Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Pucybut
w Pałacu
Nieporozumienia towarzyszą polskiemu życiu umysłowemu tak
wiernie i dozgonnie, jak niedawni towarzysze towarzyszą polskiej
polityce, a Jaruzelski Putinowi i wiecznie żywemu, jak Lenin,
ZSRR. Na przykład warszawskie Targi Książki zaczęły się od
nieporozumień czysto formalnych. Nazwano je "międzynarodowymi",
dlatego wielu pisarzy krajowych uznało, że nie mają tam czego
szukać, skoro targi są dla gości zagranicznych. Tak przynajmniej
uzasadniają brak swoich kongenialnych utworów pośród kolorowej
(okładki) szarzyzny (zawartość), przywleczonej jak stonka
z bliższego i dalszego Zachodu oraz Wschodu, a także z Południa
i Północy.
Jak ważna jest precyzyjna terminologia, świadczy nieporozumienie
wokół słowa "targi" i pochodnych - "targowisko" czy "Targowica".
Te miejsca, tak dobrze znane z naszych miast oraz literatury,
służyły zawsze do wymiany handlowej, na przykład sprzedawania
kraju. Stanisław Przybyszewski: "Wspaniały naród - przepił,
przehulał, sprzedał swoją ojczyznę, płakał potem po jej stracie
na wszystkich targowiskach Europy, zalewał się łzami, żebrał
litości" - doprawdy nie wiem, o jakim wspaniałym narodzie
Przybyszewski tak pięknie pisał na początku XX wieku? Zważywszy,
że istniało wtedy na świecie sześć tysięcy języków, zawsze
można będzie jakiś naród do jakiegoś języka dopasować.
Teraz jest z tym gorzej, bo topnieje liczba języków, choć
przybyło państw, a także narodów. Wysiłki wojsk rosyjskich
w Czeczenii zmierzają co prawda do tego, by zachować równowagę
pomiędzy językami i narodami, ale jakoś im się to może nie
udać, nawet przy najbardziej entuzjastycznym poparciu Jaruzelskiego
i cichym wsparciu Busha. Na warszawskiej uczelni, na której
pracuję, studiują młodzi Czeczeni. Zajęcia z nimi należą do
ciekawszych; są to ludzie Wschodu, ale i nie są, bo zostali
wyposażeni w wewnętrzny kompas moralny, rzec można w zachodni
nakaz wolności - gdyby to nadal było na Zachodzie prawdą.
W dyskusjach mówią całą prawdę, prosto w oczy. Po tych sporadycznych
kontaktach wiem tylko, że jedyną szansą na przetrwanie ich
narodu i języka może być tylko rewolucja w Rosji. Taka sama
jak na Ukrainie. Co musi pozostać, jak na razie, pobożnym
życzeniem. Targować się nie zamierzam, ale chciałbym dożyć
tej chwili, gdy na placu Czerwonym spotka się młodzież czeczeńska
z rosyjską, polską i amerykańską, a starzy kagiebiści i ich
najemnicy usiądą w mauzoleum Lenina przerobionym na jadłodajnię
McDonald'sa i będą popijać rosyjski czaj, zagryzając amerykańskim
hamburgerem. To tyle względem historycznych targów.
W przypadku targów książki, odbywają się one w scenerii i
nastroju zbliżonym do współczesnego placu Czerwonego. Ludność
przeważnie zwiedza zabytkowe i podniszczone sale Pałacu Kultury
i Nauki zaprojektowanego przez Lwa Rudniewa, oglądając książki
niczym Rosjanie Lenina w mauzoleum - z nabożeństwem, albo
jak zabytki muzealne. Nieliczni biorą takie dziwactwo do ręki
(mam na myśli książkę!), a tylko co dziesiąty książkowy oglądacz
sięga do kieszeni, by zamienić skromny obiad na strawę duchową.
Zamiana nie jest sprawiedliwa, bo najskromniejsza książka
kosztuje dziś znacznie więcej niż najskromniejsze danie w
najlichszej stołówce.
Na targach znajdują się także wiekowi i zabytkowi zazwyczaj
osobnicy, ściskający kurczowo palcami lewej ręki (taka moda)
rzadko używany w naszych czasach przedmiot zwany piórem, którym
wykonują jakieś dziwne ruchy, zwane dawniej pisaniem, na jakimś
dziwnym prostokącie, zwanym kiedyś kartką, pod którą znajdują
się inne kartki, a wszystko razem zwane jest książką, czyli
stronicami zaczernionymi zabytkowym dziś drukiem. Wynalazek
"towarzysza Gutenberga" ze starego dowcipu wychodzi z użycia
w czasach elektroniczno-cyfrowych i przypominanie o jego istnieniu
za pomocą kolorowych przedmiotów wymiany handlowej, zwanych
nadal, z braku bardziej odpowiedniej nazwy, książkami lub
kniżkami - zaopatrzonymi obowiązkowo w płytkę z nagranym tekstem
dla współczesnych analfabetów - jest klasycznym nieporozumieniem.
Dodatkowe zamieszanie na stoiskach targowych powodują tytuły
książek zagranicznych. Są to tytuły obce naszej wschodniej,
słowiańskiej kulturze, pisane w innym języku niż angielski,
czyli jedynym liczącym się w Polsce narzeczu. Znaczna przewaga
literatury anglojęzycznej nad polską na targach tylko się
zwiększyła i jeśli wydawnictwa z nazwy polskie - bo w rękach
obcego kapitału - nie przejdą już wkrótce na angielski i nadal
będą drukowały polskie książki w języku polskim, uznamy to
za przejaw tradycyjnego polskiego dziwactwa, zwanego górnolotnie
polskim indywidualizmem.
Od wielu lat stara Polska stara się upodobnić do młodej Ameryki
i przeważnie jej się to udaje, z nielicznymi wyjątkami. Należy
do nich tak zwana obecność tłumaczeń. W USA tylko dwa procent
sprzedanych książek jest autorstwa nieamerykańskiego. W Polsce
jest odwrotnie - tłumaczy się już praktycznie wszystko lub
prawie wszystko, co ukazuje się po angielsku. Polscy "przekładacze"
sięgają po wszystko, co "idzie" na rynku w Stanach Zjednoczonych
i najczęściej się nie mylą: Polacy kupują chętniej literaturę
amerykańską od polskiej. Ciekawi ich bardziej od swojego daleki
kraj, obiecujący awans pucybutów na milionerów. No tak, ale
ja w Warszawie nie widziałem ani jednego! Nie ma czyścibutów
nawet w najbardziej ruchliwym miejscu zgromadzeń, jakim jest
Dworzec Centralny. Nie uświadczysz też żadnego w Pałacu Kultury,
gdzie aż się prosi zamieniać warszawski kurz w lśniące lakierki,
zarabiając dzięki temu pierwszy milion.
Brak szacunku dla ciężkiej pracy pucybuta jest jednym z największych
polskich nieporozumień. Niezrozumienie zależności pomiędzy
niegodnym dla polskiej dumy narodowej czyszczeniem komuś butów
a osobistym szczęściem i bogactwem jest, moim zdaniem, jednym
z największych polskich nieszczęść. Ta skaza na naszym charakterze
uniemożliwia młodym Polakom rozwinięcie skrzydeł w typowo
amerykańskiej dziedzinie i nie pozostaje im już nic innego,
jak pisanie nikomu niepotrzebnych książek.
|
|