TERESA DE LAVEAUX
Dwie pasje
Pendereckiego
O tym, że Krzysztof Penderecki należy do najwybitniejszych współczesnych twórców, że jest kompozytorem, którego muzyka jest znana i ceniona na całym świecie - wiadomo powszechnie od dziesiątków lat. Jego utwory są obecne we wszystkich znaczących salach koncertowych i na scenach operowych świata, często nagradzane, wydawane w tysiącach partytur, nagrywane na niezliczonej ilości płyt, odtwarzane w programach radiowych i telewizyjnych.
Nadają rangę wielu znaczącym światowym wydarzeniom: Kosmogonia powstała dla uczczenia 25-lecia powstania ONZ (rok 1970), Ekechejria na otwarcie igrzysk olimpijskich w Monachium (rok 1972), opera Raj utracony dla uczczenia 200. rocznicy powstania Konstytucji USA (rok 1978), V symfonia "Koreańska" została dedykowana słuchaczom Dalekiego Wschodu (rok 1992), Siedem Bram Jerozolimy z okazji 3. tysiąca lat powstania miasta (rok 1996).
Od ponad 30 lat kompozytor staje też niezwykle często przed pulpitem dyrygenckim, aby prowadzić nie tylko własne utwory. Dyryguje to, co lubi - dzieła Mendelssohna i Brucknera, Beethovena i Dworzaka, Verdiego i Strawińskiego. Wydawać by się zatem mogło, że całe jego życie wypełnia bez reszty muzyka i związane z nią wydarzenia. Tworząc coraz to nowe utwory, szuka dla nich nowych form, treści, inspiracji. Kompozytor poszukujący, doskonalący się, stale się odnawiający. We wszystkich wypowiedziach zawsze podkreśla, że w dochodzeniu do istoty samego siebie, do istoty muzyki pomaga mu wniknięcie w naturę. "Największym dla mnie cudem jest natura" - powtarza coraz częściej. Znajduje ją w swojej "odysowej przystani", jaką są jego Lusławice. "Sadząc drzewa w Lusławicach mam wrażenie, że się oczyszczam, odnajduję samego siebie. (....).Wydaje mi się, że tylko poprzez to oczyszczenie, transmutację wszystkiego, co już istniało, można odzyskać prawdziwy i naturalny - uniwersalny język muzyki".
Czym są zatem Lusławice? Tajemniczą Arkadią, azylem, schronieniem? Penderecki opowiada o tym dość często, a przede wszystkim w parę miesięcy temu wydanych Rozmowach lusławickich, dwutomowej książce-albumie, której autorem jest jego przyjaciel, znany pisarz i autorytet świecie muzyki, profesor Mieczysław Tomaszewski. Lusławice to niewielka wieś położona 80 kilometrów od Krakowa. W połowie lat 70., po długich poszukiwaniach odpowiedniego miejsca, Pendereccy kupili tu stary XIX-wieczny zniszczony dwór z zaniedbanym parkiem i 3,5 hektara ziemi sięgającej aż do rozlewisk Dunajca. "To miejsce, w którym chce się żyć" - powiedział od razu nowy właściciel. Z biegiem lat, nie bez trudów, dokupywał od okolicznych mieszkańców sąsiadujące łąki, powiększał posiadłość, która obejmuje dziś ponad 30 hektarów. Od razu wiedział, jak ma ona wyglądać w przyszłości. Naszkicował ogólny plan, sam zaplanował precyzyjnie i wyrysował kształt przyszłego arboretum: "Ogród jest dla mnie poszukiwaniem jakiejś formy indywidualnej". Sprowadzał z różnych stron świata, często przywoził sam, czasem nawet przemycał, setki najróżnorodniejszych odmian drzew, krzewów, roślin. "Radzi się z pokorą - mówi konsultant naukowy, przyjaciel Jerzy Tumiłowicz - ale robi po swojemu. Jest z kategorii XIX-wiecznych hobbystów, którzy poświęcali dla zamiłowań wielkie pieniądze, dochodzili do rozległej wiedzy i potrafili niejednokrotnie nawet fachowca zapędzić w kozi róg".
Zainteresowania Pendereckiego botaniką, a szczególnie dendrologią, sięgają lat dziecięcych. Jego pradziadek był leśnikiem, dziadek na częstych wspólnych spacerach pokazywał chłopcu drzewa, rośliny, wprowadzał w tajniki przyrody. Wspólnie robili zielniczki. W dorosłym już życiu, kiedy dużo podróżował, nie tylko zwiedzał muzea, ale chętnie oglądał parki i ogrody botaniczne. Te zainteresowania przerodziły się z upływem lat w prawdziwą pasję. Kupował książki, albumy, specjalistyczne leksykony, zgromadził potężny ich zbiór, czytał, studiował. Dziś w lusławickim parku rosną rośliny niemal z całego świata: japońskie, kanadyjskie, chińskie, południowoamerykańskie, o różnych kształtach i kolorach, około 80 gatunków klonów, 40 odmian buka, płaczące iglaki, wrzosowate krzewy, miłorzęby, tulipanowce, czarne magnolie, cyprysy, hibiskusy, wiele bardzo egzotycznych, ale także rodzimych - olchy, graby, sosny, świerki, modrzewie. Penderecki-ogrodnik wszystkie je oczyszcza, martwi się o nie, osłania od wiatru, konserwuje starodrzew.
Musi też być przygotowany na różne z ich strony niespodzianki, bo na przykład nie wszystkie rośliny lubią swoje sąsiedztwo. Czasem nasz klimat sprawia kłopoty, rośliny albo usychają, albo przymarzają, albo w ogóle giną. Niektóre z nich lubi "ujarzmiać", przycinać. Zna wszystkie ich łacińskie nazwy, które często nawet nie mają polskiego odpowiednika. Tak jak w każdym nowym utworze muzycznym poszukuje nowych barw dźwiękowych, tak i wśród swoich roślin szuka kolorów i oryginalnych kształtów. "W tym jest też trochę pychy - wyznaje swojemu rozmówcy, profesorowi Tomaszewskiemu - chęć, by mieć ogród inny, odmienny, żeby zdobyć jak największą ilość ciekawych okazów".
W lusławickim parku, zdaniem Pendereckiego, panuje zatem "polistylistyczność". Kalendarz życia kompozytor podporządkowuje porom roku, okresom sadzenia drzew. "W moim kalendarzu wszystko jest zaznaczone: (...) rysuję zielone drzewa albo piszę ´Lusławiceª i wtedy nie biorę koncertów. Na przykład początek kwietnia. To bardzo dobry czas do sadzenia. A we wrześniu i październiku - to jest drugi czas do sadzenia...".
Za wysokim murem swojej posiadłości lubi się chronić od świata, choć wie, że w jego intensywnym, twórczym życiu to tylko iluzja. Tu jest wymyślony i stworzony przez niego świat, jego kosmos, taki hortus conclusus, świat sam w sobie, którego harmonię sam kształtuje. To także rodzaj labiryntu, w którym trzeba błądzić, raz iść w przód, czasem cofać się, żeby znaleźć drogi wyjścia. To tak jak w muzyce, w której zna drogi wyjścia i w jej świecie czuje się pewnie. Ponadto ma przekonanie, że tu poddaje się "sztuce cnotliwej i przyjemnej". Dobrze wie, że tu powstaje inna niż w jego krakowskim domu muzyka: "To jest moja musica domestica". W Lusławicach rodzą się nowe pomysły, powstają fragmenty lub prawie całe utwory: Kwartet klarnetowy, Te Deum, Sekstet, Kwartet, Adagio z II symfonii, Credo. "Myślę, że działa tu atmosfera tego miejsca. Tego sobie nie wymyśliłem, że tu będę pisał inną muzykę... Myślę, że to, iż fascynuje mnie botanika czy dendrologia, z biegiem lat przesunęło punkt ciężkości w mojej muzyce z wielkich utworów - na bardziej skupione, kameralne. Przecież dawnej tyle muzyki kameralnej nie pisałem. Może to także sprawa dojrzałości? Spojrzenia z dystansem na siebie i na inną muzykę? Jednak miejsce jest chyba także bardzo ważne".
"Każde drzewo ma u mnie - co się może komuś wydawać dziwne - swoje miejsce w parku. Często wcześniej zarezerwowane, oczekujące na ów ´akordª, na taki, a nie inny kształt czy kolor. I tak samo bywa w partyturze. Często pisząc, zostawiam miejsce, gdzie jeszcze nie znajduję potrzebnego odpowiednika dźwiękowego czy akordu. Zostawiam, ale wiem mniej więcej, jak on ma wyglądać. To jest komponowanie z niewiadomą".
Taką niewiadomą jest na razie utwór, nad którym Penderecki właśnie pracuje. Czy będzie to VI symfonia, o której kiedyś mówił, że będzie to Symfonia drzew, czy utwór symfoniczny z tekstami wierszy o drzewach, także tym najważniejszym "drzewie życia"? Tak, Krzysztof Penderecki myśli, że będzie to Drzewo życia, bo jak wyznaje: "Wydaje mi się, że muszę moim drzewom coś zostawić".
|