[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 3 czerwca 2005


Zbudowaliśmy solidną firmę

Z Pawłem Potoroczynem, dyrektorem Instytutu Kultury Polskiej w Nowym Jorku, rozmawia Andrzej Józef Dąbrowski

Andrzej Józef Dąbrowski: - Weźmy od razu byka za rogi: największe sukcesy i największe porażki, jakie odniósł Pan podczas pięcioletniej bez mała kadencji.

Paweł Potoroczyn: - Lista sukcesów byłaby bardzo długa. Ich przykładem może być choćby owacyjne przyjęcie amerykańskiej premiery Mszy za pokój Wojciecha Kilara w katedrze św. Patryka na Manhattanie, jakie miało miejsce w końcu kwietnia. Stała się ona sensacyjnym wydarzeniem muzycznym. Możemy się także poszczycić wyróżnieniem OBIE Award przyznanym spektaklowi Hell Meets Henry Halfway według Opętanych Gombrowicza, granemu na SoHo przez filadelfijski teatr Pig Iron. Jesteśmy jego współproducentami. OBIE Award jest najważniejszą nagrodą przyznawaną przez tygodnik Village Voice przedstawieniom granym poza Broadwayem. W konkurencji staje kilkaset spektakli.

- Wymienił Pan ostatnie sukcesy, a wcześniejsze?

- Pierwszym sukcesem było to, żeśmy dowiedli racji istnienia Instytutu Kultury Polskiej, że dowiedliśmy, iż jest popyt na polską kulturę. Drugim, że przebiliśmy się w najbardziej konkurencyjnym środowisku na świecie. Zaistnieliśmy w Nowym Jorku jako poważny partner prezentujący wartościowe wydarzenia, cieszące się zainteresowaniem nie tylko grupki specjalistów i kilku krytyków, ale i publiczności. Generalnie można powiedzieć, iż największym naszym osiągnięciem jest obecność kultury polskiej w jej najlepszych manifestacjach, tam, gdzie dotychczas jej nie było - w najlepszych salach koncertowych, teatrach i galeriach.

- Czym najbardziej zaskoczyliście Amerykanów?

- Tym, że nie można się dostać na niektóre nasze prezentacje. Wystarczy tylko wspomnieć spektakl Carmen Funebre grany w Nowym Jorku przez Teatr Biuro Podróży. Daliśmy tylko cztery przedstawienia, za każdym razem dla tysiąca osób i bardzo wielu chętnych musiało z kwitkiem odejść od kasy. Trzeba było widzieć ich zawiedzione miny.

- Czy było jakieś wydarzenie, które tak zafascynowało Amerykanów, że zainteresowali się konkretną dziedziną naszej sztuki lub twórczością konkretnego autora?

- Takich wydarzeń było kilka, wymieńmy choćby nasz zeszłoroczny projekt "Jesień Gombrowicza", który składał się z czterdziestu najróżniejszych przedsięwzięć w kilkunastu miastach Stanów Zjednoczonych. Można też zaliczyć do nich inscenizację Dybuka warszawskiego Teatru Rozmaitości w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego, pokazywaną w Brooklyn Academy of Music w ramach festiwalu Next Wave, spektakl przełomowy w sensie moralnym, psychologicznym i estetycznym. Innym przełomowym przedsięwzięciem sprzed trzech lat była zbiorowa wystawa współczesnej polskiej sztuki kobiet "Architecture of Gender" pokazana w SculptureCenter. Procentuje indywidualnymi wystawami do dzisiaj.

- W ferworze rozpamiętywania sukcesów zapomnieliśmy o porażkach.

- Czy musimy o nich mówić?

- A co, szło tu Panu tylko jak po różach?

- Za porażkę można uznać widownię w Kimmel Center w Filadelfii, zapełnioną zaledwie w połowie na koncercie Filharmonii Wrocławskiej. Zważywszy, że jest to orkiestra na solidnym, europejskim poziomie, była to nie tylko nasza porażka, ale i całej filadelfijskiej Polonii.

- Tylko tyle?

- Skoro pan drąży, odpowiem tak - jako prezenter polskiej kultury w Nowym Jorku nie doznałem tu wielu porażek, a nawet odczuwam coś w rodzaju zawodowego spełnienia. Porażkę poniosłem jako urzędnik, bowiem nie udało mi się przez pięć lat powiększyć naszej placówki. Było nas troje w momencie jej powstawania i jest nas troje w chwili, kiedy kończy się moja kadencja. Nie udało mi się uczynić z Instytutu tak mocnej kadrowo placówki, jak choćby istniejące w Sofii czy Bukareszcie.

- Skoro wracamy do podstaw, nie mogę nie zapytać, w jaki sposób powstał Instytut i jak zorganizowana jest jego praca?

- Działamy na podstawie polsko-amerykańskiej umowy międzyrządowej z roku 1989. Decyzja o powołaniu naszej placówki zapadła w roku 2000 i wówczas też Ministerstwo Spraw Zagranicznych przyznało na nią pieniądze. Latem 2000 r. został rozstrzygnięty konkurs na stanowisko dyrektora. W listopadzie przyjechałem do Nowego Jorku z jedną walizką i zamieszkałem w pokoju gościnnym w konsulacie RP. Miesiąc wcześniej przyjechała tu Monika Fabijańska, moja zastępczyni. Później dołączył jej mąż, Krzysztof Janicki. Na początku dysponowaliśmy jednym pokojem w konsulacie wypełnionym po sufit naszym dobytkiem. Musieliśmy pracować na zmianę, bo było nas troje, a miejsca było tylko na dwa krzesła. Powoli nawiązywaliśmy kontakty z różnymi amerykańskimi instytucjami życia kulturalnego i budowaliśmy sieć osobistych więzi, obmyślając jednocześnie sposoby finansowania naszych projektów.

- Czy pracując w trójkę podzieliście się wedle jakichś specjalności?

- Monika Fabijańska jest historykiem sztuki, więc zajmuje się sztukami wizualnymi, ja sam skupiam się na teatrze, muzyce i filmie, a Krzysztof Janicki na sprawach organizacyjnych i administracyjnych. Oprócz tego każdy robi wszystko to, co akurat jest do zrobienia.

- To chyba bardzo żmudne...

- Dzisiaj już mniej, bo zbudowaliśmy solidną firmę, do której zwracają się nasi tutejsi partnerzy z pytaniem, co mamy do zaproponowania. Już nie musimy bezustannie pukać do drzwi, szukać tzw. dojść, wydzwaniać, by zainteresować ich tym czy owym projektem. Sami są ciekawi naszej oferty.

- A jeśli jednak wydzwaniacie, czy często spotykacie się z odmową?

- Statystycznie, z zainteresowaniem Amerykanów spotyka się jeden projekt na dziesięć. To, wbrew pozorom, wcale dobry wynik. Kiedyś było nam trudniej, teraz - po sukcesach trzech ostatnich sezonów i pozytywnych recenzjach w New York Timesie - jest znacznie łatwiej, a poza tym nasze propozycje są lepiej przygotowane. Po pięciu latach ten mit Nowego Jorku zaczyna się materializować: że wystarczy mieć dobry projekt, umieć go sprzedać w przyzwoitym angielskim i mieć 10% budżetu, a wszystko się uda. Dzisiaj też coraz częściej udaje nam się namówić jakiegoś amerykańskiego prezentera na podróż do Polski i obejrzenie przedstawień czy wystaw. W chwili kiedy rozmawiamy, w Polsce przebywa dyrektor Brooklyn Academy of Music i dyrektorka Art at St. Ann's. Oboje szukają przedstawień, które mogliby w przyszłości pokazać w ramach swoich programów. A to jest najbardziej efektywna finansowo forma wymiany kulturalnej, bo jeśli naprawdę poważny prezenter znajdzie dla swojej sceny, galerii czy kina coś, o czym wie, że zainteresuje jego publiczność, znajdzie na to również pieniądze. A to jest idealna sytuacja: promujemy polską kulturę za amerykańskie pieniądze.

- Czy już wiadomo, co "nie bierze" Amerykanów?

- Moim zdaniem dzieło na odpowiednim poziomie zawsze znajdzie swego promotora.

- Zawsze?

- Może nie przysłowiowy Moniuszko, który jakoś nie może się przebić w sferach muzycznych. Generalnie można powiedzieć, że dzieła zakorzenione w odległej tradycji i funkcjonujące jako filary narodowej kultury sprawdzają się głównie w środowiskach polonijnych, ale nie trafiają do Amerykanów. Im bardziej konserwatywna jest forma danego dzieła, im bardziej hermetycznie polski przekaz, tym mniejsze budzi ono zainteresowanie. Powinniśmy pokazywać tutaj więcej tego, co w Polsce jest na światowym poziomie, czyli teatr, sztuki wizualne, zwłaszcza tzw. nowe media, w których celują nasi artyści. Powinniśmy też prezentować najnowszą muzykę - Pawła Mykietyna, Pawła Szymańskiego oraz poszukujących instrumentalistów, takich jak Maciej Grzybowski czy Kwartet Śląski. Sporo też zajmujemy się jazzem i muzyką etniczną - oba gatunki przeżywają renesans zainteresowania ze strony bardzo wyrafinowanej publiczności.

- Instytut w Nowym Jorku miał być z założenia firmą o charakterze impresaryjnym...

- Jego zadaniem miała być promocja kultury i produkowanie wydarzeń...

- "Produkowanie" niezbyt fortunnie brzmi, gdy mowa o sztuce.

- Niefortunnie, ale coraz częściej tak się właśnie mówi. Jak to zresztą inaczej powiedzieć, skoro jesteśmy producentami, czy współproducentami, i skoro zajmujemy się marketingiem, gdzie wszystko zapisuje się za pomocą liczb?

- Macie jakieś cele wyznaczone przez władze w Warszawie?

- Są one tak szumne i wieloznaczne, brzmią tak górnolotnie... Można je w sumie określić jako promocję kultury polskiej. My zaś próbujemy przełożyć je na język codziennej praktyki przemysłu kulturalnego.

- Przemysłu?

- A jak lepiej określić to, z czym mamy tu do czynienia najczęściej? Myślę więc, że naszym zadaniem jest wprowadzenie narodowego produktu do głównego obiegu kultury w Stanach Zjednoczonych, przy najmniejszych kosztach dla polskiego podatnika.

- Mam wrażenie, że jestem na lekcji ekonomii.

- To dobre wrażenie, ponieważ przemysł kulturalny istnieje naprawdę. W Stanach Zjednoczonych nazywa się to culture industry. Wiem, że dla europejskiego ucha brzmi to obrazoburczo. W USA, jeśli tylko 1 procent społeczeństwa żywi potrzeby kulturalne wyższego rzędu, oznacza to około 3 milionów ludzi. Coś, co zaspokaja potrzeby trzech milionów, z istoty swych rozmiarów staje się przemysłem. A przemysł na swoje protokoły, standardy, język i sposoby komunikacji. Instytut szybko się zaaklimatyzował w tej rzeczywistości; zaczęliśmy władać tym samym językiem.

- Skoro mowa o "przemyśle", to uprawnione jest chyba pytanie, czy Państwo zarobiliście coś na swoich "produktach"?

- Nie zarabiamy, jesteśmy misją dyplomatyczną, której celem nie jest generowanie żadnych dochodów. Zajmujemy się natomiast zdobywaniem pieniędzy na poszczególne projekty. To 99% mojego czasu. Zbudowanie programu na sezon 07/08 zajmie dwa miesiące. Ale potrzeba tych dwóch lat na zebranie pieniędzy, by go sfinansować.

- Czy budżet, jakim Państwo dysponujecie, stanowi tajemnicę państwową?

- Naturalnie, ale tylko dlatego, żeby nikogo nie rozśmieszyć.

- Czy inne Instytuty Kultury Polskiej, działające w różnych państwach, dostają na swą działalność większe fundusze?

- Tzw. budżety programowe, czy merytoryczne, są pewnie podobne. Myślę, że nowojorski Instytut może być nawet nieco tańszy w eksploatacji, niż inne placówki, bo nie mając własnego budynku nie mamy wielkich kosztów stałych. Poza tym jest nas tylko troje, a nie dziesięć osób, jak w Mińsku białoruskim czy Bratysławie.

- Może jest jakaś szansa na utworzenie wspierającego Was polskiego lobby?

- To trudne pytanie. Po pierwsze, każde takie lobby chciałoby i miałoby prawo do egzekwowania swego wpływu na program, a to, obawiam się, mogłoby oznaczać powrót do Moniuszki. Po drugie, takie lobby nie mogłoby powstać bez współudziału najważniejszych polonijnych organizacji, a te nie sprawiają wrażenia, że są zainteresowane kulturą wysoką. Jak dotychczas zawdzięczamy bardzo wiele bardzo nielicznym prywatnym darczyńcom, którzy wolą pozostać anonimowi, i kilku firmom z Polski, przede wszystkim Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych i Polskim Liniom Lotniczym LOT. Kilka całkiem zamożnych organizacji polonijnych, o ile w ogóle odpowiadały na naszą korespondencję, ofiarowały po kilkaset dolarów na projekty o budżetach liczących po kilkadziesiąt tysięcy.

- Tylko kilkaset dolarów?!

- Nie przesłyszał się pan. Z kilkoma szlachetnymi wyjątkami, podobnie było z polonijnymi biznesami. Tymczasem od początku naszego istnienia budżety wszystkich naszych prezentacji zamykają się kwotą około 2 milionów dolarów.

- Prawda więc, jak zawsze, okazała się gorzka.

- Nie, bez przesady. Postawa organizacji i biznesu jest prostą pochodną potrzeb ich wyborców i klientów. To jest element rzeczywistości, a na rzeczywistość nie można się obrażać. Po prostu więcej jest melomanów, bywalców teatrów i miłośników sztuki wśród statystycznych nowojorczyków niż wśród naszych statystycznych rodaków. Większość Polaków przyjechało do Nowego Jorku zarabiać pieniądze. Wielu nowojorczyków jest tu po to, by wydawać pieniądze na obcowanie z kulturą, choćby najbardziej egzotyczną. To fenomen tego miasta. Dlatego tutejsze instytucje, fundacje i towarzystwa powiernicze bywają dla nas hojniejsze niż unie kredytowe czy organizacje polonijne.

- Nie mówiliśmy jeszcze o literaturze, czy chlubicie się jakimiś dokonaniami na tym polu?

- Zeszły rok był pod tym względem trochę lepszy, głównie dzięki "Jesieni Gombrowicza", w ramach której ukazały się trzy angielskie wydania tego autora. Niestety, jesteśmy za słabi kadrowo, by podołać wszystkiemu. Chcąc szybko zbudować Instytut jako solidną markę na scenie kulturalnej, musieliśmy skupić się na dziedzinach, które dawały szansę na szybki sukces, stąd skupienie na teatrze, sztukach plastycznych, muzyce i filmie. Zbudowanie trwałych kontaktów z wydawnictwami i stałe ich podtrzymywanie to proces wieloletni, wymagający jednego, całkowicie oddanego tej dziedzinie, kompetentnego pracownika. Nie mieliśmy kogoś takiego, mimo pięcioletnich zabiegów. Mam nadzieję, że mój następca będzie miał do pomocy fachowca w tej mierze.

- Szkoda, że ministerialni mocodawcy nie doceniają potrzeby promowania książek polskich autorów i książek o Polsce, które byłyby stale dostępne w amerykańskich księgarniach i bibliotekach. Niestety, jest ich tam niewiele. I stan ten trwa już od dziesiątków lat.

- Jeśli tak jest, to znaczy, że nie ma na nie popytu. Księgarnie mają tylko te książki, które są kupowane. Popyt pojawi się wraz z zainteresowaniem Polską, a zainteresowanie Polską pojawi się, jeśli nasza kultura będzie profesjonalnie prezentowana, bo nie ma lepszych, tańszych i skuteczniejszych narzędzi budowania wizerunku kraju niż promowanie jego kultury. Koszt dotarcia do potencjalnego zainteresowanego utrzymuje się na poziomie kilku centów. I proszę zauważyć jeszcze, kim jest ten potencjalny odbiorca komunikatu? Przecież to są konsumenci kultury wysokiej, czyli najbardziej opiniotwórcza i wpływowa grupa w każdym społeczeństwie. Książki same pojawią się w księgarniach, jeśli ta grupa zacznie o nie pytać. To wymaga czasu i pieniędzy, ale ten proces już się zaczął.

- Co zadecydowało o tym, że wygrał Pan konkurs na stanowisko dyrektora Instytutu? Czy pomocne tu były doświadczenia z Los Angeles, gdzie był Pan konsulem do spraw kultury?

- To jest pytanie do komisji konkursowej, która w regulaminowym czasie wyłoniła innego kandydata, a dopiero po kilku faulach i dogrywce odkryła, że na ławce rezerwowych jest jeszcze jeden zawodnik. To osobna historia, ale nie na wywiad. Na stanowisko konsula w LA też stawałem do konkursu i zdawałem egzamin konsularny. Najtrudniejszy egzamin od matury z matematyki...

- Z wykształcenia jest Pan...

- Magistrem filozofii.

- Filozof w dyplomacji to raczej nieczęsty przypadek.

- W dyplomacji kulturalnej to się chyba sprawdza. Żeby dobrze wykonywać ten zawód, potrzebna jest przede wszystkim bezgraniczna wiara w sens kultury jako formy komunikacji, a ja głęboko wierzę, że w kulturze jesteśmy mocarstwem średniej wielkości i że kultura jest jednym z niewielu polskich produktów prawdziwie światowej klasy.

- W latach 80. prowadził Pan podziemne wydawnictwo, za co Pana aresztowano.

- Była to działająca w Warszawie Studencka Oficyna Literatów i Dysydentów, w skrócie SOLID. Kiedy słabnąca komuna postanowiła "uwolnić inicjatywę gospodarczą" i ówczesny minister Wilczek ogłosił, że co nie jest zabronione - jest dozwolone, zarejestrowałem wydawnictwo Zebra. Pierwszym tytułem, jaki wydałem "na powierzchni", była książka Andrzeja Wajdy Powtórka z całości. To był dopiero 88 rok i musiałem oczywiście nosić maszynopis do cenzury i wojować z jej ingerencjami.

- Jest Pan także literatem. Czytałem Pana opowiadania w "Tygodniku Powszechnym" i "Rzeczpospolitej".

- To jeszcze nie literatura, to dopiero parę opowiadań. Resztą zajmę się na emeryturze.

- Nie wypytuję o szczegóły, żeby nie zapeszyć. Dziękuję za rozmowę.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail