[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 27 stycznia 2006


Marek Kusiba

Żabką przez Atlantyk

Żonglerzy
Pana Boga

Kiedyś wybrałem się do spowiedzi świętej poza Warszawę. Jako pokutę ksiądz polecił mi przeczytać kilka wierszy księdza Twardowskiego

Ks. Jan Twardowski, Niecodziennik

"On umarł w styczniu, na początku roku./ Mróz pod latarnią dzierżył straż u progu" - napisał Josif Brodski w wierszu Pamięci T.S. Eliota, a wiersz ten nieświadomie dedykował i sobie, i polskiemu poecie w sutannie.

W sobotę upłynie 10 dni od śmierci ks. Jana Twardowskiego i 10 lat od śmierci Josifa Brodskiego. Był mroźny styczeń w Nowym Jorku, gdy umierał Brodski. Jest mroźny styczeń w Warszawie, i umarł ks. Twardowski. O śmierci księdza-poety dowiedziałem się, gdy czytałem na nowo wiersze i eseje poety urodzonego w Leningradzie. Do sterty książek amerykańsko-rosyjskiego noblisty dołączyły więc na moim biurku zupełnie bezkonfliktowo wiersze, wywiady i felietony skromnego i prawie nieznanego w świecie, a z pewnością jednego z najwybitniejszych współczesnych poetów polskich.

Obaj byli poetami z Bożej łaski, w dosłownym tego słowa znaczeniu. Indagowany przez sędzię Sawieliewą 24-letni "pasożyt" Brodski, na jakiej to podstawie śmie uważać się za poetę, odpowiedział: "Myślę, że to... od Boga". Obaj poeci nie tylko uważali swe powołanie za dar od Wszechmogącego, ale prowadzili na dokładkę... pasożytniczy tryb życia - przynajmniej z punktu widzenia komunistycznych władz po obu stronach Bugu (i po przeciwnej stronie od Boga). Obaj byli wielkimi admiratorami poznania metodą, jaką posługiwali się biblijni prorocy - przy pomocy objawienia. Obaj uprawiali poezję przełamującą podziały na sztukę wysoką i niską, przyziemną i uduchowioną. Obaj mieli rzesze wielbicieli, obaj kochali przyrodę i życie we wszelkich jego przejawach, obaj często i jakże pięknie pisali o miłości.

Zarówno ksiądz Jan Twardowski, jak i Josif Brodski doświadczyli na różny sposób i w sposób skrajny - samotności. To były dwie katorgi - z wyboru w przypadku księdza i niezupełnie z wyboru w przypadku zesłańca do tajgi pod Archangielskiem, a następnie emigranta w Ameryce. Życie obu poetów było wszak pasem transmisyjnym do samopoznania, usłanym rzadko różami. W księdzu Twardowskim wielu mu współczesnych widziało świętego Franciszka i zarazem wyjątkowego sztukmistrza słowa. Wiktor Woroszylski rozpoznawał w Brodskim poetyckiego linoskoczka, czarodzieja, wyjmującego z cylindra króliki rymów, metafor, puent i paradoksów - "ż o n g l e r a P a n a B o g a, choćby nader rzadko dawał do zrozumienia, że to ku Jego chwale z uśmiechem staje na głowie przed umajonym ołtarzem Egzystencji i Sensu Świata". Takim niestrudzonym żonglerem Pana Boga był także poeta Jan Twardowski, aczkolwiek dawał o tym do zrozumienia stale i zawsze bardzo oryginalnie.

Podobnie jak Brodski, był także mistrzem poetyckiego paradoksu. "Paradoks wiary stał się jego znakiem rozpoznawczym. Czuł, że Boga można widzieć tylko z perspektywy najmniejszych - wróbla zadziwionego ogromem kościoła. Albo dzieci" - pisał jakże trafnie o księdzu-poecie, urodzonym w Dniu Dziecka, poeta Jarosław Mikołajewski. A także: "Szedł swoją nieoczekiwaną ścieżką jak Boże zjawisko". Z Brodskim było podobnie - kroczył obok teorii i hierarchii, uciekł nawet ze szkoły, szedł swoją, dostępną tylko jemu ścieżyną. Przy wszystkich niepodobieństwach obu losów i poetyk są te losy i stojące przy nich słupy milowe wierszy dziwnie bliskie.

Brodski nauczył się polskiego i poznał poezję polską na wylot. Księdza Twardowskiego przekładano na wiele języków, w tym na angielski, hebrajski i rosyjski. Poeci na pewno siebie czytywali, a przynajmniej zetknęli się ze swoją twórczością. "Jest mistyka. Jest wiara. I jest Pan./ Jest przepaść między nimi. I wspólnota" - pisał Brodski (Dwie godziny w zbiorniku). "Teraz rodzi się poezja religijna/ co krok nawrócenia" - spieszył z dowcipnym komentarzem nasz "nigdzie nie meldowany święty" - jak o księdzu Twardowskim pisała polska krytyka. Nie pozostawał jej dłużny: "Zdarzało się, że recenzenci omawiając moje wiersze pisali o dialektyce, antynomiach, Pascalu, Heraklicie, Heglu. Przeraziłem się. Otworzyłem tom moich wierszy i przeczytałem: ´Polna myszka siedzi sobie, konfesjonał ząbkiem skrobieª, ´kto bibułę buchnie, temu łapa spuchnieª, ´siostra Konsolata, bo kąsa i lataª - i uspokoiłem się".

Gdy sprowadzano prochy Kazimierza Wierzyńskiego do Polski, by je pogrzebać na Powązkach, ksiądz Twardowski wygłosił kazanie. Mówił o losie poety-wygnańca, wpisanym w cierpienia Jezusa, który "także nie miał swojego domu ani nawet własnego grobu" (z rozmowy z Waldemarem Smaszczem). No i proszę: ksiądz Twardowski nie będzie miał własnego, to znaczy przez siebie wybranego miejsca spoczynku. Zamiast na ukochanych Powązkach w skromnym grobowcu, spocznie w krypcie dla zasłużonych w powstającej w warszawskim Wilanowie Świątyni Opatrzności Bożej. Będzie tam pokutował za wszystkie wiersze. Swoje, Brodskiego, a nawet Eliota.

 

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail