Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Męska klęska
pod Turynem
Już sam początek nie zapowiadał niczego dobrego: flagę olimpijską wniosło na stadion osiem ubranych na biało białogłów. Potem kobieta zapaliła znicz olimpijski. No i już poleciało: od pierwszego do ostatniego dnia igrzysk olimpijskich kobiety toczyły z mężczyznami zwycięską walkę o supremację. Owszem, zdarzyło się paniom kilka wypadków, wyrównujących nieco zachwiane proporcje. Na przykład radosny wyskok Amerykanki Lindsey Jacobellis w snowcrossie, na ostatniej prostej, przez co straciła pewny złoty medal. Albo liczne upadki par tanecznych. Większość jednakże spowodowana była słabością mężczyzn, którzy nie umieli utrzymać swych partnerek.
Dla męskiej dumy Turyn był klęską większą niż klęska Troi. W Kanadzie szybko wyliczono, że 16 z 24 kanadyjskich medali zdobyły kobiety. Amerykanki zdobyły jedną trzecią. W porywającym stylu wygrała slalom gigant młodziutka Julia Mancuso. Sasha Cohen pojechała łyżwiarską solówkę więcej niż na srebrny medal, ale upadła. Podczas treningu zjazdu Lindsay Kildow wyleciała z trasy i... poleciała helikopterem do szpitala. Myślano, że skończy na wózku inwalidzkim. Po dwóch dniach stanęła na starcie. Nasza Justyna Kowalczyk zemdlała po ośmiu kilometrach biegu i też wylądowała w szpitalu. W kilka dni później zdobyła brąz po morderczym, dwukilometrowym finiszu.
Ale medale to tylko wierzchołek alpejskiego lodowca, obleganego przez kobiety. Kanadyjska akrobatka Deidra Dionne przed pięcioma miesiącami miała poważny wypadek na treningu, przeszła 7-godziną operację i jednak skakała na tych igrzyskach, mając szanse na powtórkę sukcesu z Salt Lake City, gdzie zdobyła brąz. Kanadyjska hokeistka Hayley Wickenheiser strzeliła pięć goli, grając ze złamaną kością ręki. Kanadyjska panczenistka Clara Hughes po zwycięstwie w biegu na 5 kilometrów padła na lód półprzytomna i o mało nie wyzionęła ducha. Chinka Zhang Dan o mało nie wybiła kolanami dziur w lodzie, wyrzucona za mocno przez partnera, ale ku zdumieniu całego świata jakimś nadludzkim wysiłkiem woli dokończyła występ i zdobyła srebro. Jej koleżanka Yang Yang upadła podczas eliminacji wyścigu w jeździe szybkiej na kilometr, ale i tak zdobyła brązowy krążek - piąty w jej karierze.
Najwięcej medali, bo aż pięć, zdobyła kanadyjska panczenistka Cindy Klassen, której nadano przydomek "Turinator". Klassen pokazała wielką klasę. Ale jeszcze większą klasę pokazała Clara Hughes. Wypisała czek na 10 tysięcy dolarów dla organizacji umożliwiającej afrykańskim dzieciom uprawianie sportu. Powie ktoś, że bogata, dlatego taka hojna. Nic podobnego. Clara "wyczyściła" swoje konto, wzruszona reportażem obejrzanym na dzień przed zawodami.
Jest to w ogóle niesamowita dziewczyna. Na letnich igrzyskach w Atlancie zdobyła dwa medale w kolarstwie szosowym. Potem wróciła do jazdy szybkiej na lodzie, którą zaraziła się w rodzinnym Winnipegu. Istnieje tam tor łyżwiarski pod gołym niebem. Trenowała po kilka godzin dziennie w temperaturze minus 20 stopni C. Biegaczka Sara Renner zdobyła tylko jeden medal, ale jak: złamała kijek, a w kilka sekund później ktoś podał jej inny. To był dla mnie najpiękniejszy moment tych igrzysk - oprócz piruetu z flagą olimpijską burmistrza Vancouver na wózku inwalidzkim. Kanadyjce pomógł szef norweskiej ekipy. Dzięki niemu Kanadyjki stanęły na podium, a Norweżki zajęły czwarte miejsce. Baron Pierre de Coubertin musiał się jednak uśmiechnąć przez sen (wieczny). A może jednak zmartwić? To przecież nie tak miało być. Dominacja kobiet? A kysz...
Tam, gdzie panowie się rozsypywali, panie zaciskały zęby i wygrywały. Justyna Kowalczyk wygrywała zresztą na treningach z kolegami z zespołu. A swoją drogą musi zastanawiać, dlaczego Justyna zemdlała: może na trasie nie dostawała nic do picia? Mówiła, że zjadła mikre śniadanie, a stres wypalił kalorie. Działacze z ekipy tłumaczyli się potem, że nie mogli jej znaleźć, bo Włosi nie znają angielskiego. Coś mi tu nie gra. Gdyby na zeskoku zemdlał Adam Małysz, pół rządu polskiego byłoby natychmiast przy jego wezgłowiu, razem z byłym i obecnym prezydentem oraz jego sobowtórem.
To były zdecydowanie igrzyska kobiet. Pierwszy w sytuacji zorientował się Bode Miller i zaczął ją kontestować: po kilku bramkach zjeżdżał po prostu z trasy i pędził do baru zalać robaka. Ciągnęła go tam jego hoża dziewoja z Playboya, pozostająca bez wątpienia w babskiej zmowie. Także kucharz w wiosce olimpijskiej zaczął kontestować, podtruwając wszystkich jak leciało. Męski honor próbował ratować panczenista Joey Cheek, wypisując czek na 40 tysięcy dolarów na cele charytatywne. Ale i tak nie pobił Clary Hughes; Kanada nie płaci sportowcom za medale, a Ameryka - i owszem.
Na nasze szczęście kobietom wyznaczono kiedyś osobne konkurencje. Cała nadzieja w tym, że emancypacja nie pójdzie za daleko i za cztery lata w Vancouver panie nie staną na starcie razem z panami. To dopiero byłaby klęska! Ale może pozwoliliby nam chociaż ponieść olimpijską flagę?
| |