Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Żonglerzy
Pana Boga
Kiedyś wybrałem się do spowiedzi świętej poza Warszawę.
Jako pokutę ksiądz polecił mi przeczytać kilka wierszy księdza
Twardowskiego
Ks. Jan Twardowski, Niecodziennik
"On umarł w styczniu, na początku roku./ Mróz pod latarnią
dzierżył straż u progu" - napisał Josif Brodski w wierszu
Pamięci T.S. Eliota, a wiersz ten nieświadomie dedykował
i sobie, i polskiemu poecie w sutannie.
W sobotę upłynie 10 dni od śmierci ks. Jana Twardowskiego
i 10 lat od śmierci Josifa Brodskiego. Był mroźny styczeń
w Nowym Jorku, gdy umierał Brodski. Jest mroźny styczeń w
Warszawie, i umarł ks. Twardowski. O śmierci księdza-poety
dowiedziałem się, gdy czytałem na nowo wiersze i eseje poety
urodzonego w Leningradzie. Do sterty książek amerykańsko-rosyjskiego
noblisty dołączyły więc na moim biurku zupełnie bezkonfliktowo
wiersze, wywiady i felietony skromnego i prawie nieznanego
w świecie, a z pewnością jednego z najwybitniejszych współczesnych
poetów polskich.
Obaj byli poetami z Bożej łaski, w dosłownym tego słowa znaczeniu.
Indagowany przez sędzię Sawieliewą 24-letni "pasożyt" Brodski,
na jakiej to podstawie śmie uważać się za poetę, odpowiedział:
"Myślę, że to... od Boga". Obaj poeci nie tylko uważali swe
powołanie za dar od Wszechmogącego, ale prowadzili na dokładkę...
pasożytniczy tryb życia - przynajmniej z punktu widzenia komunistycznych
władz po obu stronach Bugu (i po przeciwnej stronie od Boga).
Obaj byli wielkimi admiratorami poznania metodą, jaką posługiwali
się biblijni prorocy - przy pomocy objawienia. Obaj uprawiali
poezję przełamującą podziały na sztukę wysoką i niską, przyziemną
i uduchowioną. Obaj mieli rzesze wielbicieli, obaj kochali
przyrodę i życie we wszelkich jego przejawach, obaj często
i jakże pięknie pisali o miłości.
Zarówno ksiądz Jan Twardowski, jak i Josif Brodski doświadczyli
na różny sposób i w sposób skrajny - samotności. To były dwie
katorgi - z wyboru w przypadku księdza i niezupełnie z wyboru
w przypadku zesłańca do tajgi pod Archangielskiem, a następnie
emigranta w Ameryce. Życie obu poetów było wszak pasem transmisyjnym
do samopoznania, usłanym rzadko różami. W księdzu Twardowskim
wielu mu współczesnych widziało świętego Franciszka i zarazem
wyjątkowego sztukmistrza słowa. Wiktor Woroszylski rozpoznawał
w Brodskim poetyckiego linoskoczka, czarodzieja, wyjmującego
z cylindra króliki rymów, metafor, puent i paradoksów - "ż
o n g l e r a P a n a B o g a, choćby nader rzadko dawał do
zrozumienia, że to ku Jego chwale z uśmiechem staje na głowie
przed umajonym ołtarzem Egzystencji i Sensu Świata". Takim
niestrudzonym żonglerem Pana Boga był także poeta Jan Twardowski,
aczkolwiek dawał o tym do zrozumienia stale i zawsze bardzo
oryginalnie.
Podobnie jak Brodski, był także mistrzem poetyckiego paradoksu.
"Paradoks wiary stał się jego znakiem rozpoznawczym. Czuł,
że Boga można widzieć tylko z perspektywy najmniejszych -
wróbla zadziwionego ogromem kościoła. Albo dzieci" - pisał
jakże trafnie o księdzu-poecie, urodzonym w Dniu Dziecka,
poeta Jarosław Mikołajewski. A także: "Szedł swoją nieoczekiwaną
ścieżką jak Boże zjawisko". Z Brodskim było podobnie - kroczył
obok teorii i hierarchii, uciekł nawet ze szkoły, szedł swoją,
dostępną tylko jemu ścieżyną. Przy wszystkich niepodobieństwach
obu losów i poetyk są te losy i stojące przy nich słupy milowe
wierszy dziwnie bliskie.
Brodski nauczył się polskiego i poznał poezję polską na wylot.
Księdza Twardowskiego przekładano na wiele języków, w tym
na angielski, hebrajski i rosyjski. Poeci na pewno siebie
czytywali, a przynajmniej zetknęli się ze swoją twórczością.
"Jest mistyka. Jest wiara. I jest Pan./ Jest przepaść między
nimi. I wspólnota" - pisał Brodski (Dwie godziny w zbiorniku).
"Teraz rodzi się poezja religijna/ co krok nawrócenia" - spieszył
z dowcipnym komentarzem nasz "nigdzie nie meldowany święty"
- jak o księdzu Twardowskim pisała polska krytyka. Nie pozostawał
jej dłużny: "Zdarzało się, że recenzenci omawiając moje wiersze
pisali o dialektyce, antynomiach, Pascalu, Heraklicie, Heglu.
Przeraziłem się. Otworzyłem tom moich wierszy i przeczytałem:
´Polna myszka siedzi sobie, konfesjonał ząbkiem skrobieª,
´kto bibułę buchnie, temu łapa spuchnieª, ´siostra
Konsolata, bo kąsa i lataª - i uspokoiłem się".
Gdy sprowadzano prochy Kazimierza Wierzyńskiego do Polski,
by je pogrzebać na Powązkach, ksiądz Twardowski wygłosił kazanie.
Mówił o losie poety-wygnańca, wpisanym w cierpienia Jezusa,
który "także nie miał swojego domu ani nawet własnego grobu"
(z rozmowy z Waldemarem Smaszczem). No i proszę: ksiądz Twardowski
nie będzie miał własnego, to znaczy przez siebie wybranego
miejsca spoczynku. Zamiast na ukochanych Powązkach w skromnym
grobowcu, spocznie w krypcie dla zasłużonych w powstającej
w warszawskim Wilanowie Świątyni Opatrzności Bożej. Będzie
tam pokutował za wszystkie wiersze. Swoje, Brodskiego, a nawet
Eliota.
|
|