[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 3 lutego 2006


Marek Kusiba

Żabką przez Atlantyk

Autocorrida
w Ateneum

Amerykańskie media nareszcie przekazały informację będącą kwintesencją dobrej wiadomości agencyjnej. W Mexico City młody byczek o lotnym imieniu Pajarito - Mały Ptaszek - przefrunął ponad ogrodzeniem areny i rozpoczął samotny bój z widzami corridy. Stara dobra szkoła dziennikarstwa uczy, że ciekawa wiadomość jest wtedy, gdy właściciel pogryzie psa, a nie odwrotnie. W tym przypadku półtonowy byk jednym susem dopadł tych, dla których uciechy miał wyzionąć ducha. Ducha wyzionął, umowy dopełnił, ale zdążył też wysłać kilkoro uczestników tej autocorridy - bo prowadzonej na warunkach byka - do szpitala. Rachunki, przynajmniej częściowo, zostały wyrównane.

Możliwa jest też zgoła inna interpretacja czynu Pajarito, rodem z Byczka Fernando Munro Leaf (w przekładzie Ireny Tuwim). Pajarito mógł być meksykańskim wcieleniem hiszpańskiego Fernanda, będącego uosobieniem łagodności i miłości, także do ludzi, z którymi nie szukał zwady, a zgody. Pajarito, jak Fernando, nie chciał walczyć z matadorem, dlatego uciekł na trybuny, ale nie został należycie zrozumiany, dlatego zginął - wzbudzając wcześniej mój zachwyt kocią zwinnością i lekkością. Podobnie bohaterka felietonu Jerzego Pilcha zachwyciła Jerzego Pilcha, wynoszącego pod niebiosa "boski talent" debiutantki.

Pilch, niczym rozjuszony Pajarito, rzucił się do boju w obronie swojej miłości. Urzeczeniu dał urzekające pięknem słowa świadectwo: "Moja miłość do aktorki Joanny Pokojskiej eksplodowała na przedstawieniu Pokojówek w teatrze Ateneum i dalej jest wybuchowa (...). Siedziałem w teatrze, gapiłem się jak urzeczony w rudy łeb Joanny Pokojskiej, blask jej oczu rozświetlał scenę" itd. Ja tymczasem gapiłem się jak urzeczony w siwiejący na fotografii w Polityce łeb Jerzego Pilcha, a blask jego oczu rozświetlał mroczną scenę publicystyki polskiej. Pokażcie mi drugiego takiego, co by tak dzielnie wymachiwał piórem przed zionącymi ogniem bestiami-recenzentami Gazety Wyborczej, dla których Pilch ma jedynie słuszną, głęboko uzasadnioną pogardę: "Kończę kolejną książkę i gdybym brał pod uwagę tę część recepcji, która ją spotka, a która polegać będzie na wzgardliwych pierdnięciach rozmaitych - z racji nieporadności skazanych na upokarzającą rolę arbitra - oferm, musiałbym nie tylko rzecz zostawić, ale w ogóle zmienić zawód".

Nie można do tego dopuścić. Pilch jest naszym skarbem narodowym, a materia sztuki, także jego, istotnie jest subtelna, natomiast jej publiczne istnienie rzeczywiście wymaga - jak sam pisze - "silnej odporności na barbarzyństwo". W tym przypadku za barbarzyństwo uznał wzgardliwą ocenę w wysokonakładowej gazecie wybitnego talentu aktorskiego. Zwrócił przy okazji uwagę na rzecz o wiele ciekawszą - "destrukcyjny instynkt unieważniania". To prawda, że bywa on pierwszym polskim instynktem, ale nie kto inny jak Pilch próbował kiedyś unieważnić debiutującego Mariusza Wilka. Kto wie, jak potoczyłyby się pisarskie losy autora Wilczego notesu, gdyby nie mieszkał na Sołowkach, a, dajmy na to, na Służewcu? Wilk uniknął unieważnienia, bo nie był ważny jak Pilch, co oznacza, że nie pokazywał się w telewizorze, także w towarzystwie byłych towarzyszy, w ogóle nigdzie nie bywał i nie bywa, bo go fizycznie w Polsce nie było i nie ma. Dzięki nieobecności swej dyskretnej a sprytnej nie tylko pozostał przy literackim żywocie, ale go na pewno przedłużył.

Uwaga ta winna pocieszyć ludzi pióra i szabli, pędzla i pałasza, jacy chcieli, ale nie umieli zaistnieć w polskiej oranżerii kulturalnej, dlatego siedzieli lub siedzą za wielką lub małą wodą. Przykładem pierwszym z brzegu jest Tadeusz Kościuszko, którego 260. rocznica urodzin wypada w sobotę. Miał być polskim malarzem, a został generałem amerykańskiej armii. Nie tylko że uniknął krajowego unieważnienia, to jeszcze dostąpił zagranicznego wywyższenia. Po powrocie próbowano w kraju unieważniać jego zasługi, ale już miał na swoją obronę wystarczająco dużo zasług zagranicznych. No i nie udało się, choć destrukcyjnej energii wydatkowano sporo, oj sporo.

Jednostki wybitne, czy dopiero wybijające się, jak w przypadku Pokojskiej, skazane są na wykonywanie od czasu do czasu szarży w stylu byczka Pajarito. Potykanie się na arenie, nawet przy pełnej widowni, tej widowni już nie wystarcza. Trzeba zrobić coś ekstra, co ją zadziwi, zachwyci i rzuci na kolana - a czasem na deski. Nie każdy byczek czy torreador może liczyć z kolei na swego Ernesta Hemingwaya, tak jak nie każda debiutująca Pokojska czy Masłowska może liczyć na swego Pilcha. Inicjatywa musi wyjść od nich samych, jeśli chcą famy i reklamy. Pilch podpowiada, że dobrze mieć grubą skórę i doświadczenie, bo nawet adoracja mistrzów bywa w polskim życiu kulturalnym plugawiona.

Święta racja. W Mexico City byczek Pajarito, uosobienie łagodności, z miłości do ludzi przefrunął ogrodzenie i zasłużenie zrobił światową karierę - jak każdy byczek przeskakujący w naszych czasach ogrodzenie. Gdyby go natychmiast nie unieważnili, kto wie, jak wysoko by pofrunął...

 

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail