[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 13 stycznia 2006


CZESŁAW KARKOWSKI

Nowojorska kronika
(sztuki plastyczne)

Wystawa iluminowanych książek w Bibliotece Publicznej (5 Ave. przy 40-42 St., Manhattan) czynna jest od dawna. Tym, którzy ją już zobaczyli, chciałbym ją przypomnieć, a polecić tym, którzy jej jeszcze nie obejrzeli - mają jedynie miesiąc (do 12 lutego) na zwiedzenie tej pięknej i pouczającej ekspozycji. Wstęp wolny.

"The Splendor of the World: Medieval and Renaissance Illuminated Manuscripts" jest pierwszą wystawą na taką skalę, przygotowaną ze zbiorów Biblioteki.

Ładnie wykonana książka jest dziełem sztuki, a ręcznie pisana i pięknie zdobiona jest arcydziełem kunsztu, pomysłowości i cierpliwości. Książka z natury swej stoi na półce, a do iluminowanych dzieł dostęp mają tylko specjaliści, toteż wystawienie tych wspaniałych zabytków przeszłości na widok publiczny stanowi rzadką okazję, której nie wolno przeoczyć.

O zaprezentowanych książkach (około 200 eksponatów) można by mówić bardzo długo - opisywać zdobienia, dobór barw na iluminacjach, wykonanie małych obrazków, fantazyjne inicjały często z bogatym ornamentem, kompozycję strony. Często tekst zajmuje tylko niewielką (zwykle środkową) część pergaminowej, rzadziej papierowej karty, po brzegach zaś znajdujemy ornament roślinny, obrazki rodzajowe, sceny z życia świętych, ilustracje do stosownych fragmentów z Biblii.

Do najczęściej spotykanych i najwspanialej zdobionych należy bowiem literatura religijna - Pismo Św., Psałterz, Księgi godzin. Dzieła historyczne, atlasy i podręczniki naukowe, które na wystawie zajmują osobne miejsce, miały z reguły skromniejsze ilustracje; tu liczyła się precyzja wykonania, nie zaś splendor wystroju. Książka średniowieczna była zasadniczo przecież nie tylko rzeczą użyteczną, służącą refleksji czy pouczeniu, ale przede wszystkim kosztownym przedmiotem, na który mogli sobie pozwolić tylko najzamożniejsi. Oni zamawiali książki u zawodowych kopistów, początkowo zgromadzonych głównie wokół klasztorów, szybko jednak powstały wyspecjalizowane warsztaty świeckich iluminatorów. Klient chciał książki nie tylko służącej zgodnie z przeznaczeniem, ale w jednakim stopniu oczekiwał, aby była przedmiotem ozdobnym, świadczącym o randze, znaczeniu i majątku zamawiającego. Rosła też konkurencja między warsztatami; prześcigano się w pomysłach, w efektownym doborze barw, w sztuce wykonania.

Wystawa prezentuje rękopisy średniowieczne od najstarszych z przełomu IX i X wieku po początek XVI. Łatwo można dostrzec pewną prawidłowość: im późniejsza księga, tym piękniejsza, a już najwspanialsze zaczęły powstawać po 1450 r. - po wynalezieniu i szybkim rozpowszechnieniu się druku. Wyraźnie mistrzowie sztuki iluminacyjnej starali się pokonać konkurencję drukarzy pięknem i wyobraźnią. Daremnie.

Jest to pierwsza tego typu wystawa w Bibliotece Publicznej, choć nie pierwsza w Nowym Jorku. Biblioteka Morgana, nim zamknięto ją na lata remontu i modernizacji, parokrotnie prezentowała swoje przebogate zbiory iluminowanych ksiąg.

Biblioteka Publiczna powstała w 1895 r. w wyniku połączenia dwóch księgarskich zbiorów prywatnych - rodziny Astorów i Lenoksów. O ile kolekcja tej pierwszej należała pod koniec XIX do największych w USA, o tyle druga była mniejsza, ale bardziej wyspecjalizowana. James Lenox zbierał książki rzadkie, niezwykłe, stare dokumenty, rękopisy. Jego zbiory biblioteczne stały się podstawą średniowiecznej kolekcji Public Library, później wzbogacanej, zwłaszcza po drugiej wojnie światowej, kiedy szczególnie wiele zabytków średniowiecza pojawiło się na rynku.

Sztuka "kombinowana"

Metropolitan Museum wystawia prace 80-letniego Roberta Rauschenberga, z pewnością dziś już klasyka amerykańskiej awangardy. Prawie 70 dzieł artysty pochodzi z wczesnego okresu, z lat 50. ub. wieku, kiedy Rauschenberg tworzył tzw. combines.

"Kombinacje" stanowią połączenie obrazu i rzeźby, z namysłem tworzonego dzieła sztuki połączonego z zupełnie przypadkowym przedmiotem doczepionym do płótna; albo odwrotnie: przedmiot znaleziony gdzieś na ulicy, na śmietniku, na złomie, staje się ośrodkiem, wokół którego powstaje dzieło; jest ono płaskim obrazem i trójwymiarową, przestrzenną kompozycją. Żywiołem Rauschenberga było przełamywanie konwencji i wprawianie widza w stan zaskoczenia, burzenie skojarzeń wiązanych ze sztuką, kwestionowanie utartych pojęć.

No cóż, właściwie cała sztuka XX wieku opiera się na tej jednej jedynej zasadzie - kwestionowania reguł, poszerzania granic sztuki, przełamywania pojęć i definicji. Rauschenberg należał do najbardziej konsekwentnych twórców wyznających tę zasadę. Na płótno naklejał stare fotografie, kawałki gazet, szmaty - przedmioty rozmaitej proweniencji. Nie są to jednak zupełnie bezładne połączenia. Artysta potrafił tworzyć z nich kompozycje bardzo piękne. Wystarczy przyjrzeć się na przykład pracy Untitled (1957 r.), którego główną część stanowi rozprostowany mankiet od koszuli, albo Interior (1956 r.) - kawałek brązowo-czerwonej boazerii, a na niej wiszący na gwoździu kapelusz pochlapany farbą, czy powiedzmy zaskakujące w swej surrealistycznej świeżości drewienko na wrotce.

Oczywiście że zapożyczał wiele z surrealizmu; jego najsłynniejsze dzieło z tego okresu, Monogram, może stanowić najlepszy przykład. Jest to, jak precyzuje objaśnienie, wypchana koza rasy angora z różnobarwnym pyskiem, przepasana oponą samochodową, postawiona na platformie pomalowanej w kolorową abstrakcję. Co ma ono znaczyć? Nic ponadto, co prezentuje. Doszukiwanie się głębszych sensów, artystycznego przesłania jest nie tylko daremne. Zostaje przez Rauschenberga wyśmiane, jak w znakomitej pracy Satellite (1955 r.) - typowej kombinacji ze szmat i gazet na płótnie, pomazanych farbami, ale po ramie, jakby poza obrazem, kroczy wypchany bażant. Czy stanowi on część dzieła? A może już nie zmieścił się w nim i wyszedł poza ramę? Albo po prostu kroczy z lekceważeniem wobec dzieła sztuki.

Rauschenberg uwielbiał wypchane ptaki - na jednym z dzieł jest kura, na innym - orzeł wylatujący z płótna, na jeszcze innym - kogut.

Łatwo można zauważyć, że combines artysty znalazły się u podstaw wielu nurtów sztuki. Nie twierdzę, że jego twórczość zapoczątkowała późniejsze kierunki, ale zapewne był on jednym z pierwszych artystów, który posługiwał się częściami ze złomu do stworzenia nowej artystycznej całości; był prekursorem powszechnego później "naklejania" na płótno rozmaitych przedmiotów obok kładzionej farby; pop-artu z jego kultem zwykłych przedmiotów; minimalizmu. Jego obsesją było w tamtym okresie stałe obniżanie rangi dzieła sztuki, ujawniania przypadkowości tworzenia, prostoty, zwyczajnych części składowych tworu artystycznego, ściąganie artysty z piedestału, na który wznosili go i jemu współcześni, i oczywiście poprzednie pokolenia. Stąd żart, kpina, puszczanie oka do widza, celowe odzieranie dzieł i sztuki ze znaczeń, z sensów.

Combines - w początkowym okresie prawie bezbarwne, z czasem nabierające kolorów, ogląda się świetnie. Są żywe, dowcipne, pomysłowe, zaskakujące, jak w każdym surrealistycznym dziele, w którym spotykają się obok siebie dziwne przedmioty; w jednym z ostatnich, wielkiej przestrzennej kompozycji Gold Standard (1964 r.) mamy stary but, gipsowego pieska z reklamowego wizerunku His Master's Voice, posadzonego na rowerowym siodełku, zegar i butelki po coca-coli. Całość - dziś powiedzielibyśmy instalacji - kipi werwą i świeżością wyobraźni.

Wystawa będzie czynna do początku kwietnia, jest więc dużo czasu na wybranie się do Metropolitan Museum.

-------------------------------------------------------------------

Na zdjęciu: Zwiastowanie z Księgi godzin. Besancon, ok. 1475 r.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail