[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 7 kwietnia 2006


Ewa Berberyusz

Kartki
ze skażonej strefy

Nigdy bym nie przypuszczała, że fatalne rządy w Polsce tak bardzo osobiście mnie dotkną. A jednak!

Zamiast martwić się nie najlepszym zdrowiem i przypadłościami galopującej starości (z wiekiem czas się nieprawdopodobnie kurczy) - zamartwiam się tym, co się w Polsce dzieje.

Swoje najlepsze lata przeżyłam w komunizmie. Wiadomo, było źle. Pod każdym względem. I materialnym, i duchowym. Los dziennikarza niedyspozycyjnego, czyli takiego, który nie poszedł na ugodę z reżimem, był naprawdę nie do pozazdroszczenia. Społeczeństwo polskie, z natury buńczuczne, zostało zamknięte w klatce. Zostało skutecznie zastraszone i podzielone. Patrzyliśmy na siebie koso, podejrzliwie. Cudzoziemcy odwiedzający nasz kraj pytali naiwnie: "Dlaczego się nie uśmiechacie?". Wzruszaliśmy ramionami: nie było nam do śmiechu. Ale czy dostatnie demokratyczne narody były w stanie zrozumieć, co nami targa? Retoryczne pytanie; nie były.

Niejednokrotnie przez te kilkadziesiąt lat drugiej dekady XX wieku urągałam losowi, że przyszło mi żyć w takich czasach. Gdy nastał stan wojenny, płakałam za utraconym kęsem demokracji, której danym mi było ledwie posmakować. Myślałam, że stało się najgorsze. Otóż myliłam się. Najgorsze stało się teraz.

Właśnie teraz, kiedy w wolnych wyborach wybraliśmy taką władzę, jaką mamy. Powiedzmy otwarcie: władzę braci Kaczyńskich, dyktatorów z partii Prawo i Sprawiedliwość. Nie będę się znęcać nad jej szczegółowym opisem. Dość już napisano - i w tonie poważnej krytyki, i w tonie żartobliwym, do czego ta władza doskonale się nadaje. Gdy patrzę na zamęt i konflikt, na kłamliwą etykę w słowach, która staje się treścią rządzenia - robi mi się mdło.

Pierwszy z brzegu przykład: w czasie kampanii wyborczej bojowiec PiS-u Jacek Kurski pomówił nieżyjącego dziadka Donalda Tuska, szefa rywalizującej partii, Platformy Obywatelskiej, o dobrowolne zgłoszenie się do Wehrmachtu w czasie drugiej wojny światowej. Otóż nie zgłosił się, tylko, jako Kaszub, został wcielony i przy najbliższej okazji uciekł do armii generała Andersa.

Pomówienie to poruszyło Ślązaków, których przodkowie byli automatycznie wcielani do wojska niemieckiego. Społeczeństwo zawrzało. Szefowi PiS-u nie pozostało nic innego, jak wyrzucić z partii Jacka Kurskiego. Tylko po to, żeby "za chwilę" go przyjąć. Dziś Kurski zasiada w Sejmie, i to na ławie zarezerwowanej dla liderów partii - tuż obok Jarosława Kaczyńskiego.

Nie winię tych przywódców. Winię nas, wyborców. "Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało".

I otóż - o zgrozo! - w tej sytuacji dochodzę do wniosku, że psychicznie - lepiej nam było tkwić w komunie. W komunie, czyli w sytuacji nie przez nas zawinionej. Układ jałtański podzielił Europę bez naszej woli. Był to narzucony los. Byliśmy bezsilni. Byliśmy przedmiotem działań wielkich mocarstw.

A teraz, gdy zostaliśmy podmiotem, gdy możemy sami o sobie stanowić, spapraliśmy wszystko. Teza o "społeczeństwie obywatelskim" nie wytrzymała konfrontacji z rzeczywistością. Przyspieszone wybory nic tu nie zmienią. Rozróba będzie jeszcze większa.

Mąż patrzy na scenę polityczną jak na kabaret. O której bądź porze otworzyć telewizor czy gazetę - kino. Ja nie umiem. Mnie to boli. I zaskakuje. Bo byłam pewna, że przy wywalczonej wolności - wyjdziemy na prostą. Nie umiemy. Babrzemy się w bebechach.

Dlaczego, dlaczego, pytam, na przykład, Platforma Obywatelska nie potrafi wznieść się ponad zastarzałe urazy i wejść w porozumienie z obecnym Sojuszem Lewicy Demokratycznej? Spójrzcie na młodego Wojciecha Olejniczaka, jaki rozsądny! I niczym nie obciążony. "Ale spójrz - dają się słyszeć głosy - kto siedzi na sejmowych ławach za młodym, niczym nie obciążonym, obiecującym Wojciechem Olejniczakiem? Betony!".

Przede wszystkim, betonów coraz mniej: wymierają. A poza tym, czy doprawdy tak trudno młodej światłej inteligencji wznieść się ponad tamte krzywdy? Nic nie zostało z nauczania Jana Pawła II w tej materii? Nic?! Nie liczy się interes państwa? Przykład: problemem zasadniczym w tym roku jest zagospodarowanie funduszy, jakie możemy uzyskać z Unii Europejskiej, które jednak, jeżeli nie zmienimy sytuacji, mogą przepaść. Rząd nie przedstawił w tej sprawie najmniejszego nawet pomysłu. Wiadomo, że centralnym problemem - nie tylko gospodarczym, ale i społecznym - jest bezrobocie. W tej dziedzinie też cisza. Mimo iż od powołania rządu minęło już tyle czasu. A w ocenach gabinetu Kazimierza Marcinkiewicza jako największe osiągnięcie coraz częściej słyszy się opinie, że przecież rząd nic jeszcze nie zepsuł. Przypomnijmy: pierwszy demokratyczny rząd premiera Tadeusza Mazowieckiego w cztery miesiące od chwili powołania przeprowadził przez parlament 11 ustaw, które sprawiły, że znaleźliśmy się w innej Polsce.

Dziś między partiami panuje ustawiczny pat. Pat paraliżujący skok do przodu. Konieczny skok, żeby wyjść z marazmu. Raczej partia rządząca pogrąży się głębiej, wchodząc w koalicję z Lepperem, który mówiąc krótko, ma za sobą przeszłość kryminalną.

Brzmią mi w uszach jego słowa z trybuny sejmowej: "Wersalu wam się zachciewa! O nie, nie będziecie mieć Wersalu!" - potrząsał plikiem dokumentów na rzekomą korupcję najwyższych dostojników w państwie. Tych najbardziej szanowanych. Wytoczyli mu procesy i wygrali. Jego samego parlament zdjął wówczas z funkcji wicemarszałka Sejmu.

Teraz znów w nią wskoczył, ale gdy PiS wejdzie w koalicję z Samoobroną, na co się zanosi, Lepperowi już ta funkcja śmierdzi. Chce zostać wicepremierem rządu. "I to premierem niemalowanym!" - krzyczy.

Dlatego jest mi źle. Bo należę do narodu, który nie umie się rządzić. Koniec. Kropka. Nie umie. I to w najdogodniejszej sytuacji: nic nam przecież z zewnątrz nie zagraża.

Nie zwalam na braci Kaczyńskich, nie zwalam na ojca dyrektora Rydzyka - nie! Bo gdybyśmy ich nie chcieli, to by ich nie było. Zwalam na nas samych.

Nie ma caratu, nie ma Stalina, nie ma Hitlera. Nikt nam nic nie narzuca. Jesteśmy niepodlegli i mamy sporo światłej inteligencji. I co? I nic. Nie zaistniało społeczeństwo obywatelskie, niezbędne jak tlen dla demokracji.

I przyjdzie mi umierać w czymś, co prezydent Lech Kaczyński nazwał lupanarem. Odnosząc nazwę do mniej istotnej rzeczy.

I jak tu nie powiedzieć: smutno mi, Boże. Nie w sensie poetyckim, ale najgłębiej społecznym.

Jak niedawno dynamizowaliśmy pomarańczową rewolucję na Ukrainie, dziś w podobnej liczbie jesteśmy obecni na Majdanie nie kijowskim, ale mińskim, na Białorusi. Pięć dni obecności w "Republice Namiotowej" na głównym placu Mińska - Rewolucji Październikowej. Na mrozie i śniegu. Bez gorących posiłków. Na Ukrainie rewolucji nie rozpędzono, na Białorusi - bito. Wreszcie rozpędzono i wyaresztowano. Łącznie z polskimi dyplomatami i dziennikarzami.

Mimo to demokracja białoruska jakoś się rozkręca, raczkuje. Prześladowania jej nie zniechęcają. Pięknie!

Słyszałam głosy z polskich kół opiniotwórczych, że może dość. Że za dużo naszej asystencji. Że może nadto szafujemy hasłem "za waszą wolność i naszą". Nie zgadzam się z tą opinią. Uczona na wizji politycznej Jerzego Giedroycia, widzę w naszej solidarności z dążeniami wolnościowymi Ukraińców i Białorusinów dalekosiężną myśl polityczną. Jesteśmy za ten rejon jakoś odpowiedzialni z punktu widzenia historii.

Nie wiem, czy młodzież polska, która dziś tłumnie garnie się na pomoc wolnej Białorusi, odwołuje się do jakiejś koncepcji. Idzie na pomoc spontanicznie. I ma rację.

Minęło pięć lat od śmierci przywołanego tu Jerzego Giedroycia. Rozpoczął się Rok Giedroyciowski. Sesją na Zamku Królewskim w Sali Koncertowej. Powołano mnie do komitetu honorowego, bo byłam autorką paryskiej "Kultury" i napisałam książkę o mędrcu z Paryża pod tytułem Książę z Maisons-Laffitte (miała dwa wydania). Zasiadłam więc w fotelu koło Bohdana Osadczuka, Jerzego Pomianowskiego i wielu innych autorów.

Minister kultury Michał Kazimierz Ujazdowski miał sensowne przemówienie. Słuchałam pod kątem, czy by "Książę" je zaakceptował. Tak. Ujazdowski przedstawił solennie przedwojenną działalność Giedroycia, mówił o Buncie Młodych i Polityce. Startowały w tych pismach najlepsze pióra: bracia Bocheńscy i Prószyńscy.

Pamiętam, jak w czasie naszych lafickich rozmów Jerzy Giedroyc zwierzył mi się, że w 1939 roku, nie zaprzestając prowadzenia pisma, miał zamiar startować do Sejmu jako poseł. Zgorszyłam się: jak to, dziennikarz i polityk jednocześnie?!

"Przede wszystkim, nie dziennikarz. Byłem redaktorem".

Nie widział w tym nic gorszącego. Był wówczas w apogeum aktywności. Ma się rozumieć (jego powiedzonko!) wojna wszystko pokiereszowała.

Parząc na naszą scenę polityczną jeszcze raz przekonałam się, jakim wizjonerem politycznym był Jerzy Giedroyc. Pamiętam, jak wkładał mi do głowy, że endecja (tak przed wojną nazywano to, co dziś się określa jako skrajna prawica) samodzielnie nie umiała rządzić. I do pełni władzy nigdy na serio się nie pchała. Jej działką było mącenie. Niekiedy zbrodnicze - mord dokonany na prezydencie Gabrielu Narutowiczu.

Dziesięć lat mija również od śmierci Krzysztofa Kieślowskiego. Krytyk Tadeusz Sobolewski: "Kieślowski jest własnością świata jak żaden inny polski artysta. Powstają o nim książki i filmy na całym świecie...". Istotnie. Pamiętam, jak w przydrożnej bibliotece w USA (te wspaniałe amerykańskie biblioteki!) syn wypożyczał kasety z Niebieskim, Czerwonym i Białym.

Mam osobiste wspomnienie z Kieślowskim - z klatki schodowej. Mieszkaliśmy w tym samym korytarzowcu na Czerniakowskiej w Warszawie (nie był jeszcze sławą). Lokatorzy zamieniali parę słów przy zsypie na śmieci, przy windach, które wiecznie się psuły, na schodach, przy wyprowadzaniu psów. Kieślowski miał kundelka.

"Gdzie pies?" - spytałam pewnego dnia, widząc go bez druha przy boku. Rozłożył ręce. Urodziła mu się córeczka, której pies nie tolerował. Zagrażał jej. Musieli go oddać.

Kieślowski budził w ludziach nieprawdopodobne zaufanie. Nie było w nim nic z brata-łaty; to było coś w oczach. Jakaś przychylność. Doszło do tego, że odważyłam się zwierzyć mu się przy zsypie z niebotycznych kłopotów ze starszym synem, który dostał małpiego rozumu w wieku dojrzewania.

"Mogę z nim porozmawiać, ale..." - i tu w kilku zdaniach przestawił moje myślenie (a w ślad za tym postępowanie) na zupełnie inne tory. Skuteczniejsze. Do dziś jestem mu wdzięczna.

Rzadka rzecz - wielki artysta i jednocześnie wielki po ludzku człowiek.

Warszawa, 29 marca 2006 r.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail