[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 13 stycznia 2006


Marek Kusiba

Żabką przez Atlantyk

Wynaturzenia
w kraju celtyckim

Nic tak nie służy poprawie samopoczucia, jak wytarte niczym chińskie dżinsy na kolanach polskich pątników, piękne jak znaleziona w ich kieszeni wyprana studolarówka, stare dobre szczęście. Nie wystarczy posiadanie zielonej karty, praca na chicagowskim dachu i mieszkanie z głuchoniemym sąsiadem. Trzeba mieć jeszcze odrobinę towaru najbardziej dziś deficytowego, zwanego pospolicie szczęściem. Zwłaszcza w piątek, 13 stycznia.

Nie miał go za dużo James Joyce, bo tego dnia 65 lat temu umarł. Podobno na zapalenie otrzewnej, choć mówią, że na syfilis, co na jedno wychodzi: autor Ulissesa miał po prostu pecha. Może dlatego zanotował: "Domem Irlandczyka jest jego trumna"? Domem Leopolda Blooma była wędrówka po Dublinie albo - mniej literacko - liczne bary tego zagadkowego miasta, które dość dokładnie zwiedził dnia 16 czerwca 1904 r. Nieco dłużej niż jeden dzień, bo całe 10 lat wędrował do domu antyczny Ulisses po zwycięskiej wojnie trojańskiej. Nieco dłużej niż dziesięć lat wędrował też Ulisses Joyce'a pod amerykańskie dachy: tyle trwała wojna stanowych urzędników z dziełem irlandzkiego pechowca.

Nawykłemu do demokratycznych wolności przybyszowi z IV RP na pewno trudno będzie w to uwierzyć, ale mieszkańcy ojczyzny Pierwszej Poprawki do Konstytucji dobrze wiedzą, o czym mowa. Gwarancje wolności wypowiedzi i wyznania są tu zagwarantowane konstytucyjnie, co oznacza, że najlepszą gwarancją ich przestrzegania przez wszelkie organizacje i jednostki, uzurpujące sobie prawo do rządu dusz, jest napełnianie kieszeni prawników.

Na dobry początek, w roku 1922 Departament Poczt spalił pół tysiąca egzemplarzy Ulissesa i sądownie zakazał sprowadzania książki do USA. Po dekadzie lektur nielegalnych, choć ocenzurowanych edycji doszło do kolejnego procesu. Celnik skonfiskował egzemplarz przesłany do wydawnictwa Random House. Uznał powieść za obsceniczną, zapewne po prześwietleniu rentgenem 800-stronicowej cegły. Złośliwe wydawnictwo zaczęło domagać się więc odczytania w sądzie całej powieści. Sprawa "Stany Zjednoczone kontra książka zatytułowana Ulisses" została wygrana przez książkę; sędzia Woolsey nie dopatrzył się w niej pornografii. Argumentował: "Jeśli chodzi o wielokrotnie powracający w myślach bohaterów motyw seksu, należy pamiętać, że rzecz dzieje się na wiosnę, w kraju celtyckim".

Domniemane wynaturzenia Celtów, zepsutych anielską wręcz, angielską dobrocią, nie mogły zagrażać pobożnym i pracowitym Amerykanom. Prokuratura odwołała się jednak od tej decyzji do sądu apelacyjnego, lecz nie miała w nim szczęścia. Sędziowie Hand i Hand ręka w rękę podtrzymali decyzję kolegi. Samotny Ulisses wygrał wojnę z amerykańskim rządem. Konia z rzędem temu, kto wskaże konia trojańskiego: rzekoma niezrozumiałość? Zarozumiali sędziowie nie mogli się do niej przyznać.

Sporo szczęścia miał także Maciej Słomczyński, któremu udało się przetłumaczyć na polski dzieło życia irlandzkiego lubieżnika i geniusza po 12 latach pracy, wykonywanej ze zmiennym szczęściem, jak sam napisał w posłowiu. Ale był uparty i konsekwentny, zupełnie jak Joyce "w zamiarze ośmieszenia i pogrzebania wszystkich książek, które przed nim napisano". Co więcej, sąd w PRL nie musiał decydować, czy utwór jest dziełem obscenicznym, czy dziełem literackim, i czy można je dopuścić przed niegolone oblicza polskich studentów. Ulisses rozpoczyna się zresztą zdaniem, w którym "stateczny, pulchny Buck Mulligan wynurza się z wylotu schodów, niosąc mydlaną pianę w miseczce", na której leżą skrzyżowane lusterko i brzytwa.

Ta scena przypomniała mi niezapomniane felietony Stanisława Dygata z cyklu Rozmyślania przy goleniu, które z goleniem miały tyle wspólnego, co moja łysina z grzebieniem. Ale pisał w nich ładne zdania trącące myszką, typu: "Jakżeż często szukamy daremnie szczęścia i radości w miejscu, na które sprowadził je nam tylko przypadek, i odchodzimy zawiedzeni złorzecząc światu". O goleniu i czesaniu pisał więcej w Pożegnaniach, i też ładnie: "Wyjęła z torebki grzebyk, przykucnęła koło mnie i zaczęła mnie czesać patrząc mi z matczyną czułością w oczy". Kilka zdań wcześniej bohater Dygata przeciągnął ręką po twarzy, marząc: "Och, żeby tak się można ogolić".

Zdania o niczym wypełniały literaturę od zarania jej dziejów. Dopiero w wieku XX nadano im szlachectwo ducha i obsypano pieniędzmi pachnącymi dynamitem. Inny z mistrzów felietonu, Antoni Słonimski, w Kronikach tygodniowych nie wynalazł co prawda prochu, ale "czytelnika-piłę". Taki "lubi sobie poczytać coś ciężkiego, gruby tom napisany zawiłym stylem". A jak sobie poczyta i nic nie zrozumie, mianuje się inteligentem. "Wtedy mu już młotkiem łba nie rozbijesz, tak mu stwardnieje" - pisał Słonimski, naśladując niechcący frywolny styl Irlandczyka, który nie miał szczęścia do amerykańskich obrońców moralności, nie miał też szczęścia w miłości, nie miał nigdy pieniędzy i całe życie był pechowcem. A przeszedł do historii, nie tylko literatury. Ot, co.

 

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail