Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Aromaty
Wielkiego Jabłka
Od kilku dni jestem w Nowym Jorku, owym mitycznym i nierealistycznym, szalonym i natchnionym, głośnym i nieznośnym, monstrualnym i teatralnym, diabelskim i anielskim zarazem i jednocześnie mieście. Nadgryzione przed pięciu już prawie laty Wielkie Jabłko wcale nie zgniło i nie opustoszało, a jakby nabrało jeszcze większego wigoru i bogatszych kolorów. Owszem, Manhattan wygląda jakby wybito mu dwa siekacze, a dziura po World Trade Center zieje pustką nie do wypełnienia, bo cokolwiek tu stanie, to i tak będzie tylko atrapą, plombą, Pomnikiem Poległych Drapaczy. Życie dookoła tego miejsca toczy się jakby na przekór złu - z takim samym, nieznanym nigdzie indziej w świecie rozpędem, energią i optymizmem. Co ciekawsze, porządkuje sprawy, związuje porwane wątki i rozwiązuje zagadki (wyłączając krzyżówkę u Barbary i Bogusława Barańskich przy Kościelnej w nieodległym Nutley, NJ). Poza tym urzekają kolory o zmierzchu, gdy zapalają się światła w drapaczach chmur na Manhattanie i lampy na linach wiszących mostów, w tym prawdziwej bramy do nieba, od wczoraj mojego ulubionego Verrazano Bridge, statków wycieczkowych i Statuy Wolności, a turkusowa woda marszczy się pod wieczorną bryzą od Atlantyku.
Chodzę i jeżdżę po ulicach Nowego Jorku, a w uszach pobrzmiewają mi wciąż groźne, wręcz profetyczne słowa piosenki Leonarda Cohena First we take Manhattan, mieszając się ze słowami piosenki Edwarda Stachury: Nie brooklyński most/ Lecz na drugą stronę głową przebić się/ Przez obłędu los/ To jest dopiero coś. Mieszkańcy tego mitycznego i zdemitologizowanego zarazem Miasta Wszystkich Miast żyją z bardzo realistyczną, przyczajoną jak napastnik w ciemnym zaułku świadomości obawą o następny atak. Tego się na ulicach nie wyczuwa, nie widać podwyższonej gotowości bojowej, patroli wojskowych - jak choćby w Jerozolimie - ale każdy stały mieszkaniec czy turysta wjeżdża do nowojorskich tuneli z niedającym się wymazać z podświadomości pytaniem: a co będzie, gdy ta ciężarówka przed nami, albo ten pasażer obok nas naraz eksplodują...
Gdy kilka dni temu wjechałem na taras 15. piętra hotelu Hudson, nieswojo poczułem się dopiero wtedy, gdy wyjrzałem poza barierkę w dół, na zbieg 9 Avenue i 57 Ulicy, z olbrzymią Hudson River w oddali. Świeciło jaskrawe słońce, przeglądając się w okularach dziewczyny opalającej się na zielonym leżaku oraz w dwóch szklanych wieżach AOL Time Warner po drugiej stronie hotelu, przy 58 Street. Gdy przed 50 laty z tego tarasu leciał głową w dół, usiłując przebić się przez obłędu los Jan Lechoń, nie było na świecie i w tym mieście ani tej dziewczyny, ani szklanych wież, a westybul hotelowy nie miał szklanego zadaszenia zasłanego zielonym dywanem roślinności. Były te same, ciemne mury, małe hotelowe okna i otwarta przestrzeń zapraszająca do lotu. Były też niesprawdzone informacje i domysły w przeróżnych drukach zwartych, skazujące Lechonia na skok z hotelowego okna, raz z 11., innym razem z 14. piętra. Tymczasem był to taras na 15.
Następnego dnia pojechaliśmy do Amerykańskiej Częstochowy w Doylestown w Pensylwanii, gdzie w Sanktuarium Matki Bożej Jasnogórskiej zakonu ojców paulinów odsłonięto tablicę pamiątkową poświęconą Janowi Lechoniowi dłuta Andrzeja Pityńskiego. Podobizna Leszka Serafinowicza zawisła obok płaskorzeźb poświęconych Ignacemu Paderewskiemu, Krzysztofowi Kamilowi Baczyńskiemu, powstańcom warszawskim oraz ofiarom Katynia. Najciekawiej mówiła o poecie jego najlepsza badaczka, Beata Dorosz z Instytutu Badań Literackich w Warszawie. "Tu, w Amerykańskiej Częstochowie, Jan Lechoń będzie nas uczył, jak szanować prawdziwe wielkości narodowe, bo my, Polacy, nader często (...) zdolni jesteśmy podeptać każdą wielkość". Pani Beata dała następnie odpór współczesnym Katonom "wątpiącym w słuszność hołdu", "odkrywcom internetowych sensacji, fałszerstw i półprawd". Stróżom moralności zadedykowała ewangeliczną przypowieść o jawnogrzesznicy z morałem: że nawet w procesach beatyfikacyjnych Kościół nie próbuje udowodnić, że ktoś był bez grzechu, ale stara się pokazać, jak się z grzechu podnosił.
Jan Lechoń został w Amerykańskiej Częstochowie podniesiony z 57 Street - i wywyższony. Będąc ofiarą przewlekłej depresji i tarasu na 15. piętrze hotelu Hudson, w pół wieku później spogląda jasnym wzrokiem w kierunku sanktuarium. A badaczka potwierdza, że to był taras, a nie okno, gdyż Lechoń w hotelu nie mieszkał, a jedynie zjadł na dole lunch i zanim znajomy reżyser zdążył zapłacić rachunek, poeta zamykał swoje ziemskie konto na zawsze...
Nowy Jork, jak żadne z miast, zmusza do porządkowania spraw, wiązania wątków i rozwiązywania zagadek, mających wiele wspólnego z Czarną Dziurą z krzyżówki przy pysznych bakłażanach u Barbary i Bogusława w Nutley.
9 Avenue na Manhattanie i 8 Avenue w Sea Cliff, gdzie Lechoń na początku pobytu w Stanach Zjednoczonych mieszkał, dla mnie bliskie są nie tylko nazwami ulic. Nowy Jork wiąże wątki, ma taką siłę: przyjechałem tu na zaproszenie p. Pawła Wosia, mieszkającego w Sea Cliff...
| |