[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 27 maja 2005


Marek Kusiba

Żabką przez Atlantyk

O odkrywaniu
Szwajcarii

Piszę 23 maja, w rocznicę śmierci Norwida, a w głowie kołacze mi strofa z wiersza Tomasza Różyckiego, będąca przytoczeniem ostatniego zdania Cypriana Kamila: "Lepiej mnie przykryjcie". To "przykryjcie" wywołuje przykre uczucie, jakiego doznajemy w chwili przebudzenia z pięknego snu. Bo oto autor czyta wiersz o śmierci Norwida, jego głos, wzmocniony przez mikrofony, rozchodzi się niczym po alpejskich dolinach po akustycznych nader salach, ba - salonach Pałacu Kultury, usadowiona obok Julia Hartwig patrzy na prowadzącego spotkanie, a usadowiony obok pani Julii poeta Jarosław Mikołajewski patrzy na mnie - pozornie z niewiadomych powodów. Dla niego. Bo dla mnie jest oczywiste, że jego poetycka wrażliwość musi wyczuwać obecność w mojej torbie mego tomu z wierszem, ba - całym poematem z Norwidem koczującym w Nowym Jorku, i Norwidem umierającym w Paryżu, z zacytowaną, jakżeby inaczej, ostatnią linijką z jego literackiej i emigranckiej podróży: "Lepiej mnie przykryjcie".

Musiałem wyjść, a w przejściu usłyszałem: "Ten Tomasz Różewicz to młodo wygląda jak na swój wiek". Pomyślałem, że pani musiała być zdrowo chora, by pomylić Tadeusza Różewicza z Tomaszem Różyckim, ale po chwili ugryzłem się we własną myśl i poszedłem do baru, gdzie dwóch dżentelmenów toczyło ożywioną dyskusję na temat wcześniejszego spotkania m.in. z Olgą Stanisławską i Hugo Loetscherem - na temat podróży. Panowie zastanawiali się, w jaki sposób młoda i ładna kobieta przejechała samotnie Afrykę, nie będąc zjedzoną żywcem przez ludożerców. Wniosków nie przytoczę, ale powiem tylko, że panowie mieli przy sobie po dwie książki Waldemara Łysiaka i Katarzyny Grocholi. Ci bezwzględnie wybitni pisarze nie mogli mieć żadnego wpływu na poglądy tych panów, ale ostrzec muszę rozdzimych ludożerców: Stanisławska niestrawna jest.

W rozmowie ze mną powiedziała rzecz w Polsce nadal niestrawną, bo nie zaczepioną w nieufności i podejrzliwości naszej narodowej a świętej: że oto przejechała Afrykę dzięki pomocy zupełnie obcych jej ludzi, obcych, a bliskich, witających ją w każdym miejscu z otwartymi ramionami i czujących może niczym nieskrępowaną i niekrępującą solidarność rodziny człowieczej. Ci biedni na ogół ludzie mieli wmontowany na stałe imperatyw bezinteresownej dobroci, dzielili się tym, co mieli, a że mieli zazwyczaj mało, dzielili się tym bardziej. Gdy następnego ranka rozmawiałem o tych sprawach z Ryszardem Kapuścińskim, kiwał głową i potwierdzał to wszystko, co wcześniej opisywał w Hebanie czy Lapidariach. Można by to streścić patetycznym: bogaci są biedni, biedni są bogaci.

Jubileuszowe Targi Książki w Warszawie były dla mnie także podróżą sentymentalną. Wracałem na nich do polskiej literatury w jej najbardziej czystych formach i postaciach, a to literatury szeptanej, mówionej, oplotkowywanej, zuchwale zachwalanej, albo zuchwale milczącej, gdy do stoiska z pisarzem nie ustawiały się kolejki, bo stały do niewątpliwie najpiękniejszej poetki polskiej Marzanny Kielar. Ten pisarski i wydawniczy spęd z całego świata nie miał sobie równych w krajach wschodniej Europy, i nieoczekiwanie warszawska impreza urosła do rangi największej. Ogromna w tym zasługa mało znanych w Polsce Szwajcarów, którzy przywieźli sześćdziesięciu pisarzy i nagle się okazało, że nie tylko Friedrichem Dürrenmattem i Maxem Frischem stoją. Mają ciekawą literaturę pisaną w czterech językach.

To ważna dla nas informacja: kiedy Szwajcar pisze książkę, to pisze od razu dla sąsiadów w Austrii, Niemczech, Francji, Lichtensteinie i Włoszech. Polak pisze z reguły tylko dla Polaków, poza może Stanisławem Lemem i wspomnianym już Kapuścińskim, a także trochę, ale nie do końca, Januszem Głowackim. To ciekawe, co mówią Szwajcarzy o swoich pisarzach: że nie mają przyklejonej etykietki "szwajcarski" - jak ser. Ambasador Szwajcarii w Polsce, Andre von Graffenried, napisał: "Obok naszej wielojęzyczności my, Szwajcarzy, jesteśmy dumni również z tego, że od stuleci nasz kraj jest miejscem stykania się wielkich kultur Europy".

Polska, nasz kraj, jest również takim miejscem, ale jakoś tego nie podkreślamy. Przylgnął do nas stygmat "stykania" się wybuchowego, szczękającego orężem, krwawego. Pora na zmianę, na odarcie naszego wizerunku z destrukcyjnych nieszczęść, a wstawienie w to miejsce twórczej roli kraju leżącego na styku Rzymu i Bizancjum, Wschodu i Zachodu.

Mała dziewczynka w Kolumbii zapytała kiedyś Hugo Loetschera o to, "kto odkrył Szwajcarię". Dziecku nie mogło się pomieścić w głowie, że są kraje na świecie, których nie trzeba odkrywać. Ale jeśli patrzymy na Polskę, zdanie małej dziewczynki z Kolumbii nabiera nowych znaczeń. Polskę trzeba na nowo "odkryć", zmienić jej wizerunek w oczach świata, zbudować nowy obraz nowoczesnego kraju, będącego nie tylko miejscem rozpoczynania wojen, ale także, a może przede wszystkim, krajem otwartym, gościnnym, przyjaznym - no i czystym. Tak się składa, że po wyjściu z klimatyzowanych (i czystych!) pomieszczeń Pałacu Kultury goście Targów udawali się na Dworzec Centralny. Dalej wszystko jasne: jasne jest to, że w świadomości wielu, niekoniecznie lewicowo zorientowanych pisarzy i dziennikarzy, czysty Pałac Kultury kojarzyć im się będzie z Rosją, a brudny Dworzec Centralny z Polską. To proste jak proza. Życia.

Współczesna Polska należąca, a tak naprawdę aspirująca do Europy, z ostatniego zdania Norwida powinna uczynić swoje motto: "Lepiej mnie przykryjcie" - nie tyle kolorowymi billboardami, zasłaniającymi całe budynki w centrum Warszawy, co nowym wizerunkiem - kraju otwartego, przyjaznego innym kulturom, rasom, wyznaniom. Te Targi chyba jednak pokazały, że Polska, jak mądry podróżnik, zaczęła na nowo uczyć się "posługiwania się światem", miejscem przyjaznym nie tylko odważnej Oldze Stanisławskiej.

 

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail