[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 17 lutego 2006


WILFRIED GÓRNY

Mariusz Kwiecień
- pierwsza dekada

Poznań, Figaro 22 X 1995 - Nowy Jork, Met, Guglielmo, 21 X 2005

W sezonie 2005-06 Mariusz Kwiecień świętuje pierwszy jubileusz - 10-lecia pracy scenicznej. Możemy być dumni, że na przełomie XX i XXI wieku na międzynarodowej arenie zapisał się wspaniałymi dokonaniami. Młody polski baryton posiada wszystko, co jest potrzebne artyście dla zaistnienia w pamięci nawet przeciętnego widza.

We wczesnej młodości wcale nie myślał, że zostanie śpiewakiem operowym. Jednak był pewien, że chce być artystą. Wszystko, co osiągnął, jest wynikiem ciężkiej pracy nad głosem i zdobywaniem niezbędnej odporności psychicznej.

Urodził się w Krakowie i nadal w nim mieszka. Zarówno w szkole podstawowej, jak i liceum ogólnokształcącym, w klasie o profilu psychologiczno-pedagogicznym - nie zawsze z własnej woli - śpiewał w chórze. Powoli wciągał się w śpiewanie i w domu coraz więcej czasu poświęcał uczeniu się nut, a nawet komponowaniu piosenek. Po ukończeniu 16 lat związał się z działającym przy Klubie Inteligencji Katolickiej chórem Organum. W tym czasie rozwijała się u niego naturalna potrzeba przygody i zwiedzania świata. Okazją po temu były liczne trasy koncertowe, zarówno krajowe, jak i zagraniczne, a wygrane przez Organum konkursy w Bydgoszczy i Krakowie przynosiły satysfakcję. Jak wspomina, koncerty w Hiszpanii, Francji, Belgii i Holandii dawały mu wiele radości. "Jednak - mówi - największych wzruszeń doznałem śpiewając w Watykanie dla Papieża i na Cmentarzu Orląt Lwowskich. To były moje wielkie, pierwsze artystyczne przeżycia".

Podjęcie studiów wokalnych w krakowskiej Akademii Muzycznej nie było jeszcze własnym, sprecyzowanym wyborem kierunku działalności artystycznej. Wprawdzie od wielu lat sporo osób zafascynowanych jego głosem wyrażało pogląd, iż powinien go kształcić, lecz uległ opinii tylko jednej pani profesor. To właśnie ona namówiła go na zdawanie egzaminu wstępnego. Więc wziął - trwające około trzech miesięcy - korepetycje, przygotował pieśni Dumka o Chopinie oraz Serce moje i został przyjęty. Przez następne 3 lata w rodzinnym mieście studiował pieśniarstwo. Pod koniec tego okresu pierwszy raz, 27 kwietnia 1994 roku, stanął na scenie w akademickim spektaklu Dydona i Eneasz. Przypuszczalnie tę datę uznaje jako dzień własnego debiutu, lecz w profesjonalnym zespole Teatru Wielkiego w Poznaniu debiutował 22 października 1995 r.

W tym czasie był już studentem Akademii Muzycznej w Warszawie. Wtedy stwierdził, że śpiewać wcale nie potrafi, a najbardziej pragnie zostać... solistą operowym. "Na samym początku zmiana emisji szła mi strasznie ciężko - wspomina - raz lepiej, raz gorzej, ale częściej gorzej niż lepiej. Byłem zupełnie pogubiony i nic mi nie wychodziło, nie miałem głosu ani techniki, ale stale ćwiczyłem. Najczęściej brakowało mi wysokich dźwięków, jak już były dobre, to średnica niezbyt brzmiała. Wszystko szło bardzo opornie, lecz z uporem zodiakalnego Skorpiona po roku pracy trudności pokonałem". Ambitnie, wytrwale i usilnie nad emisją oraz skalą głosu pracował. Ta sumienność przyniosła efekty. Podczas studiów jak rzadko kto często brał udział w koncertach, dzięki czemu wspaniale dopracował kontakt z publicznością.

Jego profesjonalny debiut w partii tytułowej w Weselu Figara okazał się sukcesem. W Poznaniu, przenosząc widzów w rejony wysublimowanych odniesień artystycznych, potrafił jednocześnie zachować równowagę balansowaniem na wyżynach komizmu sytuacyjnego. Jako Figaro działał na publiczność wprost elektryzująco. W kawatynie Se voul ballare zewnętrznie sprawiał wrażenie dowcipnego i opanowanego młodzieńca jednocześnie pokazując, jaki wulkan ukrywa się w kreowanej postaci. Od samego początku dominował subtelnym humorem wywołującym niekłamany entuzjazm. Wykazał się pasją aktorską idącą w parze z poprawnym panowaniem nad aparatem głosowym. W arii kończącej I akt Non piu andrai far farfallone poszedł jeszcze dalej. Pokazał, że jego głos jest równie ważnym środkiem wyrazu jak gra aktorska. Do końca przedstawienia prostymi środkami tworzył wyrafinowaną postać Figara. Śpiewał spontanicznie, z prawidłową techniką wokalną. Już podczas debiutu wykazał się nieomylnym wyczuciem praw sceny, zaprezentował wyjątkowej urody talent! Jego liryczny z natury baryton był słyszalny w najdalszych zakątkach widowni. Śpiewając pianissimo swobodnie przebijał się przez tutti orkiestry. Na wysokich dźwiękach czarował wejściami w pianissimo i miękkim prowadzeniem muzycznej frazy. W miłej pamięci pozostała emisja niezwykle wyrównanego głosu w obrębie wymaganej partyturą barytonowej skali. Ujmował delikatnym, bogatym rejestrem dolnym i przepięknie brzmiącym rejestrem górnym. Podczas tego spektaklu miałem świadomość, że jestem świadkiem narodzin nowej gwiazdy. Jednak nie przypuszczałem, że Kwiecień stanie się ozdobą najbardziej prestiżowych scen świata.

Jeszcze w czasach studenckich zmierzył się z partią Papagena w Czarodziejskim flecie na scenie warszawskiego Teatru Muzycznego Roma. Zarówno wokalnie, jak i aktorsko w spektaklu inscenizowanym dla dzieci ukazał nieprzeciętne walory wokalne i aktorskie. Jako ptasznik Królowej Nocy wspaniale kontaktował się z najmłodszymi widzami.

Udziały w międzynarodowych konkursach wokalnych wieńczył tytułem laureata i rozpoczął podbijanie zagranicznych teatrów. Wśród nich znalazła się Opera w Hamburgu, w której debiutował w epizodycznej partii Nikomedesa podczas europejskiego prawykonania opery Aleksandra Zemlinsky'ego Król Kandaules, a na kontynencie amerykańskim w Toronto i Hamilton zaśpiewał partię Janusza w Halce. Później rolę zubożałego młodego szlachcica śpiewał w Nowym Jorku (1999).

Z dyplomem w kieszeni od sezonu 1997-98 rozpoczął - można powiedzieć - podbój prestiżowych teatrów. Zaśpiewał partię Robinsona w Potajemnym małżeństwie w wiedeńskiej Operze Kameralnej, Dunoisa w Dziewicy Orleańskiej w Strasburgu oraz Ottokara w Wolnym strzelcu na scenie mediolańskiej La Scali. Następnie został przyjęty na studia w Nowym Jorku - do Met's Lindemann Young Artist Development Program. Po kilku epizodach w Met śpiewał partie pierwszego planu na innych scenach.

Triumfalny pochód rozpoczął w 2000 roku od Genewy, Glyndebourne i Sao Paulo. Zaśpiewał na czterech kontynentach, w tym trzykrotnie w Japonii. Geografię występów niemal równomiernie dzieli między Europę (11 krajów) i USA (8 stanów). W omawianej dekadzie najczęściej śpiewał w Met, bo aż 63 razy, dla porównania - w warszawskim Teatrze Wielkim tylko 7. Statystycznie rzecz ujmując w pierwszym dziesięcioleciu wykonywał 22 partie operowe napisane przez 14 kompozytorów. Do stałego repertuaru włączył zaledwie trzy role z oper Mozarta: Almavivy, Guglielmo i Don Giovanniego. Z weryzmu - partie z Pucciniego i Leoncavalla, a z dziedziny belcanta z Ashtona, Belcore i Donizettiego. Odnosił wielkie sukcesy w tytułowej roli opery Eugeniusz Oniegin (Graz, Warszawa). Choć jest w nim bardzo dobry, wyraźnie unika słowiańskiego repertuaru, bo w partiach Janusza i Oniegina na żadnej ze scen już nie występuje. A szkoda, bowiem zaprezentował się w nich znakomicie. Dziwi fakt, że przez 10 lat, poza niewielkimi rolami Marulla i Herolda, nie zdecydował się na śpiewanie większych partii w operach Verdiego.

Z moich obserwacji wynika, że Mariusz Kwiecień wszędzie, gdzie się pojawi, kontynuuje passę sukcesów. Starannie dobierając repertuar w dziedzinie interpretacji włoskiej opery ma wspaniałe osiągnięcia. Stał się świetnym odtwórcą włoskiego stylu belcanto, którego tajniki doskonale opanował. Także w operach werystycznych spójnością kreacji wokalnej i aktorskiej potrafi przekonać słuchaczy, że jest artystą dysponującym nie tylko urzekająco ciepłym barytonem, lecz także potrafiącym świetnie nim operować. Doskonale wie, o czym śpiewa i jak to widzom przekazać. Z kunsztem i należytą ekspresją wokalną wyraża uczucia kreowanych bohaterów. W błyskotliwie wykonywanych ariach bądź duetach zadziwia finezyjnymi elementami warsztatu wokalnego. W scenach zespołowych imponuje intensywnością artystycznego wyrazu.

Zmysł wokalnej kolorystyki idealnie zespala z ruchem scenicznym. Niezależnie od tego, czy gra w spektaklu o tradycyjnej konwencji, osadzonej w ścisłych realiach konkretnej epoki, czy też w zaskakująco współczesnej inscenizacji, w historycznym kostiumie lub dżinsach, zawsze jako aktor wychodzi zwycięsko. Potrafi harmonijnie połączyć wszystkie elementy dobrego wykonawstwa operowego: naturalny urok, kunszt wokalny i wyborne aktorstwo. Dzięki tym umiejętnościom skupia na sobie uwagę i wzbudza spory entuzjazm, obdarzając publiczność takim ładunkiem emocji, który na długo pozostaje w pamięci. Jest naturalny, namiętny, prawdziwy, dziarski, wyrafinowany i przekonujący. Wszystko to sprawia, że na nieboskłonie gwiazd opery zaczyna świecić coraz jaśniejszym blaskiem.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail