Przegląd Polski 5 stycznia 2007

Kartki ze skażonej strefy

EWA BERBERYUSZ

Przeczytałam w tygodniku Wprost artykuł pod tytułem "Polska femme fatale", o żonie Rydza-Śmigłego. Nie tyle interesują mnie losy tej pani, najwyraźniej awanturnicy polityczno-seksualnej, co rewelacje z ostatnich lat ówczesnego naczelnego wodza. Autor przedstawia go jako polskiego Quislinga in spe, "kombinującego" wraz z Leonem Kozłowskim (dezerterem z armii Andersa), żeby razem z Niemcami stworzyć coś w rodzaju polskiego rządu i ruszyć na "Bolszewię". Według tej wersji Rydz-Śmigły po przedarciu się do Polski został jakoby aresztowany z rozkazu płk. Emila Fieldorfa, nie umarł wkrótce i nie został pochowany na Powązkach, co nam powszechnie wiadomo, ale żył nadal potajemnie i umarł dopiero w Otwocku, gdzie leczył się na gruźlicę. Tamże napisał pamiętnik, który zaginął. Tyle w skrócie artykuł.

Wiadomo na pewno, że Rydz-Śmigły przedarł się z Rumunii via Węgry i Tatry (z pomocą najlepszego ówczesnego przewodnika, Stanisława Marusarza) do Polski. Zamelinowany w zaprzyjaźnionym domu przy ulicy Sandomierskiej na warszawskim Mokotowie, usiłował nawiązać kontakt z władzami Polski Podziemnej. Bez rezultatu. Pełen poczucia winy za Wrzesień, odtrącony i schorowany, wkrótce zmarł na serce. Pochowany potajemnie na Powązkach.

Taką wersję potwierdził Jerzy Giedroyc. Miał do niego sentyment. Jako do odważnego żołnierza w typie raczej zagończyka niż stratega. Uważał Rydza za postać tragiczną, za człowieka, którego sytuacja przerosła. Gdy mu powiedziałam, że na grobie marszałka zawsze palą się świeczki, ucieszył się. Żonie jego adiutanta, którą odnalazł w Polsce, pomagał finansowo.

Nie ma świadków ostatnich lat Śmigłego. Nie pozostały też żadne dokumenty. Nie wiadomo więc, na jakiej podstawie opiera swą opowieść autor artykułu we Wprost, historyk (jak podaje) Dariusz Baliszewski.

Złapałam go na błędzie: pisze, że pierwszy mąż niedawno zmarłej córki Andersa miał na imię Jan. Nieprawda, miał na imię Bernard. Drobna rzecz, ale historykowi taka pomyłka nie powinna się przytrafić.

Artykuł ten ukazał się w numerze bożonarodzeniowym tygodnika. Na okładce piękna reprodukcja obrazu Gerrita van Honthorsta Pokłon pasterzy, a w środku brudna sensacja szkalująca człowieka i tak już w opinii publicznej sponiewieranego.

Dlaczego o tym mówię? Ponieważ publikacja jest jednym z wielu uderzających jak lawina, publicznych donosów. Puszkę Pandory otworzyła sławetna lista Wildsteina, i poleciało...

Dzika lustracja zamiast czego? - pytam. Jedyne, co się nasuwa: zamiast dobrych rządów. Pomówienia i donosy doskonale odciągają uwagę społeczeństwa od ważnych spraw, zwłaszcza gdy dotyczą znanych osób.

Powstanie Instytutu Pamięci Narodowej ludzie przyjęli z entuzjazmem. Spodziewano się, że będzie to placówka nie tyle czyszcząca (złe skojarzenia), co czysta. Na wskroś czysta i rzetelna. Pierwszego dyrektora, profesora Kieresa, Tygodnik Powszechny uhonorował medalem pogromcy smoka wawelskiego. Był symbolem kogoś, kto czyni dobro, kto ocala. Niestety, IPN poszybował w stronę sensacyjnych, często krzywdzących doniesień, a profesor Kieres całkiem się w tym wszystkim pogubił. Obecny szef IPN-u Janusz Kurtyka jest człowiekiem panującej władzy i jej powolnym narzędziem.

Nie przeczę, że w IPN-ie pracuje wielu uczciwych i kompetentnych profesorów, jak np. Andrzej Friszke czy Andrzej Paczkowski. Ocalają od zapomnienia to, co powinno być zapamiętane. Ale prócz nich kręci się tam sfora "młodzieniaszków" niemających pojęcia o czasach, które badają; zajadłych, krzyczących "misja!" i niepomnych, że misja ta źle służy społeczeństwu.

Na szczęście ludzie mają już tego dosyć. Oponują przeciwko ignorancji badaczy i ich zacietrzewieniu. Pierwszy dał temu wyraz Benedykt XVI. Podczas wizyty w Polsce w wystąpieniu do duchowieństwa przestrzegał przed pochopnym, mściwym wyrokowaniem. Prymas Glemp mówił na pasterce o mrocznych ipeenowskich półkach z mrocznymi teczkami. Pytał, jakie psychiczne potrzeby archiwistów spełnia wyciąganie ich selektywnie na światło dzienne?

Arcybiskup Gocłowski z Gdańska nazwał ultraprawicową Gazetę Polską gadzinówką. Gazeta ta, nie podając źródeł ani dowodów, oskarżyła biskupa Stanisława Wielgusa, mającego właśnie objąć metropolię warszawską, o współpracę z SB. Dziką lustrację określił jako zemstą komunizmu zza grobu.

Kiedy pisałam książkę-wyznanie, bardzo osobistą, zahaczającą o pięć epok, w których danym mi było żyć, gruchnęła lista Wildsteina. Rozhulała się sprawa teczek. Dałam więc książce tytuł Moja teczka, chociaż z ubeckimi teczkami niewiele miała wspólnego. Uważałam, że tytuł będzie "pokupny". Jakże się myliłam! Ludzie biorą książkę do ręki w księgarni, oglądają i mówią: "Niee, teczek to ja już mam dość".

***

Określenie wykształciuchy wymyślił wicepremier i minister Ludwik Dorn, jeden z najlepiej wykształconych ludzi w ekipie PiS-u. Populistycznym władcom wykształciuchy niepotrzebne, bo przeszkadzają w swobodnym manipulowaniu masami.

Tymczasem wykształciuchów, czyli po prostu inteligencję, należałoby przytulić do łona, chuchać i dmuchać, żeby nam się nie przeziębiła. Bo jest jej mało. Zadziwiająco mało mamy ludzi naprawdę światłych, kompetentnych i zarazem ideowych.

Najwięcej ich w Platformie Obywatelskiej. Wyciągamy do niej ręce jak do deski ocalenia. Powinno być to dla PO wyzwaniem. A jednak nie jest: gnuśnieje w oczach. W arcyważnych momentach dla życia kraju - śpi. Przykład: nie zmobilizowała swoich posłów, żeby stawili się na sali sejmowej i obalili poprawkę posła Jurgiela (PiS) do ustawy o polityce rozwoju, w której udzielono wojewodzie (a więc urzędnikowi centralnej władzy) arbitralnego prawa weta wobec inwestycji samorządów. Podczas głosowania zabrakło 23 platformiaków! Poprawka przeszła jednym głosem. Teraz pisowski wojewoda może zablokować realizację każdego samorządowego projektu finansowanego przez Unię Europejską. Nawet najgorliwszy sympatyk Platformy trudno wybaczy takie zaniedbanie.

Wielu ludzi sądzi (w tym ja), że strategicznym grzechem PO jest śmiertelny lęk przed pomówieniem jej o konszachty z lewicą. Tymczasem powinna pójść z Borowskim i Onyszkiewiczem. Alians ten podjęli Demokraci, niestety, za późno.

W swoim czasie Józef Piłsudski schwycił międzynarodową szansę i wykorzystał ją w naszej sprawie. Dziś nadarza się też wyjątkowa okazja wykorzystania funduszy europejskich. Ale niestety nie chwytamy planu Marshalla, który wpada nam w ręce.

Jeżeli Platforma nie weźmie się w garść, grozi nam druga kadencja rządów Kaczyńskich. Brr!

***

Ostatnio uwagę przykuła przyszłość narodowego ulubieńca, Kazimierza Marcinkiewicza. Popularność zdobył jako premier wdziękiem i, powiedziałabym, zalotnością. Krótko to trwało, bo go Jarosław Kaczyński zdjął z premierostwa i postawił na komisarza Warszawy, w przyszłości miał zostać jej prezydentem. Tak się nie stało. Wybory prezydenckie w stolicy wygrała Hanna Gronkiewicz-Waltz. Marcinkiewicz został na lodzie. Do rządu, którym nie tak dawno rządził, wejść nie chce. Grymasi. Może Narodowy Bank Polski? Śmiech na sali! Do niedawna nauczyciel fizyki w szkole w Gorzowie Wielkopolskim, bez odpowiedniego wykształcenia i doświadczenia ma objąć w pewien sposób najważniejsze stanowisko w kraju?! Ktoś podniósł kwestię braku znajomości języków. Jego okrzyk z figurami "Yes, yes, yes!", którym czarował publikę, nie wystarczy. W bankach tej skali nie rozmawia się przez tłumaczy. Ale można zawsze zostać doradcą. I tak się stało. Kazimierz Marcinkiewicz będzie doradzał pełniącemu obowiązki prezesa banku PKO BP.

***

Mnóstwo wydarzeń w związku z 25-leciem wprowadzenia stanu wojennego. Podobało mi się wspomnienie Stefana Niesiołowskiego (tego, co przed laty chciał wysadzić pomnik Lenina w Poroninie). Zaprawiony długoletnim więzieniem, nie bał się w chwili zatrzymania 13 grudnia 1981roku. Zapakowano ich do suk i wiozą długie godziny. Zmarzli na kość. O świtaniu zobaczyli, że są w środku ogromnego lasu. "Wtedy pomyślałem 'źle' - mówi Niesiołowski. - Szturchnąłem Bierezina i powiedziałem: - Ale grobu kopać nie myślę...".

Janusz Głowacki w tym samym czasie w Londynie: "Od tego dnia zaczęła się moja kariera literacka".

Powraca sprawa nieosądzonych do dziś zabójców z kopalni "Wujek"; staje wniosek o degradację Jaruzelskiego. Tak, to pasuje do tej ekipy, widowiskowe.

Ale ja wciąż pragnę czego innego, znacznie praktyczniejszego. Chodzi mi o zniesienie emerytur mundurowych. Dysproporcja między mundurowymi a naszymi skrzeczy. Kapral-sprzątaczka z MSW ma wyższą emeryturę niż np. inżynier. Za tę samą wysługę lat.

Czesi znieśli ten przywilej z miejsca. Byłam wtedy w Czechosłowacji i pamiętam, jak prezydent Havel w pogadankach telewizyjnych tłumaczył to rodakom w sposób najzupełniej nie mściwy, ale pragmatyczny. Bo tak należy.

Dziś myśl moja powraca do Giedroycia i Kisielewskiego. Brakuje mi ich głosu.

Warszawa, 28 grudnia 2006 r.

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail