszystów na tych ziemiach, a razem z nimi
starciu z mapy i całego aerodromu. Wielu miejscowym "bizinesmanom"
(tak o sobie mówią: bi-zi-nes) marzą się tu bloki i supermarkety,
bo po co komu na podkarpackiej prowincji lotnisko? Czasy globalizacji,
rosnącego ruchu turystycznego czy prywatnych lotów na Księżyc
najwyraźniej nie dotyczą tej części Galicji. Broni się ona
przed cywilizacją rękami i nogami, a zwłaszcza rękami, wyciągniętymi
po złote runo doraźnych zysków. Ciągniętych ze złotego chmielu,
rzecz jasna (jak małe jasne).
Do wyobraźni władz Podkarpacia nie przemawia chyba pamięć
o Janie Pawle II, który na tymże lotnisku odprawił w 1997
r. mszę świętą dla pół miliona wiernych, gratulując pięknego
pola wzlotów, także duchowych. Odkąd zabrakło Ojca Świętego,
światli krośnianie, skupieni między innymi w powołanym właśnie
Stowarzyszeniu Rozwoju Lotniska, upatrują zbawienia lotniska
w Benedykcie XVI, bo kto wie, może zdąży zlecieć i na ten
piękny szmat ziemi, zanim zaleją go asfaltem? Papież niemieckiego
pochodzenia może uratować poniemiecką betonkę, a w konsekwencji
i całe polskie lotnisko - niebywałe zrządzenie niebios, jak
wszystko, co związane z Karolem Wojtyłą.
Dziwnie się w tym kraju porobiło, że krajanie kroją i dzielą
swój zagon z nadzieją szybkich zysków, a obcy chcą go ochraniać
i restaurować. Na terenach bliskich niemieckiej granicy domy
remontują przeważnie przybysze z zachodu Europy, kupujący
ziemię z myślą o osiedlaniu się w pięknej polskiej dziedzinie.
Miejscowi myślą cokolwiek inaczej, by nie powiedzieć: całkiem
śmiesznie. Sąsiedzi Olgi Tokarczuk, zamieszkałej w okolicach
Nowej Rudy, wyłożyli mi kawa na ławę swoją filozofię: nie
remontują poniemieckich domów, bo jeszcze, panie, Niemce wrócą,
to i po co? Na południowym wschodzie kraju, tam, gdzie akcja
"Wisła" jedną potężną miotłą wymiotła w kraj i za granicę
dziesiątki tysięcy rodowitych mieszkańców tych gór, jest już
inaczej: rosną jak grzyby po deszczu murowane maszkary, obliczone
na agroturystów, czyli wszelkiej maści noclegownie, restauracje,
bary i sklepy. Życie płynie w Bieszczady rzeką żywca, a Rysiek
Kominiarz z Baligrodu, przygrywający na harmoszce w Solinie,
jest już reliktem czasów minionych.
Gdy zjeżdżam w Bieszczady, jeszcze tylko czytanie Stanisława
Vincenza przywraca mi przeszły klimat tej ziemi. Ta wspaniała
proza dotyczy co prawda Pokucia i Huculszczyzny, ale można
ją zastosować i do naszej góralszczyzny, tym bardziej że nie
mamy w naszej literaturze równie pięknej i wiernej pochwały
Tatr i góralskiego życia, co dał Vincenz Bukowinie, Gorganom
i Hucułom w Na wysokiej połoninie. Lektura tego dzieła
uczy zasady dobrego pisarstwa: to trzeba kochać. I zawód,
i kraj, i człowieka, którego opisujemy. Wspaniała pamięć Vincenza,
która pozwoliła mu na emigracji w Chamonix dokończyć zaczętą
przed wojną karpacką trylogię, była jak naładowany akumulator
umiłowania stron ojczystych. Jego piórem wodziła ta sama tęsknota,
która pozwoliła Adamowi Mickiewiczowi napisać w Paryżu Pana
Tadeusza, ba - oddać w szczegółach obrazy, barwy, zapachy,
nazwy i całe frazy zapamiętane na ojcowiźnie.
Nasi praojce świetną mieli pamięć, podczas gdy nasza? Piszę
te słowa 2 maja, czyli w miesiąc po śmierci Papieża, i widzę
raczej powszechny powrót do niepamięci. Nawyk szybkiego zapominania
o naszych wielkich i ich dokonaniach jest równie silny, jak
potrzeba tłumnych zgromadzeń w świątyniach oraz miejscach
bogatych w napoje procentowe. "Polska zerka w przyszłość,
żyje do przodu, nie do tyłu" - jak usłyszałem z okazałych,
a pełnych ust pewnej poetki, sączącej na lotnisku przeznaczonym
do rozbiórki piwo rurką, w celu bardziej skutecznego wchłonięcia
złotego runa przez organizm pożądający natchnienia jak zbawienia.
Czego jej życząc z niemałą ulgą oddaliłem się w kierunku pustawej
w porze majowego weekendu Warszawy.
|
|