[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 10 czerwca 2005


WITOLD J. ŁAWRYNOWICZ

Czarne plamy
w historii

Ostatnie miesiące przyniosły wiele przypadków świadczących o dążeniu do zrewidowania niewygodnych fragmentów historii drugiej wojny światowej. Jednym z przykładów tego rewizjonizmu jest często spotykane w mediach Zachodu użycie frazy Polish Concentration Camps (o czym dwukrotnie pisałem w Przeglądzie Polskim - 28 stycznia i 1 kwietnia br). Problem jest jednak dużo szerszy niż tylko medialne pomówienia pod adresem Polski. Chodzi o usunięcie ze zbiorowej pamięci społeczeństw kłopotliwych faktów, tak by historia wspierała bieżącą linię polityczną. Świadome zamazywanie prawdy historycznej nazywam tworzeniem czarnych plam w historii.

Można odnieść wrażenie, że po 1989 roku Polska nie była zbyt zainteresowana wypełnianiem białych plam w swojej historii, pozostawionych przez 45 lat rządów komunistycznych. Jednak ostatnio stanął przed nami nowy problem, potencjalnie bardziej niebezpieczny niż brak znajomości faktów z naszej przeszłości. Jest nim poprawianie historii, czyli tworzenie czarnych plam, które mają zmienić znaczenie, a nawet fakt zaistnienia pewnych wydarzeń w przeszłości. Motywem działalności w tym przypadku jest albo chęć zacierania historii, albo poprawianie jej w taki sposób, żeby pasowała do wymogów obecnej polityki niektórych partii politycznych i państw. Ta linia postępowania nie jest niczym nowym, jednak wydaje się, że kilka tysiącleci pisanej historii naszej cywilizacji nie nauczyło części polityków prostego aksjomatu, że prawda historyczna ma zdolność przetrwania i w końcu zawsze dochodzi do głosu. Czemu zatem mamy do czynienia z nową falą fałszów? Odpowiedź jest związana z postawą społeczeństw Zachodu, które żyją teraźniejszością i nie interesują się historią. Można im zatem wmówić, co się chce, byle tylko popularne media to powtarzały. Można wybielić brudy we własnej historii i dowieść, że zawsze miało się dobre intencje.

O jakich fałszerstwach mówimy? W Niemczech powoli rozrasta się ruch na rzecz uznania Niemców za ofiary drugiej wojny światowej. To twierdzenie jest budowane na różnych płaszczyznach, począwszy od wspominania cywilnych ofiar strategicznych nalotów alianckich, poprzez powojenne deportacje Niemców z terytoriów wcielonych do Polski, Czechosłowacji i ZSRR, po żądania odszkodowań za straty poniesione na skutek działań wojennych. Erika Steinbach, prezeska Bund der Vertriebenen (BdV - Związku Wypędzonych), niemieckiej organizacji zrzeszającej wysiedlonych z zachodnich terenów Polski i Czechosłowacji, zaczęła wysuwać żądania odszkodowań pod adresem Polski. W celu osiągnięcia swoich celów sugerowała rządowi federalnemu Niemiec szantażowanie możliwością wniesienia weta przeciwko wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej. Jest to przykład narastającego w Niemczech trendu: młode pokolenie nie chce postrzegać swoich dziadków i ojców wyłącznie jako zbrodniarzy, ale chce przedstawić ich jako ofiary okrucieństwa sprzymierzonych. Wypłacenie odszkodowań byłoby dowodem na winę Polski wobec Niemców, ale - co ważniejsze - jest chwytliwym sloganem przyciągającym nowych członków i zapewniającym obecność Związku Wypędzonych w mediach.

Nie jest to tylko sprawa polityków, ale również ludzi kultury. W Niemczech zaczęły pojawiać się książki opisujące cierpienia ludności cywilnej podczas wojny, losy osób przesiedlonych z terenów wcielonych do Polski, a nawet próby przedstawiania członków Waffen SS jako bohaterskich żołnierzy walczących w obronie swojego kraju przed komunistycznym zalewem. Günther Grass i Jorg Friedrich w ostatnio opublikowanych książkach skupiają się na dramatach Niemców, nie umieszczając swoich opowieści na szerszym tle epoki, co pozwala czytelnikom na wyciągnięcie mylnego wniosku o niezawinionych cierpieniach narodu niemieckiego, zamiast o konsekwencjach poniesionych na skutek rozpętania wojny.

Niemcy wspominają także o ofiarach polskiego terroru wśród wysiedlanej ludności cywilnej i konieczności uzyskania od Polski zadośćuczynienia za majątki pozostawione w obecnych jej granicach. Kierunek tych publikacji i żądań jest oczywisty - Niemcy chcą postawić się w rzędzie ofiar wojny razem z narodami, które cierpiały pod ich okupacją. Jest to próba reinterpretacji historii, mająca zdjąć ciężar winy z narodu niemieckiego.

Jednak działania zmierzające do zmienienia historii na znacznie większą skalę prowadzi Rosja. Inne są też przyczyny i zakres tych poczynań. O ile w Niemczech możemy stale jeszcze mówić o stosunkowo ograniczonej grupie ludzi forsujących niezgodne z prawdą historyczną stanowisko, o tyle w Rosji jest to szeroko zakrojona akcja wspierana przez prezydenta, członków rządu, historyków, publicystów i dziennikarzy. Niemcy zaakceptowali swoją odpowiedzialność za wybuch i konsekwencje wojny, natomiast Rosjanie usiłują przedstawiać swoje posunięcia polityczne z okresu wojny jako zgodne z prawem międzynarodowym, sprawiedliwe i korzystne dla innych państw. Rosja, przeinaczając historię, dąży do osiągnięcia dwóch celów: odbudowy dumy narodowej i zajęcia pozycji najważniejszego w gronie aliantów zwycięzcy drugiej wojny światowej. Do tego, żeby odbudować dumę narodową, wystarczy w Rosji prowadzić niezmienną propagandę i opiekować się ludźmi propagującymi historię zgodną z obecną linią Kremla, jednocześnie eliminując z życia publicznego niewygodnych polityków czy autorów. Drugi cel jest trudniejszy do osiągnięcia, gdyż należy wmówić światu, że wojna zaczęła się 22 czerwca 1941 roku. Cokolwiek wydarzyło się wcześniej, między wrześniem 1939 a czerwcem 1941 roku, ma dla historii pozostać nieistotne. Natomiast późniejsze brutalne pociągnięcia Stalina, nazywane obecnie wypaczeniami, mają być uznane za korzystne dla pokoju światowego. Rosja nie uznaje jakichkolwiek błędów w polityce ZSRR i nie wycofuje się z żadnych decyzji podjętych przez rządy komunistyczne. Taka postawa jest możliwa, gdyż Rosjanie traktują historię funkcjonalnie, jako naukę, która widzi przez pryzmat polityki.

Wszystko zaczęło się już kilka lat temu od powolnego odbudowywania mitu Stalina jako wielkiego przywódcy narodu. Pojawiła się prawdziwa lawina książek biograficznych o Stalinie (ponad 25 tytułów), które przedstawiają jego życie w najdrobniejszych szczegółach, opisują powody podejmowanych decyzji politycznych i stany emocjonalne. Biorąc pod uwagę liczbę publikacji i ich nakład, Stalin musi cieszyć się dużym zainteresowaniem w społeczeństwie rosyjskim. I tak jest rzeczywiście, Stalin Rosjanom kojarzy się z dniami potęgi ich kraju, wygraniem drugiej wojny światowej i ogromnymi wpływami na arenie międzynarodowej. W Wołgogradzie (nazwa miasta została zmieniona ze Stalingrad na Wołgograd przez Nikitę Chruszczowa) ponownie mówi się o powrocie do nazwy Stalingrad. Na łamach prasy i w programach telewizyjnych otwarcie dyskutuje się, czy należy w miastach stawiać pomniki ku czci Stalina. O cenie zapłaconej przez naród rosyjski za potęgę ZSRR nikt nie chce pamiętać.

Kolejnym polem, na którym wprowadzane są zmiany do historii, jest sprawa współpracy sowiecko-niemieckiej w okresie przed wybuchem wojny. Wypowiedzi prezydenta Władimira Putina o układzie Ribbentrop-Mołotow dążą do zdeprecjonowania tego wydarzenia i porównują je do układu monachijskiego. Jednocześnie Putin podkreśla, że pakt został potępiony za rządów Michaiła Gorbaczowa i uznany za niebyły przez Zjazd Deputowanych Ludowych w 1989 roku, zatem nie ma o czym mówić. Nie wspomina o tym, że układ umożliwił Niemcom rozpoczęcie wojny, a ponadto pozwolił ZSRR na: zajęcie Litwy, Łotwy, Estonii, wschodnich terenów Polski, okrojenie Finlandii oraz oderwanie Besarabii i północnej Bukowiny od Rumunii. To wszystko od dawna legitymizować mają wybory na zajętych przez Armię Czerwoną terenach, w których ludność rzekomo głosowała za przyłączeniem do ZSRR. Rosyjski MSZ podkreślał w wypowiedziach swoich przedstawicieli, że zajęcie Litwy, Łotwy i Estonii było legalne w świetle prawa międzynarodowego. Można jedynie podziwiać dalekowzroczność polityki Stalina, który przeprowadzając w roku 1940 takie głosowania dał Putinowi w roku 2005 argument w przetargach politycznych.

O następstwach agresji sowieckiej na kraje europejskie nie wspomina się wcale. Nagle zapomniano o współpracy sowiecko-niemieckiej w latach 1939-1941, masowych deportacjach ludności z zajętych terenów, zbrodniach ludobójstwa na własnym narodzie i na ludności terenów zajętych siłą. Interesującym bezpośrednio nas przykładem jest dochodzenie w sprawie zbrodni katyńskiej, które umorzono, o czym poinformował na konferencji prasowej 11 marca 2005 roku naczelny prokurator wojskowy Rosji Aleksander Sawienkow. Umorzenie było możliwe z powodu stwierdzenia "braku faktu zbrodni ludobójstwa" oraz śmierci osób winnych. Jednak na istniejące 183 tomy akt sprawy katyńskiej przekazano Polsce tylko 67, pozostałe akta utajniono. Zaniża się drastycznie rozmiary zbrodni. Generał sądownictwa W. Kondratow w liście do stowarzyszenia "Memoriał" oficjalnie stwierdził, iż "ustalono z całą pewnością, że zginęło 1803 obywateli polskich, z czego udało się zidentyfikować 22". W Polsce wiemy, że było ich dużo, dużo więcej. Podjęte przez IPN próby przeprowadzenia polskiego śledztwa w sprawie masowych mordów na oficerach polskich nie spotykają się ze współpracą prokuratury rosyjskiej. Jest to jaskrawy przykład tworzenia czarnej plamy w historii, która ma za zadanie pomniejszenie winy rządu ZSRR za zbrodnię katyńską.

Najważniejszą może, rozlewającą się plamą jest sprawa konferencji jałtańskiej. Wypowiedzi rosyjskich polityków są w tej sprawie zgodne i jednoznaczne. Uzgodnienia tej konferencji, według Rosjan, były dla Polski "dobrodziejstwem", a "mocarstwa sojusznicze potwierdziły pragnienie, by Polska była silna, wolna, niezawisła i demokratyczna". Oświadczenie rosyjskiego MSZ mówi: "W wyniku uregulowań jałtańsko-poczdamskich Polska zyskała istotne powiększenie terytorium na północy i zachodzie". Trzeba dodać, że nie wspomina się o utracie przez Polskę blisko 1/3 terytorium na rzecz ZSRR na mocy układu jałtańskiego. Jednocześnie Rosjanie udzielają ostrej reprymendy każdemu, kto w swoich wypowiedziach podważa dobrodziejstwa porozumień jałtańskich, o czym przekonał się Günther Verheugen, któremu, po delikatnej zresztą wypowiedzi krytycznej, przypomniano, że "nie powinien zapominać, że jest nie tylko eurokomisarzem, ale również Niemcem", i określono jego krytykę jako "bluźnierstwo".

Liczba mniejszych i większych przeinaczeń historycznych jest ogromna. Rosjanie powszechnie uważają, że pokonanie hitlerowskich Niemiec w roku 1945 przyniosło wyzwolenie krajom Europy Środkowo-Wschodniej. Jest to twierdzenie coraz częściej podawane w wątpliwość w krajach, które tego doświadczyły. Rosjanie obrażają się i reagują bardzo ostro na wspomnienie o braku suwerenności "wyzwolonych" krajów. Rosja, słowami Siergieja Jastrzembskiego - doradcy prezydenta Putina, posuwa się nawet do twierdzenia, że zajęcie krajów bałtyckich w roku 1940 nie było okupacją. Na tym tle już nie dziwi wypowiedź prezydenta Putina, że upadek ZSRR był największą tragedią XX wieku.

Podręczniki historii do rosyjskich szkół wyższych zawierają twierdzenia, takie jak: "Po napaści Niemiec na Polskę pojawiła się możliwość odzyskania przez ZSRR terenów utraconych w wojnie z Polską w roku 1921 - Zachodniej Ukrainy i Zachodniej Białorusi". Mapy ilustrujące przebieg drugiej wojny światowej pokazywane w muzeach rosyjskich zaznaczają Polskę w granicach, jakich nigdy nie było: na wschodzie granica po 17 września 1939 roku, a na zachodzie sprzed 1 września 1939 roku. W tak wyznaczonych granicach nie ma ani Lwowa, ani Wrocławia, a całość bardziej przypomina Księstwo Warszawskie z 1809 roku niż Polskę w jakimkolwiek okresie.

Oddzielną kategorię stanowią publicyści rosyjscy. Natalia Jelisiejewa napisała o "opóźnieniu zwycięstwa nad faszyzmem, gdyż jednostki NKWD zamiast walczyć na froncie, musiały zwalczać oddziały AK", Dmitrij Jewstafiew pisząc w gazecie Nowaja Politika określa Polskę słowami Wiaczesława Mołotowa jako "pokracznego bękarta Poczdamu", Armię Andersa jako "tchórzliwą", i w końcu stwierdza, że Polska "zawdzięcza swoje istnienie szczodrości Stalina i żołnierzom ZSRR". Przykłady takich i podobnych wypowiedzi można mnożyć jeszcze długo. Wprawdzie nie warto podejmować dyskusji z polakożercami, niemniej wyrażanie takich stanowiska prowadzi do urabiania opinii publicznej w Rosji, a to jest niebezpieczne.

Niedawne obchody 60. rocznicy zwycięstwa nad hitlerowskimi Niemcami ujawniły głębię zakłamywania historii w krajach, które do wybuchu drugiej wojny światowej przyczyniły się najbardziej. Wiąże się to z chęcią pomniejszenia własnej winy za wojnę i przerzucenia jej na barki krajów najbardziej w wyniku wojny poszkodowanych, w tym Polski. Jest to zjawisko groźne, gdyż spotyka się z niemą aprobatą wielu współczesnych polityków Zachodu, dla których Rosja i Niemcy są ważniejsze niż małe i średnie nawet kraje Europy Środkowo-Wschodniej. Ta postawa Zachodu stała się widoczna w wypowiedzi szefa dyplomacji Unii Europejskiej Javiera Solany, który po powrocie ze szczytu Unia-Rosja, komentując wypowiedź prezydenta Putina na temat zajęcia państw bałtyckich, powiedział: "Z głębi serca radzę wam patrzeć w przyszłość".


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail