[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 2 czerwca 2006


EWA BERBERYUSZ

Kartki
ze skażonej strefy

Nie byłam zdziwiona, gdy już w nocy na warszawskim placu Piłsudskiego gromadziły się tłumy. Tam rano Benedykt XVI miał odprawić mszę, która geograficznie rzecz biorąc, miała być repliką tej z roku 1979, odprawionej przez Jana Pawła II. Gdzie padły słynne słowa: "Niech zstąpi Duch i odrodzi oblicze ziemi - pauza - tej ziemi".

Ludzie gromadzili się od wieczora; zbierało się na deszcz, było zimno. Starzy bojowcy pielgrzymkowi. Pogoda nie miała dla nich znaczenia. Mieli karimaty, składane krzesełka, parasole i skafandry. A nawet papierowe czapeczki, gdyby grzało. Nie grzało. Lało. Stali w tym deszczu jak gdyby nigdy nic.

Obiecywałam sobie, że na wizytę nie zerknę. Złościły mnie dwie sprawy: dokładna powtórka programu poprzednika - najbardziej denerwujące to okno w siedzibie metropolity krakowskiego, z którego Jan Paweł II zwykł dowcipkować nocą z młodzieżą siedzącą na trawie; to jego słynne: "Jakby się kto pytał, Franciszkańska trzy" - wymawiane z krakowska "czy". To okno, które po wiek wieków powinno być zarezerwowane wyłącznie dla Jana Pawła. Otóż teraz miał je zająć Benedykt. Zgroza!

No i denerwowało mnie, denerwowało strasznie - jak godzina policyjna w czasie okupacji - zamknięcie całego miasta dla ruchu. Plus prohibicja! Nie tylko w Warszawie: na całym Mazowszu. Wobec tego już poprzedniego dnia ludzie kupowali wódkę do północy i można się było spodziewać, że na uroczystość będą zalani. Nie byli. To pół miliona, które zalało plac Piłsudskiego, Ogród Saski i plac Teatralny trwało trzeźwe, uważne, zasłuchane. A deszcz lał.

Rozeźleni sceptycy, do których należę, zaczęli nazywać obecnego papieża B16 (Włosi podobno mówią papa-Ratzi) - właśnie ze względu na bezsensownie zakłócony tryb życia miasta, którego nigdy nie było podczas wizyt Jana Pawła.

I raptem ci sami ludzie - w tym i ja - zmienili zdanie. Stało się to już po pierwszym krótkim przemówieniu Benedykta w katedrze warszawskiej. Nikt się nie spodziewał, że wykaże się taką wnikliwością w określeniu obecnych naszych dramatów, wynikłych z przeszłości politycznej. Co prawda on sam ma w życiorysie zaszłość w postaci nazizmu, ale w porównaniu z naszym komunistycznym pięćdziesięcioleciem trzynastoletni hitlerowski porządek był epizodem.

Otóż papież Niemiec w swym pierwszym przemówieniu do nas nawoływał do ostrożności; przestrzegał przed dziką mściwością i potępieniem. Nie użył słowa "lustracja", ale czuło się, że ją właśnie ma na myśli. Przemówienie, aczkolwiek krótkie, było niezwykle treściwe. Zapytywani później duchowni, które wystąpienie papieskie wywarło na nich największe wrażenie, wskazywali na to pierwsze. Bo zwrócił się do nich wprost: czynił ich uważnym na manię budowlaną, na "biznesiarstwo", na fizyczną nadaktywność, która gasi nie tylko wymiar religijny, ale i autentyzm zachowań. Brak autentyzmu (padło to słowo) naszych księży. Dominikanin, ojciec Józef Puciłowski, komentując, odniósł je do wyniosłości naszego kleru: "Polscy księża w porównaniu z zachodnimi są nadęci" - powiedział. Szczera prawda. W słowach Benedykta wyraźnie można było odczytać, że postawy te są sprzeczne z Ewangelią. Powiedział to w sposób, który nikogo nie obrażał, ale nikt też nie miał wątpliwości, o co chodzi.

W sferze duchowej nawiązał do św. Augustyna. Gdyby chciał być taki swojsko-polski do końca, mógł sobie przyswoić i cytować jakiegoś wielkiego Polaka. Na przykład, Mickiewicza. Nauczycieli miał w bród. Nie zrobił tego. Przyjechał do Polaków, cieszył się nimi, coraz sprawniej władając językiem, podążył dokładnie tropem Jana Pawła, ale wykazał, że jest głową Kościoła powszechnego. Ktoś zauważył, że w jego słowach jest mniej kremówek i Barki, a więcej teologii.

Nawiasem mówiąc, "na papieża" przybyła do nas spora grupa Białorusinów. Konsulat polski wydawał wizy od ręki. Jeden z przybyłych powiedział: "Przyjechałem nie tylko na spotkanie z papieżem, ale również, żeby zobaczyć waszą niepodległość i to, coście z nią przez piętnaście lat zrobili...".

Joseph Ratzinger jako młody ksiądz był podobno liberałem (w znaczeniu europejskim), potem znaliśmy go jako "żelaznego kardynała", nieustępliwego stróża doktryny wiary. Baliśmy się, co to będzie, gdy zostanie głową Kościoła. Osobiście stawiałam na kardynała Martiniego, metropolitę Wenecji, postępowego i otwartego ekumenistę. Dla mnie - wzór kapłana współczesnych czasów. Stało się inaczej.

Wraz w objęciem tronu Piotrowego kardynał Ratzinger złagodniał i stał się bardziej tolerancyjny w najlepszym tego słowa rozumieniu. Doznał łaski, którą nazywam: mądrość starych ludzi. Obserwuję ją zresztą u wielu...

No i to pierwsze wrażenie, o którym wspomniałam, zrobiło swoje. Sprzeniewierzyłam się postanowieniu, że zignoruję wizytę. Od rana, w piątek 26 maja, w szlafroku i ze szklanką herbaty zasiadłam przed telewizorem.

Opinię o Benedykcie XVI już miałam i przestał mnie zadziwiać. Zadziwiały mnie tłumy. W Warszawie, Częstochowie i wieczorem w Krakowie. Do Częstochowy zjechała cała Polska. Niezliczone miasta i miasteczka. Jak okiem sięgnąć po horyzont - morze głów. Modląc się i śpiewając, czekali od rana. Gdy wreszcie pojawił się papież, krzyczeli bez końca: "Zostań z nami!". W odniesieniu do Jana Pawła miało to jakiś sens, tu wydało mi się bezmyślną powtórką. Mało! Sprzeniewierzeniem w stosunku do poprzednika.

W Piekarach Śląskich, słynnych z męskich pielgrzymek górników, zebrał się tłum, żeby pozdrowić papieża w powietrzu, w helikopterze, jeżeli ewentualnie zboczy w drodze do Krakowa, co wcale nie było pewne. A to, co stało się wieczorem na Franciszkańskiej, to był zupełny szał. Tłumy młodzieży, młodych małżeństw z małymi dziećmi, gniotło trawę, wpatrując się w znane okno i krzycząc: "Kardynale, wypuść papieża!". Gdy się wreszcie ukazał, zagłuszali go wiwatami, nie dając dojść do słowa.

Benedykt, już wyraźnie zmęczony, wdrapał się po podstawionej drabince i wygłosił parę słów po polsku. Ale pozostał sobą. Nie usiłował rozbawiać. Zresztą, jak? Przez cały czas odnosiłam wrażenie, że wszelka medialność, a rola papieża z natury rzeczy jest medialna, chociaż spełnia ją doskonale - przychodzi mu niełatwo. Że jest to Człowiek Księgi i nie publiczne pokazywanie się, ale zacisze gabinetu stanowi jego miejsce.

Końcowe zdanie Benedykta w oknie brzmiało: "Pozdrówcie swoje psiapsioły". Mimo postępów w polszczyźnie zdarzają mu się takie lapsusy. Tutaj, zebrani jakby nie zważali, robili swoje. To znaczy, krzyczeli: "Zostań z nami!", śpiewali Barkę i Sto lat. Skandowali "Benedetto" i "Kochamy cię!". Nie przeszkadzało im, że nie mogą nawiązać dialogu, jak z Janem Pawłem, że są pozbawieni jego humoru i powiedzonek. Nie zważając na zimno, zarywanie nocy przez dzieci, trwali, grzejąc się własną obecnością.

I to było właśnie zadziwiające. Zupełnie nie dziwiło przy Janie Pawle, który gromadził tłumy na całym świecie. Karol Wojtyła nosił w sobie charyzmę od małego. Joseph Ratzinger nigdy nie był - i nie jest - postacią charyzmatyczną. Wojtyła był tytanem; robił, co chciał. Potrafił zagłębić się w modlitwie w każdych okolicznościach i nic go więcej nie obchodziło. Benedykt zachowuje czujność, nawet gdy klęczy w sanktuarium, jest czujny. Jest świadom, że na niego patrzą.

Jaką więc naszą potrzebę spełniała ta masowa obecność? Nie łudźmy się, Polacy w codziennym życiu wcale nie są religijni w znaczeniu ewangelicznym. Mówiąc ogólnie, nie miłują siebie wzajemnie. Przeciwnie, mściwość i zawiść panują u nas w nadmiarze. Liczne protesty i manifestacje aż zieją tymi emocjami. Wieje od nich potrzebą walki i starcia. Ale nigdy nie gromadzą takich tłumów. W odróżnieniu od Amerykanów Polacy w zasadzie nie znoszą kolejek, przebywania w domach towarowych i w ogóle dużych zgromadzeń. Więc dlaczego?

Zadawałam sobie to pytanie, odrywając się na moment od telewizora, gdzie "szedł papież" niemal na wszystkich programach. Spoglądałam przez okno na ogródki zagospodarowane z pietyzmem przez mieszkańców parterów: bzy już zdechły, mimo przejmującego zimna ukazują się irysy, a w alejce opadają różowe kwiaty z kasztanowców, których w tym roku na szczęście nie zaatakowała szrotówka kasztanowiaczka...

Zadzwonił telefon: "Niewyobrażalne. Skąd te tłumy? To poświęcenie? Owszem, Benedykt jest w porządku, ale znowu żeby aż tak?" - mówili znajomi. Myśleli o tym samym, co ja.

Najsensowniejsze uzasadnienie zjawiska, moim zdaniem, znalazł mój syn, Kuba. Ludzie gromadzą się "na papieża" tak masowo, cierpiąc trudy i niewygody godzinami, ponieważ wreszcie nie jest to spotkanie antagonistyczne. W pracy panuje ciągła rywalizacja i antagonizm; w protestach, manifestacjach i strajkach - podobnie. Młodzież Wszechpolska przeciwko gejom, ekologom i lewicowcom, i tak dalej, i tak dalej... Polacy nie mają wbudowanej w siebie potrzeby sukcesu w tym stopniu, co na przykład Amerykanie. Dążność do sukcesu w zasadzie ich męczy i złości. Spotkanie z papieżem jest pozbawione tych elementów. Tu wszyscy są równi. Babcie i młodzi, wykształceni i prości. Nikt nikogo nie pyta o przeszłość. Mogą sobie pozwolić na wzajemne miłowanie, bez podejrzliwości i antagonizmu. Jakie to wspaniałe! Szkoda, że tylko na chwilę!

Tu się zatrzymam. Nie będę czekała na Kraków i Auschwitz. Chcę, żeby tekst doszedł na czas i się nie zestarzał.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail