Przegląd Polski 19 maja 2006

Mój bohater wybiera
między dobrem a złem

Z Feliksem Falkiem rozmawia Aleksandra Słabisz

New York Polish Film Festival to trzeci - po Seattle i Los Angeles - tego rodzaju festiwal w Stanach Zjednoczonych, na którym Pan ostatnio był w związku z prezentacją Pańskich filmów. Jak Pan sądzi, czy warto organizować takie festiwale?

Tak, cieszę się, że istnieją takie inicjatywy - tu od dwóch lat, w LA od 7, a w Seattle od 14. Mamy wspaniałe produkcje w Polsce i myślę, że trzeba je propagować poza granicami kraju. Na wszystkich festiwalach zauważyłem jednak brak lub znikomy procent widowni amerykańskiej. Dla lepszej promocji naszego kina konieczne jest, aby zaprosić więcej Amerykanów. Zdaję sobie sprawę z tego, że jest to logistycznie i finansowo trudne, ale bez nich to takie granie samym sobie, w światku polonijnym.

Zresztą brak promocji sztuki polskiej dotyczy nie tylko kina. Zwiedzając muzea, galerie i wystawy, generalnie odczuwam niedosyt polskich nazwisk. Nie jesteśmy godnie reprezentowani w tutejszym świecie artystycznym, choć mamy wspaniałych artystów. Nie potrafimy się lansować.

Który z filmów prezentowanych na NYPFF ceni Pan najbardziej?

To bardzo trudne pytanie, na które reżyserzy zazwyczaj unikają udzielania odpowiedzi. Nie jest łatwo oceniać i wypowiadać się na temat twórczości kolegów.

Co w takim razie myśli Pan o współczesnej sytuacji polskiej kinematografii?

Uważam, że poziom polskich filmów wzrasta z roku na rok, i to nie tylko w sensie artystyczno-warsztatowym, ale przede wszystkim jeśli chodzi o zawartość myślową. Coraz częściej twórcy dobrze wiedzą, o czym chcą robić filmy; przyglądają się rzeczywistości i próbują o niej opowiadać.

Moim zdaniem na 25 filmów wyprodukowanych w tamtym roku, 4-5 filmów było godnych uwagi i prowokujących do dyskusji. To bardzo dobry wynik.

Mało tego, te współczesne dobre filmy są coraz częściej dostrzegane na festiwalach zagranicznych, a czasem mają większe uznanie niż w Polsce, gdzie ze smutkiem obserwuję dużą fascynację komediami romantycznymi i telenowelami. Oczywiście nie wszyscy za granicą potrafią we właściwy sposób odczytać przesłanie w nich zawarte, ale jest grupa kinomanów, która docenia ich kunszt artystyczny i zawartość myślową.

Dlaczego, Pana zdaniem, Polacy wolą kino łatwe?

Wszędzie tak się dzieje, nie tylko w Polsce. Polska teraz mało się różni od reszty świata pod tym względem. Dawniej było odwrotnie: większą frekwencją i zainteresowaniem cieszyły się filmy ambitne, i to nie tylko polskie, ale również zagraniczne.

W tej chwili na rynku polskim istnieje olbrzymia konkurencja ze strony filmów amerykańskich; około 90 procent projekcji i czasu antenowego to produkcje zza oceanu. W telewizji mamy dostęp do dużej liczby kanałów pokazujących kulturę w tanim proszku, tzn. rodzime telenowele, serialiki. Przedstawiają takie "żyćko", czyli życie polskie w spłaszczonym, choć realistycznym ujęciu. Jest to tandeta, choć nie najgorzej robiona, i z pewnością o niebo lepsza niż tasiemce południowoamerykańskie.

Natomiast komedie romantyczne cieszą się dużą popularnością, bo oddają te same problemy, co telenowele, a na dodatek grają w nich ci sami aktorzy. Takie przedłużenie telenoweli przyciąga widza.

Myślę, że ambitne kino jest, generalnie rzecz biorąc, zagrożone.

Wspomniał Pan, że robi się w Polsce filmy dobre i godne uznania. Ale co się dzieje z nurtem moralnego niepokoju, którego był Pan głównym przedstawicielem w latach 70. Czy widzi Pan jego kontynuację, czy może nadchodzi czas na nową generację kina moralnego niepokoju?

Przede wszystkim, co to było kino moralnego niepokoju? Różniło się od innych tym, że miało ostrzejsze spojrzenie na rzeczywistość. W dużej mierze było skierowane przeciwko systemowi, ale nie tylko; obnażało dwulicowość moralną społeczeństwa i jednostki.

Takiego rodzaju filmy nadal powstają, bo wciąż borykamy się z podobnymi problemami. Obecnie nie mówimy o kinie moralnego niepokoju, ale równie dobrze można by tak te filmy klasyfikować.

Przykładowo mój film - Komornik, ale również np. Wesele Smarzowskiego pokazują, że bez względu na charakter systemu i ustrój ekonomiczny, ciągle musimy zadawać sobie pytanie, jacy jesteśmy: czy jesteśmy uczciwi, czy działamy zgodnie z prawem, czy pomagamy ludziom, jak przebiega nasza kariera. Zmieniają się tylko okoliczności, fragmenty otoczenia, w jakim żyjemy, ale główne problemy zostają. Nieważne zatem, czy nazwiemy to kinem moralnego niepokoju, czy moralno-społecznym; to w zasadzie to samo. Dobre filmy teraz poruszają te same dylematy, co dobre filmy dawniej. Obie grupy cechuje uniwersalność i ponadczasowość.

Poczynając od "Wodzireja", Pańskie filmy tchną właśnie taką moralno-społeczną uniwersalnością. Czy jest to za każdym razem świadomy wybór, czy tak się po prostu dzieje, że powstaje idea, na jej podstawie film i okazuje się, że wpisuje się on w społeczne niepokoje?

Miewam różne okresy, a w różnych okresach mam też różne zainteresowania. Zrobiłem np. komedię o początkach kapitalizmu w Polsce - Kapitał, czyli jak zrobić pieniądze w Polsce, zrobiłem film o miłości na podstawie Iwana Bunina, a także film psychologiczny Daleko od siebie.

Jednak moje najbardziej znaczące filmy - te, które lubię robić i w których się najlepiej czuję, to są filmy społeczne, w których bohater ma wybór między dobrem a złem. Interesuje mnie rzeczywistość polska, która służy mi za pewną inspirację i tło do sporu na tematy uniwersalne.

"Komornik" to film dostrzeżony i wielokrotnie nagrodzony w Polsce i na festiwalach międzynarodowych. Dostał 7 Orłów, 6 nagród w Gdyni, wyróżnienie w Berlinie i polska kinematografia zgłosiła go do Oscara. Co stanowi o sukcesie tego filmu?

Film jest metaforą: opowiada o komorniku, ale jest to tylko pretekst do wielowarstwowych rozważań. Bohater ma do wyboru: iść w dobrym czy w złym kierunku; zmienić się czy nie; być człowiekiem uczciwym czy posłusznym. Przy czym ta uczciwość i posłuszeństwo w stosunku do prawa prowadzi do różnych nadużyć i krzywd moralnych, wyrządzanych innym ludziom. Wiele pytań można tutaj zadać i na wiele sposobów ten film interpretować. Myślę, że najważniejszym walorem Komornika, dostrzeżonym zresztą przez jury ekumeniczne w Berlinie, jest to, iż przedstawia proces przemiany człowieka zachodzący przez walkę w wyborze pomiędzy dobrem a złem.

Nie dla wszystkich jednak ten film, z jego wielowarstwową metaforą, jest czytelny. Aby dobrze rozszyfrować to przesłanie, trzeba w pewnym stopniu być zaznajomionym z rzeczywistością przedstawianą w filmie. Przeciętny widz amerykański miewa z tym problemy. Moim rozmówcom trudno było uwierzyć, że np.: w Polsce komornik może odciąć gaz czy prąd, jeżeli ktoś nie płaci rachunków. Taka agresywność zawodowa była dla nich szokująca i niehumanitarna. Ale myślę, że Amerykanie, którzy znają się na filmie, nawet nie znając przedstawianych tam realiów, potrafią dostrzec to, co w nim jest najważniejsze: czyli warsztat, przesłanie i wspaniałą grę aktorów.

Mówi się o "Komorniku", że to kontynuacja "Wodzireja", czy Pan podtrzymuje ten pogląd?

Mówi się. Ja sam nawet tak mówiłem, bo mnie zainteresował bohater Komornika, który jest w pewien sposób podobny do bohatera roku z Wodzireja. Cechuje ich podobny sposób zachowania, szybki rytm życia i trudności z wyznaczeniem wyraźnej linii moralnej.

W pewnym momencie jednak te podobizny się zacierają. Lutek w Wodzireju funkcjonował w innym systemie, szedł po trupach po to, by zabłysnąć na balu. Cel trochę marny, ale takie były czasy: ludzie walczyli o nieistotne rzeczy. Na tym polegała metafora Wodzireja.

Natomiast w Komorniku nie jest ważny cel, do którego Lucek dąży. Bardziej skupiamy się na sposobie, w jaki wykonuje swoją pracę, na jego uwikłaniu w mafijne układy korupcyjne, przyglądamy się, jak daje sobie z tym wszystkim radę. Komornik jest bardziej skomplikowaną metaforą niż Wodzirej, a bohaterowie, mimo że mają podobne cechy, są w gruncie rzeczy zupełnie inni.

Czy może Pan wyjawić swoje zawodowo-twórcze plany?

Prowadzę już daleko posunięte przygotowania do 4-odcinkowego serialu dla telewizji publicznej. To będzie pierwszy serial pokazujący stan wojenny w sposób inny niż dotychczas. Nie będzie to martyrologia, ale film psychologiczny, sensacyjny i trochę obyczajowy. Każdy epizod poświęcony jest innemu bohaterowi, ale w końcu drogi wszystkich czterech się krzyżują. Długo czekaliśmy na rozpoczęcie pracy nad serialem i miejmy nadzieję, że niedługo dojdzie do sfinalizowania projektu.

Dziękuję Panu za rozmowę.

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail