[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 6 stycznia 2006


Marek Kusiba

Żabką przez Atlantyk

Pantofelki
na półobcasach

Rzadko to widać na świecie,
By się małżeństwo kochało.

Wojciech Bogusławski, Cud mniemany, czyli Krakowiacy i górale

- Los potrafi kręcić przedziwne piruety na śliskiej tafli naszego życia - szepnęła mi Basia do ucha na dzień dobry. Powiedziałem: - Wygraliśmy na loterii. Przytaknęła. - Ile? - zapytałem niepewnie. - Trzydzieści - opowiedziała. - Milionów?! - wykrzyknąłem, wyskakując z łóżka jak z katapulty. - Lat, głuptasku, mamy dziś trzydziestą rocznicę naszego ślubu - wylała mi na głowę kubeł lodowatej wody.

Porównanie z lodem i lodowiskiem jest jak najbardziej na czasie. Ślisko i śnieżnie na mojej ulicy w Toronto, zupełnie jak 3 stycznia 1976 r. na mojej ulicy - wtedy - w Polsce. Brnęliśmy do drewnianego kościółka św. Wojciecha, stojącego na sporej górce, ślizgając się i przewracając co kilkanaście kroków. Szliśmy w półbutach i pantofelkach na półobcasach (to nasze, panie, transwestyci jeszcze wtedy w Polsce nie występowali?) - z zamiarem wzięcia ślubu. Z całej uroczystości najlepiej zapamiętałem te piruety, poślizgi i rymśnięcia w śnieg. Śmiechu było co niemiara, radości, lekkości. I kto by pomyślał, że to już 35 lat łapiemy równowagę i kręcimy piruety w związku zwanym narzeczeńskim (pierwsza pięciolatka), a potem małżeńskim.

Gdyby mi wtedy ktoś powiedział, że będę o tym pisał w dalekim Nowym Dzienniku (będącym, notabene, rówieśnikiem naszego związku) - patrząc przez okno na kanadyjskie jeziorko i nasze dorosłe już dzieci, inhalujące "dymka" na snowmobilu, pewnie bym go nie zrozumiał. Wtedy język polski nie znał jeszcze pojęcia snowmobile... Najbardziej rozpowszechnionym w tamtych czasach obcym pojęciem był rzeczownik "towarzysz". Był to rzeczownik zupełnie niedorzeczny, choć znałem wielu przyzwoitych i zupełnie niegłupich ludzi, którzy traktowali się wzajemnie tym brzydactwem. Już samo zapisywanie się do partii było aberracją umysłową, a cóż dopiero tytułowanie się "towarzyszem". Ludzie oblepiali się tym paskudztwem, jakby chcieli z siebie zakpić. To pachniało mi zawsze chorobą językową.

Jedyne odstępstwo od fatalnych skojarzeń językowych stanowi słodkie słówko "towarzyszka" - zwłaszcza towarzyszka życia. Moja życiowa towarzyszka w pamiętnych czasach towarzysza Edwarda, któremu wszyscy chcieli pomagać, nie zgodziła się zostać towarzyszką matki partii. Towarzysz doktor habilitowany, który pozbawiał Basię pracy w stanie wojennym, łącznie z pracą doktorską, jest dziś jak najbardziej zasłużonym profesorem i dziekanem wydziału. Nie będę wymieniał jego nazwiska, by nie zaśmiecać tego felietonu. Wspomnę tylko, że ten partyjny płaz spławił ze swego gabinetu moją towarzyszkę życia zdankiem: "Ma pani plamę na życiorysie". Basia miała małego Mateusza na ręce, a tą plamą na jej życiorysie, a właściwie na języczku mało rasowego, jak się okazało, pieska socjalizmu, była Solidarność. Ale to było dawno i - jak wielu w Polsce dziś mawia - nieprawda.

Bardzo dawno temu, bo przeszło 200 lat w głąb kanadyjskiej historii, czyli jakby w prehistorii, na tej pięknej ziemi Indian i imigrantów żyli mężczyźni broniący honoru swoich towarzyszek życia. To rzadko spotykane w XXI wieku zajęcie było wielce ryzykowne. Na szali kładło się nierzadko życie - własne, nie żony. Prawda, że były to dziwne czasy? Prawda, że byli to dziwni ludzie? Weźmy takiego majora Johna Smalla. 3 stycznia roku 1800 zastrzelił w pojedynku samego prokuratora generalnego prowincji, zwanej wtedy Upper Canada - Johna White'a.

Poszło o rzecz błahą na pozór, niewartą aż poematu, a cóż dopiero pojedynku. Prokurator generalny nazwał żonę Smalla dziwką. Wtedy plama na honorze i języku - a dziś, w naszych pono cywilizowanych czasach? Gdyby za każdym słówkiem bitch, slut czy whore szedł sekundant z pistoletami, a w efekcie kondukt żałobny, Ameryka czy Kanada szybko straciłyby męską populację. Na placu boju zostałyby same honoru głodne kobiety i transwestyci. A także imigranci, ludzie z zasady broniący honoru, zwłaszcza cudzego - co jakże wiarygodnie zaświadcza książka dziennikarskiego duetu: Lynn Olson i Stanleya Clouda Sprawa honoru. Z satysfakcją pragnę dodać, że para Amerykanów jest udanym i szczęśliwym małżeństwem. W naszych cywilizowanych czasach to istny cud mniemany i wygrana na loterii - razem wzięte...

 

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail