Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Autocorrida
w Ateneum
Amerykańskie media nareszcie przekazały informację będącą
kwintesencją dobrej wiadomości agencyjnej. W Mexico City młody
byczek o lotnym imieniu Pajarito - Mały Ptaszek - przefrunął
ponad ogrodzeniem areny i rozpoczął samotny bój z widzami
corridy. Stara dobra szkoła dziennikarstwa uczy, że ciekawa
wiadomość jest wtedy, gdy właściciel pogryzie psa, a nie odwrotnie.
W tym przypadku półtonowy byk jednym susem dopadł tych, dla
których uciechy miał wyzionąć ducha. Ducha wyzionął, umowy
dopełnił, ale zdążył też wysłać kilkoro uczestników tej autocorridy
- bo prowadzonej na warunkach byka - do szpitala. Rachunki,
przynajmniej częściowo, zostały wyrównane.
Możliwa jest też zgoła inna interpretacja czynu Pajarito,
rodem z Byczka Fernando Munro Leaf (w przekładzie Ireny
Tuwim). Pajarito mógł być meksykańskim wcieleniem hiszpańskiego
Fernanda, będącego uosobieniem łagodności i miłości, także
do ludzi, z którymi nie szukał zwady, a zgody. Pajarito, jak
Fernando, nie chciał walczyć z matadorem, dlatego uciekł na
trybuny, ale nie został należycie zrozumiany, dlatego zginął
- wzbudzając wcześniej mój zachwyt kocią zwinnością i lekkością.
Podobnie bohaterka felietonu Jerzego Pilcha zachwyciła Jerzego
Pilcha, wynoszącego pod niebiosa "boski talent" debiutantki.
Pilch, niczym rozjuszony Pajarito, rzucił się do boju w obronie
swojej miłości. Urzeczeniu dał urzekające pięknem słowa świadectwo:
"Moja miłość do aktorki Joanny Pokojskiej eksplodowała na
przedstawieniu Pokojówek w teatrze Ateneum i dalej
jest wybuchowa (...). Siedziałem w teatrze, gapiłem się jak
urzeczony w rudy łeb Joanny Pokojskiej, blask jej oczu rozświetlał
scenę" itd. Ja tymczasem gapiłem się jak urzeczony w siwiejący
na fotografii w Polityce łeb Jerzego Pilcha, a blask
jego oczu rozświetlał mroczną scenę publicystyki polskiej.
Pokażcie mi drugiego takiego, co by tak dzielnie wymachiwał
piórem przed zionącymi ogniem bestiami-recenzentami Gazety
Wyborczej, dla których Pilch ma jedynie słuszną, głęboko
uzasadnioną pogardę: "Kończę kolejną książkę i gdybym brał
pod uwagę tę część recepcji, która ją spotka, a która polegać
będzie na wzgardliwych pierdnięciach rozmaitych - z racji
nieporadności skazanych na upokarzającą rolę arbitra - oferm,
musiałbym nie tylko rzecz zostawić, ale w ogóle zmienić zawód".
Nie można do tego dopuścić. Pilch jest naszym skarbem narodowym,
a materia sztuki, także jego, istotnie jest subtelna, natomiast
jej publiczne istnienie rzeczywiście wymaga - jak sam pisze
- "silnej odporności na barbarzyństwo". W tym przypadku za
barbarzyństwo uznał wzgardliwą ocenę w wysokonakładowej gazecie
wybitnego talentu aktorskiego. Zwrócił przy okazji uwagę na
rzecz o wiele ciekawszą - "destrukcyjny instynkt unieważniania".
To prawda, że bywa on pierwszym polskim instynktem, ale nie
kto inny jak Pilch próbował kiedyś unieważnić debiutującego
Mariusza Wilka. Kto wie, jak potoczyłyby się pisarskie losy
autora Wilczego notesu, gdyby nie mieszkał na Sołowkach,
a, dajmy na to, na Służewcu? Wilk uniknął unieważnienia, bo
nie był ważny jak Pilch, co oznacza, że nie pokazywał się
w telewizorze, także w towarzystwie byłych towarzyszy, w ogóle
nigdzie nie bywał i nie bywa, bo go fizycznie w Polsce nie
było i nie ma. Dzięki nieobecności swej dyskretnej a sprytnej
nie tylko pozostał przy literackim żywocie, ale go na pewno
przedłużył.
Uwaga ta winna pocieszyć ludzi pióra i szabli, pędzla i pałasza,
jacy chcieli, ale nie umieli zaistnieć w polskiej oranżerii
kulturalnej, dlatego siedzieli lub siedzą za wielką lub małą
wodą. Przykładem pierwszym z brzegu jest Tadeusz Kościuszko,
którego 260. rocznica urodzin wypada w sobotę. Miał być polskim
malarzem, a został generałem amerykańskiej armii. Nie tylko
że uniknął krajowego unieważnienia, to jeszcze dostąpił zagranicznego
wywyższenia. Po powrocie próbowano w kraju unieważniać jego
zasługi, ale już miał na swoją obronę wystarczająco dużo zasług
zagranicznych. No i nie udało się, choć destrukcyjnej energii
wydatkowano sporo, oj sporo.
Jednostki wybitne, czy dopiero wybijające się, jak w przypadku
Pokojskiej, skazane są na wykonywanie od czasu do czasu szarży
w stylu byczka Pajarito. Potykanie się na arenie, nawet przy
pełnej widowni, tej widowni już nie wystarcza. Trzeba zrobić
coś ekstra, co ją zadziwi, zachwyci i rzuci na kolana - a
czasem na deski. Nie każdy byczek czy torreador może liczyć
z kolei na swego Ernesta Hemingwaya, tak jak nie każda debiutująca
Pokojska czy Masłowska może liczyć na swego Pilcha. Inicjatywa
musi wyjść od nich samych, jeśli chcą famy i reklamy. Pilch
podpowiada, że dobrze mieć grubą skórę i doświadczenie, bo
nawet adoracja mistrzów bywa w polskim życiu kulturalnym plugawiona.
Święta racja. W Mexico City byczek Pajarito, uosobienie łagodności,
z miłości do ludzi przefrunął ogrodzenie i zasłużenie zrobił
światową karierę - jak każdy byczek przeskakujący w naszych
czasach ogrodzenie. Gdyby go natychmiast nie unieważnili,
kto wie, jak wysoko by pofrunął...
| |