Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Morderstwo
na Morduchu
Gdy poniższy felieton sięgnie druku, nad zaspanym Nowym Jorkiem
wstanie trzynasty dzień maja, w dodatku piątek. Nie należę
do osób przesadnie przesądnych ani za bardzo lękliwych (o
czym świadczyć może szaleństwo pisania zamiast zarabiania),
tym niemniej staram się nie opuszczać domowych pieleszy w
takich dniach. Szanownym Czytelnikom, którzy z narażeniem
życia udali się w piątek trzynastego do polskiego sklepu na
Greenpoincie czy kiosku na Manhattanie w celu nabycia Nowego
Dziennika, składam niniejszym wyrazy najwyższego szacunku,
pomieszane z nutką zazdrości.
Niestety, tak łatwo wykazuję się bohaterstwem. Mieszkanie
w Warszawie nie łączy się z żadnym ryzykiem. Spokojne ulice
stolicy zastawione są straganami z książkami, przy których
zatrzymują się spokojni, bo nieco głodni przechodnie, aby
popatrzeć na polskie lasy przerobione na papier. Nieliczni
dokonują zakupów towaru, uważanego powszechnie za zbytkowny
i zbyteczny, bo nienadający się do zjedzenia. Nawet książki
Manueli Gretkowskiej, jakkolwiek smakowite w treści, nie posiadają
cech jadalnych. Zatrute owoce wyobraźni innych autorów, takich
jak na przykład znany amerykański felietonista Janusz Głowacki,
zadają warszawskim przechodniom retoryczne pytanie już samym
tytułem Jak być kochanym.
Nie lepiej niż na ulicach jest w pomieszczeniach zamkniętych.
Pałac Kultury i Nauki ostrzega plakatami przed nadciągającymi
hordami wystawców i wydawców. Nie można nawet spokojnie wypić
kawy w "Literatce", bo zaraz ciągną cię do Pen Clubu na spotkanie
z pisarzem o podejrzanym nazwisku Pollack. Nie jest ci on
żadnym Polakiem, a jedynie Austriakiem, który napisał książkę
o tytule Ojcobójca. Sprawa Filipa Halsmanna.
Każde dziecko w polskiej szkole dziennikarstwa wie dobrze,
kim był Philippe Halsman - fotograf Einsteina, Dalego, Marilyn
Monroe, Hitchcocka. Zwłaszcza Alfred Hitchcock jest tu ważny.
Otóż Martin Pollack z sobie tylko wiadomych powodów postanowił
napisać powieść sensacyjno-sądową o konstrukcji tak dobrze
znanej z filmów mistrza grozy. Jest jak u Hitchcocka - zaczyna
się od trzęsienia ziemi, czyli zabójstwa, a potem napięcie
stale już tylko rośnie, do ostatniej linijki powieści nie
dając odpowiedzi na pytanie, kto i dlaczego zamordował Morducha
Maxa Halsmanna.
Zakończenie brzmi wręcz prowokacyjnie: "Wszelako pytanie,
kto we wrześniu 1928 roku rzeczywiście popełnił morderstwo
w Dolinie Ziller, musi pozostać bez odpowiedzi". Po co więc
popełnił Pollack długą powieść, skoro nie udziela odpowiedzi
na podstawowe pytanie? Nie napisał też tej książki, by oczyścić
z zarzutu późniejszego mistrza fotografii, skazanego przez
zaślepione antysemityzmem austriackie sądy za ojcobójstwo.
Tak postąpiłby niejeden szanujący się pisarz polski czy żydowski.
Pollack przeciwnie, jął się wręcz rozliczania braci Austriaków
za faszyzm. Wskazał na źródła narodzin powszechnej miłości
do nazizmu pośród traktowanego do dziś w charakterze ofiary
narodu austriackiego. Wychłostał mu skórę na historycznym
kolanie, używając jako pretekstu afery z Halsmannem - i co?
I nic. Co więcej, ten na czarno odmalowany (a wydany przez
wydawnictwo nomen omen Czarne) obraz rzekomo pokojowych Tyrolczyków
- zatwardziałych esesmanów i faszystów, zakochanych w swym
rodaku Hitlerze, miłujących jak bohaterów narodowych zbrodniarzy
wojennych austriackiego pochodzenia - został przyjęty w Austrii
z entuzjazmem. Książka przez pół roku nie schodziła z list
bestsellerów, autor natomiast uniknął losu Morducha Halsmanna
i nie został strącony z tyrolskiej - niczym tyrtejskiej -
skały w odmęty potoku, czytaj: zapomnienia.
Próbowano nieco wcześniej załatwić go w Polsce. Martin Pollack
nie został do ojczyzny swego imienia wpuszczony na strajki
sierpniowe 1980 r. Czujne władze połapały się w niemieckich
knowaniach i zawróciły austriackiego korespondenta Spiegla
z lotniska. Nie pomógł mu nawet austriacki ambasador, wykazujący
się postawą z Metternicha: władza ma zawsze rację, choćby
i komunistyczna. Ale Pollack się nie zniechęcił, tylko zabrał
za... naukę polskiego i tłumaczenie polskiej literatury. Zaczął
od Cesarza Ryszarda Kapuścińskiego. Przypomniała o
fortelu Pollacka obu rozbawionym pisarzom - Kapuścińskiemu
i Pollackowi - Bożena Dudko z wydawnictwa W.A.B., cytując...
nieopublikowane fragmenty wywiadu Włodzimierza Kalickiego
z Martinem Pollackiem, jaki poszedł był tylko w połowie w
Gazecie Wyborczej. Dlaczego? Teraz takie czasy, że
mądre (i ciekawe!) przegrywa z krótkim i głupim, na przykład
(e, zmilczę...).
Pollack: "W 1985 roku pomyślałem sobie: spróbuję wjechać
za pomocą książki Kapuścińskiego. Wziąłem świeżo wydanego
po niemiecku Cesarza i poleciałem. Na Okęciu młody
wopista w budce pyta: co pan tu ma zamiar robić? Wyciągam
Cesarza, pokazuję mu swoje nazwisko jako tłumacza i
mówię, że jestem bardzo ważną osobistością, tłumaczem Kapuścińskiego
na niemiecki. A wopista na to: Ryszard Kapuściński, ach, ja
go bardzo lubię. I nawet nie zaglądając pod pulpit z rozmachem
wbija mi pieczątkę w paszporcie. Przechodzę na drugą stronę
i jestem w Warszawie - ale nie do końca (...) stoję i stoję,
czekając aż moja walizka wyjedzie na taśmie. I po kwadransie
słyszę przez megafon: pan Pollack proszony do informacji.
Udaję, że nie słyszę, ale kątem oka widzę, że idzie do mnie
dwóch, w mundurach: ten młody, z budki, czerwony jak burak
i jakiś wyższy oficer. Oficer nie odezwał się słowem. Tylko
młody wykrztusił: panie Pollack, jest pan osobą niepożądaną,
proszę za mną. I tym samym samolotem, którym przyleciałem,
wróciłem wieczorem do Wiednia".
Przytoczyłem ten cytat wiedziony nadzieją, że Czytelnicy,
którzy w piątek, i to trzynastego, z narażeniem życia opuścili
nowojorskie mieszkania w celu nabycia Nowego Dziennika,
przeczytają w nim to, czego nie było dane przeczytać topniejącym
rzeszom wielbicieli gazety, rzeczywiście ostatnio "wybiórczej".
|
|