[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 17 lutego 2006


ANETA B. LEŚNIAK

Świat ocalony
Beksińskiego

Po domu rodziny Beksińskich pozostał skwer ze studnią, starym drzewem i granitową tablicą pamiątkową. Na zielonej ławce siadają latem zakochane pary oraz miłośnicy mocnych trunków. W sklepie z artykułami żelaznymi, nieopodal ronda Beksińskiego i cmentarza pracuje Ewelina - miłośniczka sztuki. Od dzieciństwa fascynuje ją twórczość artysty. Jak większość jej rówieśników jest dumna, że "Beksa" urodził się w tym mieście: - Jego grób odwiedza mnóstwo młodych ludzi; śpiewają, grają na gitarach. Niektórzy modlą się - mówi.

Między śrubkami, młotkami i miechami do pieców wertuje jego albumy. - Beksińscy zaczynali w Sanoku od kowalstwa - wyjaśnia.

Po upadku powstania listopadowego pradziad Mateusz wraz z Walentym Lipińskim trafili do sanockich lasów. Powstańców przechował leśniczy. Stamtąd powędrowali do Lwowa. Zbierając grosz do grosza uczyli się kotlarskiego rzemiosła. Wrócili do Sanoka. Dzięki pomocy Żyda, właściciela karczmy Murowanka, kupili folwark. Modrzewiowy dworek, pięknie położony nad potokiem Płowieckim, budził podziw i zazdrość.

Dwaj przyjaciele założyli zakład kowalsko-kotlarski. W Galicji rozwijał się przemysł naftowy. Wyrabiane przez nich kotły, a także konewki czy patelnie szły jak ciepłe bułeczki. Wkrótce obaj byli powstańcy stali się bogatymi ludźmi. Postanowili się pożenić. Na swe oblubienice wybrali dwie córki sanockiego mandatariusza Machalskiego. Lipiński - Honoratę, Beksiński - Karolinę.

Zakład rodzin Beksińskich i Lipińskich stał się zaczątkiem Sanockiej Fabryki Wagonów, przekształconej w Sanocką Fabrykę Autobusów "Autosan".

Syn Mateusza Beksińskiego, Władysław, kształcił się na Wydziale Architektury Politechniki Lwowskiej. Po powrocie do Sanoka zaprojektował m.in. cmentarz, na którym przed rokiem pochowano ostatniego z rodu, Zdzisława. W sanockim magistracie pracował inżynier geometra, absolwent Politechniki Lwowskiej - Stanisław Mateusz, syn Władysława, a ojciec artysty.

Zdzisław urodził się 24 lutego 1929 r. Sanok był w owym czasie miasteczkiem wieloetnicznym. Obok siebie żyli Polacy, Żydzi, Ukraińcy. Niemiecka okupacja przyniosła zagładę ludności żydowskiej, a późniejsza akcja "Wisła" zniszczyła ludność ukraińską. Łuny w Bieszczadach osmaliły też i miasto. Po wojnie bezpańskie cerkwie świeciły pustkami, zaś po synagogach pozostały zgliszcza.

- W stosunku do przedwojennego było to miasto mocno okaleczone - mówi sanocki poeta Janusz Szuber. - Destrukcja wojny i późniejsze konstruowanie nowej rzeczywistości, a jednocześnie "bida, aż piszczało", zagrożenia od strony aparatu represji - to wszystko wpływało na młodego, wrażliwego człowieka z klasy inteligencko-burżuazyjnej, z jakiej wywodził się Beksiński. Zapanowała totalna chamokracja i trzeba było się w tej sytuacji odnaleźć. Zdzisław nie był do tego przystosowany.

W onirycznych wizjach Beksińskiego krytycy dostrzegali ślady traumatycznych przeżyć z czasów wojny. Sam artysta o wojnie mówił niechętnie. Wiesław Banach, dyrektor Muzeum Historycznego w Sanoku: - Zdzisław nie miał przykrych doświadczeń związanych z wojną. Potrafił wziąć lustrzankę i robić zdjęcia Niemcom stojącym przy czołgu; ustawiali się do fotografii.

Od wczesnego dzieciństwa matka podsuwała mu książki o malarstwie. Rodzice wymarzyli sobie, że Zdzisio zostanie architektem. W tym czasie rysował dramatyczne scenki z partyzantami AK oraz... roznegliżowane kobiety. I właśnie te szkice przez przypadek trafiły do rąk księdza. Grzmiał z ambony: "Jest między wami ten, który robi ohydne rysunki. Przepowiadam ci: ty umrzesz, a one gorszyć będą jeszcze pokolenia".

Artysta wychował się w domu, który był pozostałością XIX-wiecznego folwarku. Jego pradziad hodował bydło, prowadził gospodarstwo rolne. Obrzeża Sanoka miały charakter wiejski. Wąskie poletka ciągnęły się aż do podsanockich wiosek. - Występowały wyraźne podziały wynikające z zamożności - wyjaśnia Szuber. - Miano tu do czynienia z pojęciami lepszości i gorszości. Dzisiaj trudno zrozumieć, dlaczego posiadanie domu miało świadczyć o statusie społecznym. Była już kolej, słuchano radia, jednocześnie istniał tam nadal wiek XIX, a nawet XVIII, zwłaszcza w mentalności.

W 1947 r. Zdzisław Beksiński rozpoczął studia na Wydziale Architektury Politechniki Krakowskiej. Po ich ukończeniu pracował kolejno w Krakowie i Rzeszowie, by w 1955 r. powrócić z żoną do Sanoka. Wtedy przypomniał sobie o pradziadku Mateuszu, zakładającym tu w wieku XIX kotlarnię. Z racji koligacji rodzinnych udało mu się zatrudnić na pół etatu w fabryce autobusów. Projektował m.in. pierwsze sanosy z dużymi szybami panoramicznymi, mikrobusy Alfa. - Zdzisław projektował ich wygląd, a nawet określał kolor - wspomina Zbigniew Osenkowski, pracujący z artystą w latach 1963-1965. - Zadziwiał rozległą wiedzą, szczególnie medyczną. Niemal za jednym pociągnięciem ołówka rysował szkice. Zwłaszcza dla młodszych pracowników był guru. Pytany, dlaczego maluje kości, czaszki, odpowiadał, że chce przedstawiać to, co widzi wewnątrz siebie.

W pierwszych latach po studiach zajmował się fotografią. Brał udział w wystawach, wysyłał zdjęcia na zagraniczne konkursy. W wywiadzie dla programu TVP 1 "Rozmowy na nowy wiek" (2003 r.) wspominał: - Były to lata 50. Siedziałem w Sanoku zabitym deskami, gdzie niewiele było do fotografowania, a nie - jak Avedon - w jakimś Los Angeles. Nie miałem pieniędzy, żeby wsiąść w pociąg i robić zdjęcia w innych miejscach. Byłem zresztą zbyt wygodny i tchórzliwy, żeby przyjąć rolę takiego Roberta Capy, który wyskoczył z barki desantowej tyłem do strzelających Niemców, żeby leicą fotografować aliantów podczas szturmu w Normandii. Uznałem, że nie mam psychiki fotografa. Fotograf powinien być wrażliwy na rzeczywistość, a ja byłem wrażliwy na swoje wnętrze.

Beksiński zajął się twórczością rysunkową, malarską, a także rzeźbiarską. Zaczynał od "wyjącej" ekspresji. Nierzadko w owym czasie na jego obrazach pojawiały się postacie w akcie kopulacji. Jednym z pierwszych sukcesów malarza była wystawa pejzaży metafizycznych w 1964 r. Sprzedano wszystkie prace.

Pod koniec lat 70. Beksińscy przeprowadzili się do Warszawy. Wiesław Banach: - Ich dom stał w Sanoku przy jednej z głównych ulic miasta i to nie odpowiadało władzom. Według ich rozumowania nie mogła tam stać stara chałupa, będąca symbolem zacofania, czasów sanacyjnych oraz Galicji rozbiorowej, w związku z czym postanowiono wywłaszczyć rodzinę, a dom zburzyć. Mieszkania w bloku w Sanoku Zdzisław nie chciał, wolał zamieszkać w stolicy. W tym czasie w kraju panowała bryndza ekonomiczna, a on miał na utrzymaniu starą matkę, żonę i teściową.

Zanim malarz opuścił rodzinne gniazdo, spalił wcześniejsze obrazy. Bał się, że najlepsze gdzieś przepadną, a on będzie znany tylko z tych najgorszych... Jednak w latach 70. i 80. jego obrazy trafiły do paryskich i światowych galerii. Gościły na wielu prestiżowych wystawach we Włoszech, Niemczech, Belgii. Jako jedyny Europejczyk ma stałą ekspozycję w muzeum sztuki w Osace.

W wyobraźni wielu odbiorców jawił się jako odcięty od świata dziwak, pogrążony w swoich wizjach. Mówił, że najchętniej by go widziano jako zakapturzonego mruka w opuszczonym domu pełnym pajęczyn i nietoperzy. Słynął z poczucia humoru. - Jeśli miał przed sobą osobę o znanych mu zapatrywaniach religijnych, to wymyślał coś, aby ją zadrażnić, a potem z uśmiechem przypatrywał się pseudodyskusji - wspomina Banach. - Był człowiekiem nastawionym jakby programowo na całkowity indywidualizm. Stawał na sztorc wszelkim stereotypowym poglądom na życie i sztukę. W towarzystwie był ożywiony, lubił, jak ktoś go odwiedzał, jednak stronił od masy ludzkiej.

Był uczuciowy. Istniały w nim sprzeczności, ujawniane w wywiadach. Przywdziewał maski, które dziennikarze postrzegali jako prawdziwe oblicze. - Towarzyski, a zarazem zamknięty w sobie - wspomina bieszczadzki poeta i malarz Leon J. Chrapko. - Niezwykle konserwatywny w swoich poczynaniach.

Beksiński tworzył przy muzyce. Inspirowały go dźwięki. Sprawiały, że płakał w finale VIII Symfonii Mahlera. Nie znosił ciszy, gotów był nawet włączyć odkurzacz. Ale nienawidził odgłosów pracujących traktorów, płaczu małych dzieci, śpiewu ptaków. "Posługuję się muzyką jak człowiek kulawy laską. Bez jej udziału nie potrafiłbym malować" - zwierzał się w wywiadzie dla Tygodnika Kulturalnego (1978 r.). Jego zainteresowania muzyczne krążyły wokół Schuberta i wczesnego Schoneberga. Nie znosił muzyki barokowej; wydawała mu się nadmiernie uporządkowana.

Największą miłością artysty była jego żona, Zofia. Pochodziła z nieodległego Dynowa. W okresie, gdy Zdzisław pracował na pół etatu w fabryce autobusów, żyli na granicy głodu. Zofia udzielała prywatnych lekcji języka francuskiego. Całe życie podporządkowała twórczości męża. Pozowała mu do fotografii. Niektórzy rozpoznają ją w namalowanych postaciach kobiecych. W 1996 r. lekarze wykryli u niej tętniaka na aorcie. Banach: - Wiedząc, że niebawem umrze, stale wypytywała o Sanok i jego mieszkańców...

***

Sztuka Beksińskiego była przesiąknięta zmaganiem artysty z problemem śmierci. Podkreślał jej obecność, a zarazem cieszył się, że po śmierci znów zobaczy tych, których kochał. W wywiadzie dla Literatury powiedział: "Kiedy byłem młody, nie bałem się śmierci w taki sposób, w jaki boję się dzisiaj: w sensie bólu, braku oddechu, wydalania pod siebie i duszenia się. Natomiast bałem się nieistnienia i odczuwałem samotność śmierci. I to był problem zasadniczy, z którym nigdy nie dałem sobie rady".

W wigilię Bożego Narodzenia 1999 r. syn Beksińskiego popełnił samobójstwo. Tomek, dziennikarz muzyczny, tłumacz z języka angielskiego w ostatnim liście do ojca napisał: "Załatwmy to jak mężczyźni. Matka nie żyje, w związku z tym mam nadzieję, że nie będziesz miał nic przeciw temu, że odbiorę sobie życie".

"Jestem już stary, zaopiekuj się mną" - prosił ojciec. Po samobójczej śmierci Tomka sanoczanie mówili między sobą, że wszystkiemu winne są obrazy, które oddziaływały na psychikę dziecka. Podobno kilkuletni Tomek bał się tych malowideł. Często, sparaliżowany strachem, oddawał mocz w kącie pokoju.

Anna Mazur, znajoma Tomka: - Rodzina Beksińskich wydawała się tajemnicza. Tomek uchodził za dziwaka. Kiedyś widziano go nocą biegającego po ulicy w czarnej pelerynie. Innym razem z twarzą pomalowaną na biało z czerwoną farbą w kącikach ust.

Ryszard Kulman, sanocki poeta: - Był człowiekiem niezwykle kontrowersyjnym, a zarazem zaskakująco nowatorskim.

Karolina Drwięga, pracownica sanockiej hurtowni: - Tomek wszystkich zaskakiwał. Chwalił się, że śpi w trumnie.

Tomek lubił teatr grozy. Saga rodu Beksińskich sama w sobie była scenariuszem. Los dopisywał kolejne sceny...

Rozmowa z okresu, gdy Beksińscy oczekują narodzin jedynaka: - Jak to, Zdzisiu, zdecydowałeś się na dziecko? Odpowiedź: - Wszyscy nade mną stali, abym je miał, więc się w końcu zdecydowałem.

Wiesław Banach poszedł ze Zdzisławem Beksińskim do mieszkania jego zmarłego syna. Patrząc na opuszczony pokój artysta zrzucił maskę. Pod nią znajdował się zrozpaczony, samotny człowiek. - To był jedyny moment, gdy odsłonił się w całości ze swoim biednym, poranionym, skomplikowanym wnętrzem. Zdzisław widział siebie jako nie najlepszego ojca. Nie potrafił przekazać dziecku uczucia, gdyż sam został tak wychowany. Nie brał na ręce, nie umiał przytulić, pocałować. Rozpaczał, że nie potrafił odwieść syna od samobójstwa.

***

Zdzisław Beksiński został zamordowany 21 lutego 2005 r. w Warszawie, w swoim mieszkaniu przy ul. Sonaty 6. Do zabójstwa przyznał się Robert K., syn przyjaciela malarza. Pogrzeb odbył się 8 marca 2005 r. w Sanoku. W ostatniej drodze artysty uczestniczyły setki mieszkańców miasta. Dla jednych był mistrzem, przyjacielem, znajomym z pracy, sąsiadem, a dla innych po prostu dobrym człowiekiem. I właśnie takim zapamiętali go podopieczni Domu im. Brata Alberta, pełniący wartę przy trumnie. Malarz niejednokrotnie ofiarowywał na aukcje swe dzieła, wspierając placówkę pomagającą bezdomnym.

Szczątki ostatniego z rodu Beksińskich spoczęły w rodzinnym grobowcu obok żony Zofii, syna Tomasza i ich przodków na cmentarzu przy ul. Rymanowskiej, zaprojektowanym przez Władysława Beksińskiego.

Artysta cały swój dorobek zapisał sanockiemu Muzeum Historycznemu. Z wnętrza wieje chłodem; mróz skuł całą Polskę i pozostał we wnętrzach Zamku. Obrazy oglądane w niskiej temperaturze wydają się bardziej tajemnicze. Dla odbiorcy samotność staje się bardziej samotna, zaś wilki na śniegu zapatrzone w odlatujący balon z napisem "Never More" - jakby bardziej ludzkie...

-------------------------

Zdzisław Beksiński, Wyd. Bosz, Olszanica 1999 i 2005, tom I i II, s. 144, cena 43-45 dol. plus 6,50 dol. porto w przypadku zamówienia z wysyłką (do nabycia w Księgarni Nowego Dziennika).


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail