Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Tęsknota
za krokusami
"Cudna jest ta Ameryka, ale za nic bym tu nie siedział. Morze nie zrobiło na mnie żadnego wrażenia, a w Nowym Jorku stanowczo za dużo ludzi" - pisał dawno temu Bronek Czech do swojej siostry Stanisławy. Dziś musiałby dodać: "...i śniegu". Czech przypłynął właśnie na swe drugie igrzyska olimpijskie, zorganizowane w Lake Placid w roku 1932. To były skromne zawody, w porównaniu z dzisiejszymi. Narciarze nie byli ruchomymi powierzchniami reklamowymi, ale za to jakimi byli sportowcami! Złoto w skokach zdobył legendarny Norweg Birger Johannes Ruud. Sukces powtórzył cztery lata później w Garmisch-Partenkirchen. W czasie wojny trafił do obozu za organizowanie w Norwegii zakazanych konkursów skoków. Na kolejnych igrzyskach w St. Moritz w 1948 r. był już trenerem. Podczas konkursu przeprowadzanego w śnieżycy zastąpił niedoświadczonego skoczka. Zdobył srebrny medal.
Bronek Czech też trafił do obozu. Mógł wyjść z Oświęcimia, gdyby się zgodził trenować niemieckich narciarzy. Ale nie mógł przystać na taką propozycję, bo dla niego skromne słówko SPORT rozwijało się w pojęcia typu: Swoboda, Patriotyzm, Odwaga, Rzetelność, Takt - a nie tylko taktyka czy ryzyko związane z utratą reklamowego kontraktu. Pomyślałem o skromnym Bronku, gdy ubrana na biało Yoko Ono odczytywała z kartki apel o pokój, akrobaci układali z własnych ciał wielkiego gołębia, a zakapturzony artysta wertował gigantyczną Boską Komedię, przedstawiającą wędrówkę bohatera poprzez Piekło, Czyściec i Raj - czyżby alegorię losu sportowca? A także gdy ubrany na czarno Peter Gabriel śpiewał przesłanie Johna Lennona: wyobraź sobie, że nie ma krajów, wojen i głodu, i pazerności...
Przesłanie tych igrzysk zapisał już na kartach Lauru olimpijskiego Kazimierz Wierzyński - ratujmy pokój, zastępując zmagania wojenne sportowymi - a wypełnił swoim życiem Bronisław Czech. Startował w trzech kolejnych olimpiadach: w Saint Moritz w Szwajcarii (w lutym 1928 r.), we wspomnianych Lake Placid i Ga-Pa (w lutym 1936 r.). Bronek Czech uczynił ze sportu powołanie i sposób na życie, a nie sposób na zarabianie na (dobre) życie. Był zaprzeczeniem mego niedawnego idola: wbiegł na stadion w Turynie z pochodnią i przystanął, rozglądając się dookoła. Następnego dnia zobaczyłem w telewizji reklamę telefonów komórkowych, w której Alberto Tomba - bo o nim mowa - wbiega na stadion, zatrzymuje się i ogniem z Olimpu rozświetla telefony w rękach widowni. A ja myślałem, że "La Bomba" stanął jak wryty ze wzruszenia...
W Lake Placid głównym konkurentem Czecha w walce o punktowane miejsce był Czech (Anton Barton). W skokach Bronek zajął siódme miejsce, a przegrał z Czechem przez Czecha-sędziego. O niejakim Jarolinku pisała cała amerykańska prasa, ale polska ekipa nie protestowała, bo jej kierownik nie znał się na skokach. A Bronek Czech nadal odnosił sukcesy. I nigdy nie próbował wynosić się ponad innych. Ani tym bardziej - z Polski. W Ameryce Czechowi przed skokami do kombinacji pękła sprzączka w wiązaniu. Sędziowie zezwolili mu na start na końcu listy. Były to inne czasy. Teraz Czech zostałby zdyskwalifikowany ku radości braci Czechów, nie mówiąc o radości zawistnych braci Polaków. Z kolegami z klubu na czele.
14 maja 1940 r. po Bronka przyjechało trzech szpicli. Jeden został w samochodzie, do domu weszło dwóch cywilów. Wspomnienie siostry Stanisławy Czech-Walczakowej: "Jednym z nich był Józef Domaradzki, nasz kolega, z którym uczęszczałam na chór i gimnastykę do ´Sokołaß. Zapytał matkę o Bronka. Ona niczego nie podejrzewając, wywołała brata z pokoju obok, gdzie malował. Domaradzki powiedział mu, że musi wyjść z nim na chwilę. Wyszli i Bronek już więcej do domu nie wrócił. Pod domem zobaczyliśmy samochód gestapo i dopiero wówczas zrozumieliśmy, co się stało".
Bronek wiedział, że może czekać go aresztowanie. Sam wielokrotnie przeprowadzał ludzi na Węgry. Proponowano mu opuszczenie Polski tą samą drogą. Nie chciał. Czuł, że opuszczenie ukochanych gór i ludzi byłoby dla niego tym samym, co dostanie się do Oświęcimia. Do domu wysyłał z obozu listy. Przebija z nich troska o najbliższych. O sobie pisał niewiele. Najczęściej, że jest zdrowy i że czuje się dobrze. Miał szansę ucieczki, ale nie uciekał w obawie o konsekwencje, jakie mogą spaść na rodzinę, na kolegów z bloku. Tak samo rycerski jak na zawodach, myślał bardziej o bezpieczeństwie innych niż o swoim. Listy ozdabiał pięknymi rysunkami gór. Tęsknił za nimi bardzo. A najbardziej - za tatrzańskimi krokusami.
Ostatni list napisał 22 maja 1944 r.: "U mnie wszystko po staremu. Jestem zdrowy i czuję się dobrze". Po raz pierwszy w życiu kłamał, bo takiego tonu listu wymagała niemiecka cenzura, a i on sam nie chciał nikogo martwić. Nie był zdrowy. W dwa tygodnie po tym liście już nie żył. W Zakopanem była wiosna. Wiatr niósł od gór zapach kwitnących krokusów. W Nowym Jorku jak zawsze przybywało ludzi, ale wtedy jeszcze ubywało śniegu...
| |