Przegląd Polski 12 stycznia 2007
- "Wybrałem miejsce na ziemi" - Edward Zyman
- Koleje pracowitego życia - Z profesorem Jerzym Krzyżanowskim rozmawia Czesław Karkowski (cz. II)
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Koleje pracowitego życia
Z profesorem Jerzym Krzyżanowskim rozmawia Czesław Karkowski (cz. II)

Nie tylko w Pana przypadku młodość skończyła się szybko - nadeszła wojna...
Wakacje 1939 r. spędziłem na obozie przysposobienia wojskowego, co było obowiązkowe dla wszystkich uczniów, którzy ukończyli pierwszą klasę licealną. Natomiast w sierpniu pojechałem wraz z moim ojcem na Huculszczyznę.
Na wiadomość o zbliżającej się wojnie, która była powszechnie spodziewana, mój ojciec wrócił do Warszawy, a ja po drodze wysiadłem w Lublinie. Nazajutrz zameldowałem się w Komendzie Przysposobienia Wojskowego. Przydzielono mnie do drużyny pełniącej służbę wartowniczą na moście kolejowym za miastem przy rzeźni miejskiej i przez następne parę dni ubrany w wojskowy płaszcz, furażerkę, z karabinem z pięcioma nabojami stałem na tym moście i wysłuchiwałem bardzo nieprzyjemnych komentarzy pod moim adresem ze strony wiejskich bab, które chodziły tamtędy do miasta z nabiałem. A tymczasem groźny pan wartownik, mający niespełna 17 lat, nie pozwalał przechodzić przez most, wobec czego zadzierały spódnice i w bród przechodziły niewielką rzeczkę pod mostem.
W nocy z 31 sierpnia na 1 września zostałem odkomenderowany z powrotem do Komendy Przysposobienia Wojskowego. Wróciłem do domu i tam z radia dowiedziałem się, że wybuchła wojna. Przebrałem się więc w mundur harcerski i zgłosiłem się do służby. Powiedziano mi, że będę pełnił funkcję gońca, roznosił rozkazy, meldunki i polecenia po mieście, ale na razie mam czekać.
W ten sposób minął bez większych wydarzeń 1, natomiast 2 września po raz pierwszy usłyszałem nieznany mi dotychczas gwizd spadającej bomby. Na cmentarz znajdujący się kilkaset metrów od Domu Żołnierza spadły dwie pierwsze bomby, wyrzucając w górę trumny, szczątki ludzkie, fontanny ziemi.
Był to dla nas prawdziwy początek wojny. Zostałem skierowany do Komendy Policji Państwowej i tam przez następne parę dni znowu pełniłem funkcję gońca, bardzo zresztą potrzebną, dlatego że już w ciągu następnych czterech, pięciu dni przez Lublin zaczęły przejeżdżać masy uchodźców. Ludzi tych trzeba było zakwaterować, poinformować, załatwić im zaopatrzenie, innymi słowy - spełniać obowiązki gospodarza miasta.
Pełniłem tę funkcję gdzieś do 11 czy 12, kiedy z przemęczenia i brudu rozchorowałem się. Musiałem wrócić do domu, gdzie przeżyłem największe bombardowanie Lublina. W jego wyniku śródmieście zostało w poważnym stopniu zniszczone.
Kiedy 16 września rozpoczęła się artyleryjska kanonada, ponieważ Niemcy podchodzili już pod miasto, razem z ojcem, który wcześnie z kilkoma kolegami z uniwersytetu zjawił się w Lublinie, zgłosiłem się do samorzutnie organizującej się obrony miasta i przez pierwszy dzień w tamtejszym Ogrodzie Saskim ładowaliśmy amunicję do taśm karabinów maszynowych, przywoziliśmy zaopatrzenie, a potem mój ojciec wycofał się, ja zaś wziąłem udział w największych walkach, które właściwie toczyły się już na ulicach przedmieścia.
Wieczorem 17 września, wobec daremności tej rozpaczliwej obrony, samorzutnie sformowany batalion został rozwiązany, wielu kolegów harcerzy ruszyło na wschód, nie wiedząc o tym, że tam wkraczają Rosjanie. Ja wróciłem do domu i tak zaczęła się dla mnie niemiecka okupacja.
Cała nasza harcerska drużyna skrzyknęła się w ciągu paru następnych dni i jednym z pierwszych zadań, jakie sobie postawiliśmy, było wyniesienie ze szkoły wszystkich cennych rzeczy, aby je ochronić przed zarekwirowaniem.
A jak Pan chronił siebie?
Znalazłem tymczasową pracę jako bibliotekarz w Banku Rolnym. Chodziło o to, aby na pierwsze dni okupacji zapewnić sobie jakieś dokumenty, które dawałyby pozory zatrudnienia.
Przeżyłem też pierwsze aresztowanie; 9 listopada (przed Świętem Niepodległości) Niemcy urządzili masowe aresztowania wśród inteligencji, przede wszystkim profesorów Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego i pracowników sądu, a ja przechodząc koło gmachu Sądu Okręgowego przypadkiem wpadłem w obławę. Po paru godzinach mnie i moich rówieśników wypuszczono. Pozostałych zatrzymano, a wielu z nich w ciągu paru dni rozstrzelano.
Pierwsza wojenna zima była ciężka, mroźna, śnieżna. Szkołę zamknięto. Wiosną 1940 r. zaczęły się łapanki. Niemcy urządzali obławy przy wyjściu z kościołów, w parkach. Chwytali ludzi i wywozili ich na przymusowe roboty do Niemiec. Żeby tego uniknąć, trzeba było mieć "mocne papiery", które pozwoliłyby pozostać w mieście. Znalazłem więc zatrudnienie pod Lublinem, zacząłem pracować w miejscowej leśniczówce.
Po upadku Francji, kiedy zorientowaliśmy się, iż wojna nie skończy się szybko, postanowiłem znaleźć pracę trwalszą, a zarazem lepiej płatną. Znalazłem taką w warsztacie samochodowym, gdzie przez następne trzy lata pracowałem przy obsłudze przede wszystkim wozów firmy Auto Union. To był niemiecki koncern, który produkował znane dzisiaj Audi i inne modele, w tym małe DeKaWu. Wozów tych było bardzo dużo, bowiem w Lublinie zorganizowano centralę naprawy i obsługi samochodów. Wszystkie warsztaty w mieście podporządkowano tej centrali.
Pracowało w nim wielu chłopców mego pokolenia, nic dziwnego więc, że bardzo prędko wciągnięto mnie do harcerskich Szarych Szeregów, których cały pluton był w naszym warsztacie. Już od 1941 r. siedziałem dosyć mocno w konspiracji.
Praca była o tyle ważna nie tylko dla mnie, ale i dla konspiracji, że przez nasz warsztat począwszy od 1941 r., tj. od wybuchu wojny Niemców z ZSRR, przeciągały setki aut jadących na wschód czy wracających stamtąd. Można było więc zbierać najrozmaitsze bardzo ważne informacje, począwszy od znaków dywizyjnych, a skończywszy na plotkach usłyszanych od żołnierzy.
Ale poza warsztatem, konspiracją i domem było jeszcze miasto. Od niego nie mógł Pan przecież się odgrodzić.
Lublin stał się poniekąd centrum niemieckiego terroru. Tuż przed 11 listopada urządzono pierwszą w Polsce uliczną łapankę, aresztowano profesorów KUL-u i przedstawicieli inteligencji, z których wielu wkrótce potem rozstrzelano, m.in. wojewodę lubelskiego Jerzego de Tramecourta. Zjechał też do Lublina i urządził sobie kwaterę w gmachu naszej szkoły słynny Odilo Globocnik, na długi czas przed Eichmannem główny wykonawca planu eksterminacji Żydów.
Latem 1941 r., idąc do pracy, zobaczyłem na ulicy czarnego mercedesa kabrioleta, w którym siedział Heinrich Himmler, łatwy do poznania, gdyż znany z wielu fotografii. Nie było to przyjemne spotkanie, tym bardziej że jak się nieco później zorientowałem, jechał na inspekcję podmiejskich pól wsi Majdan Tatarski, gdzie zaczęto budować późniejszy obóz - Majdanek.
Warsztat samochodowy, w którym pracowałem, znajdował się w pobliżu drogi na Majdanek, toteż byłem stale świadomy istnienia obozu, zwłaszcza w listopadzie 1943 r., kiedy pobliską ulicą pędzono tam 18 tysięcy Żydów. Obserwowaliśmy ten pochód w przerażonym milczeniu, nawet kierujący warsztatem Niemiec wyszedł przed bramę i wraz z wszystkimi mechanikami patrzył na tę długą, tragiczną kolumnę. Wiedzieliśmy wszyscy, dokąd ich prowadzą, a już nazajutrz nad miastem unosić się zaczął dotkliwy zapach palonych ciał, nie pozostawiając wątpliwości co do losu nieszczęśników.
Do widoku Żydów w polskich mundurach byliśmy przyzwyczajeni, gdyż niedaleko centrum miasta znajdował się obóz pracy dla Żydów-jeńców Wojska Polskiego. Przez długi czas, do połowy 1943 r., chodzili po mieście, nieraz bez konwoju, i wykonywali różne roboty polowe. W obozie dla Żydów-jeńców WP znalazł się artysta rymarz Jacob Frank, który szył dla Himmlera jego słynne skórzane płaszcze. Swoje wspomnienia wydał w książce pt. Himmler's Jewish Tailor (2000 r.). Otwarte też było getto ulokowane w dawnej dzielnicy żydowskiej na Starym Mieście, dopiero pod koniec 1942 r. rozkazem Globocnika zamknięto wstęp dla Polaków, a po likwidacji getta zaczęto przydzielać tam pożydowskie mieszkania.
Miasto miało też wydzieloną dzielnicę dla Niemców, coraz liczniej przyjeżdżających z bombardowanej Rzeszy. Czynne były sklepy i lokale Nür für Deutsche, podczas gdy wiele polskich restauracji i kawiarni miało wywieszki zabraniające do nich wstępu umundurowanym Niemcom. Dzięki temu istniały enklawy, gdzie można było czuć się swobodnie. Podobnie miała się sytuacja z Ogrodem Saskim - raz był dla Polaków otwarty, raz zamknięty, najczęściej jednak wstęp był otwarty dla wszystkich.
Mimo to żyło się w ciągłej obawie ulicznych łapanek, wywózki do pracy przymusowej w Niemczech. Trzeba było mieć dobre dokumenty chroniące przed taką ewentualnością.
Jedną z plag dotkliwie uderzających w moje pokolenie był przymus wstępowania do Służby Budowlanej (Baudienst), używanej przez Niemców do ciężkich robót. Od poboru chroniła tylko praca w wybranych instytucjach uznanych przez Niemców za potrzebne dla obronności. Moje zatrudnienie w warsztacie samochodowym dawało poczucie względnego bezpieczeństwa, podczas gdy wielu moich rówieśników nie mogło się od tej służby wybronić. Wkrótce jednak powstały tam komórki Armii Krajowej i w wielu przypadkach Służba Budowlana była przykrywką konspiracji.
Ulicznych egzekucji, poza jedną, Niemcy nie urządzali, często natomiast widziało się policyjne auta jeżdżące między siedzibą gestapo a więzieniem na Zamku, gdzie w straszliwych warunkach trzymano kilkuset więźniów. Tuż przed wycofaniem się z miasta, w końcu lipca 1944 r., więźniów tych bezlitośnie wymordowano, co nie przeszkodziło Rosjanom w uruchomienia w tym samym miejscu więzienia w ciągu paru tygodni po "wyzwoleniu" Lublina.
Porozmawiajmy więc o działalności konspiracyjnej.
Nauczyłem się dosyć szybko niemieckiego i moja praca, poza oficjalną, polegała na sporządzaniu meldunków, które przekazywałem starszemu koledze z konspiracji. Była to robota bardzo fascynująca, choć niepozbawiona niebezpieczeństw; kilku moich kolegów aresztowano, kilku musiało uciekać z miasta; pod koniec 1943 r. jednym z kanałów ucieczki stała się partyzantka.
Lubelszczyzna obfitowała w oddziały partyzanckie, które zorganizowały się najpierw samorzutnie, a później z rozkazu Komendy Okręgu - w związku z próbami zniemczenia Zamojszczyzny. Tam też właśnie szły zorganizowane oddziały, które walczyły z Niemcami.
Dla mnie, wówczas 17-18-latka, partyzantka brzmiała bardzo romantycznie. Nie pozwalano mi na "pójście do lasu" aż do początków 1944 r., gdy zaczęły się na Lubelszczyźnie bardzo silne walki z partyzantami, kiedy rejon ten został włączony do planu zrzutów z Zachodu, które miały dostarczać zaopatrzenie, broń i instruktorów.
W końcu dostałem zezwolenie i trafiłem do oddziału przeznaczonego właśnie do odbioru zrzutów lotniczych. Był duży, liczył ok. 120 ludzi świetnie uzbrojonych; ze zrzutów zatrzymywaliśmy część uzbrojenia, a nawet mundury. Był to okres nadzwyczaj ciekawy, napisałem o nim nawet książkę wspomnieniową U Szarugi; cieszyła się sporym powodzeniem, ostatnio miała nawet drugie wydanie.
Kiedy pod koniec lipca 1944 r., wobec zbliżającego się frontu Niemcy zaczęli się wycofywać, nasz oddział dostał rozkaz zajęcia lotniska Świdnik pod Lublinem i przygotowania go na ewentualne lądowanie alianckich samolotów. Dziś pomysł ten wydaje nam się całkowicie nierealny, ale należy pamiętać, że w kraju naprawdę nie mieliśmy pojęcia, co się w wielkiej polityce dzieje; nie widzieliśmy nic, że Polska została oddana w sferę wpływów sowieckich.
Ja dostałem rozkaz dowiezienia właśnie na to lotnisko (kiedy zostanie zajęte) oficera, który był specjalistą od działań lotniczych na Okręg Lubelski. Trzykrotnie przeprowadzałem go przez linię frontu; linia ta falowała: raz byli Niemcy, raz Sowieci. Udało nam się dotrzeć do Świdnika, gdy już był zajęty przez Armię Czerwoną. Dowiedzieliśmy się, że Sowieci bezpardonowo rozbrajają oddziały AK. Schowaliśmy mundury, dostaliśmy cywilne ubrania i pomaszerowaliśmy do Lublina, także już zajętego przez Rosjan.
I jak się Pan odnalazł w nowej okupacji?
W mieście zaczęły się aresztowania i łapanki uliczne, jak za okupacji niemieckiej. Razem z naszym dowódcą uradziliśmy, że najbezpieczniej będzie wstąpić do wojska, tym bardziej że podlegaliśmy rozkazowi mobilizacji. I w ten sposób w sierpniu 1944 r. znalazłem się w 8. Dywizji Piechoty 2. Armii Wojska Polskiego, dowodzonej i całkowicie opanowanej przez Rosjan.
Lata konspiracji, pracy w warsztacie, a potem partyzantki utrwaliłem później w dwóch powieściach. Pierwszą przyjął do druku redaktor Bolesław Wierzbiański. Była to Diana wydana w 1986 r., a niejako dalszym jej ciągiem była Ariadna, wydana w Polsce w 1998 r. Obie te powieści zawierają dosyć duży wątek autobiograficzny, natomiast trzecia powieść, która dopełniała dzieje bohatera, umiejscowiona została współcześnie w Kanadzie i wydana została w Instytucie Literackim przez Jerzego Giedroycia.
Po wstąpieniu do wojska zaliczono nam konspiracyjny kurs podchorążówki i prawie wszyscy otrzymaliśmy stopnie oficerskie. 8. Dywizja Piechoty stacjonowała na Podlasiu w miejscowości Mordy na wschód od Siedlec i zaczynała swoje działanie w bardzo prymitywnych warunkach. Cała 2. Armia, podobnie jak 1., były całkowicie kontrolowane przez Rosjan. Do nas, byłych partyzantów AK, odnoszono się bardzo nieufnie, a kiedy w październiku 1944 r. zaostrzył się kurs polityczny w Lublinie, pierwsze uderzenie poszło właśnie w naszą stronę. Zaczęły się aresztowania wśród moich kolegów, a 6 listopada spotkało to także i mnie.
Była to bardzo poważna sprawa; ośmiu moich kolegów rozstrzelano, kilku skazano na wieloletnie więzienie, jednego - na służbę w karnej kompanii. Ja należałem do grupy, którą zawieziono do specjalnego obozu Informacji Wojskowej w miejscowości Skrobów koło Lubartowa i osadzono nas tam razem z około 500 innymi aresztowanymi, przeważnie z 2. Armii. Był to obóz kierowany przez sowieckiego oficera, który oczywiście chodził w polskim mundurze; wartownicy także nosili polskie mundury. Zarzucano nam dywersję i próbę wyprowadzenia żołnierzy do lasu albo, jak w moim przypadku, o czym dowiedziałem się po wielu latach - wystarczyła do aresztowania moja wypowiedź, że rosyjscy oficerowie nie są w wojsku polskim potrzebni.
Skrobów był obozem jeńców o stosunkowo łagodnym rygorze. Traktowano nas względnie przyzwoicie; oficerowie nie musieli pracować, podoficerowie pracowali tylko wewnątrz obozu, np. przy obieraniu kartofli. Podczas takich zajęć zrodził się m.in. pomysł zaatakowania warty. Początkowo plan zdobycia obozu i wyrwania się na wolność obejmował oficerów, ale najstarszy rangą płk Pisula stanowczo zabronił nam brania udziału w tego rodzaju awanturze, bo doskonale zdawał sobie sprawę, na co Rosjan stać. Podoficerowie nie mieli tego typu obaw i 27 marca 1945 r. grupa obierających kartofle z nożami w ręku rzuciła się na wartowników, odebrała im broń i rozpoczęła się masowa ucieczka z obozu. Uciekło wtedy czterdziestu paru podchorążych, którzy dołączyli do działających wtedy na Podlasiu oddziałów partyzanckich. Większość z nich szczęśliwie przeżyła. Jeden z uczestników ucieczki, Jerzy Ślaski wydał na ten temat bardzo interesującą książkę pt. Dzieje obozu w Skrobowie.
Na nas, którzy w ucieczce nie wzięli udziału, odbiło się to fatalnie. W niecały miesiąc później, 22 kwietnia, obóz otoczyły oddziały NKWD, załadowano nas do samochodów, wywieziono na stację, wsadzono do wagonów towarowych i ruszyliśmy na wschód. Po tygodniu bardzo trudnej podróży przywieziono nas do miejscowości Stalinogorsk, na południe od Moskwy, i osadzono w obozie, znowu o rygorze stosunkowo łagodnym. Traktowano nas raczej jako jeńców wojennych niż jako więźniów Gułagu. Musieliśmy jednak pracować przy budowie baraków w małym podmiejskim obozie.
Kiedy więc dla Pana nastąpiło wyzwolenie?
Po trzech miesiącach grupę około stu, przede wszystkim podoficerów, zwolniono i odesłano do Polski, pozostałych około 400 zatrzymano na całą zimę, w czasie której rozpoczęły się śledztwa prowadzone przez specjalnych prokuratorów przybyłych z Moskwy. W rezultacie wiosną 1946 r. obóz rozparcelowano; część wyjechała do Polski, ja znalazłem się w przeszło stuosobowej grupie złożonej przede wszystkim z żołnierzy AK, którą wywieziono do obozu pod Riazaniem. Był to główny obóz dla żołnierzy AK aresztowanych na terenie Polski, Wileńszczyzny, Lwowskiego, Polesia, Podlasia i Lubelszczyzny. Było w nim czterech naszych generałów, szereg dowódców dywizji AK. Grupa wybrana, wspaniała, naprawdę elita konspiracji i partyzantki.
Warunki były jeszcze lepsze niż poprzednio. Oficerowie byli zwolnieni z obowiązku pracy, mieliśmy własny teatr, własną orkiestrę, chór, tylko nie mieliśmy żadnego sposobu kontaktu z Polską. Pozbawiono nas prawa korespondencji ani nie mogliśmy otrzymywać żadnych listów. W kraju uważano nas za zaginionych bez wieści.
Mój los różnił się nieco od losu pozostałych kolegów. Tuż przed Bożym Narodzeniem 1946 r. niespodziewanie wezwano mnie do komendy obozu, oświadczono mi, że jadę do Polski. Pod ochroną tylko jednego konwojenta odwieziono mnie do Moskwy, skąd miałem wrócić do kraju. Dopiero po latach dowiedziałem się, że stało się tak na skutek starań mojego ojca, który dotarł aż do Bieruta i ten interweniował w mojej sprawie. W Moskwie jednak uznano za podejrzane, iż o młodego, 20-letniego żołnierza zabiega sam Bierut, toteż postanowiono usunąć mnie z obozu, by odpowiedzieć, że Krzyżanowskiego w nim nie ma. W tym celu osadzono mnie w obozie w Krasnogorsku pod Moskwą, znanym z tego, że trzymano w nim wielu najwybitniejszych oficerów niemieckich oraz grupę polskich arystokratów - Branickich, Krasickich, Radziwiłłów, Zamoyskich; Anna Branicka-Wolska bardzo pięknie napisała o tym w książce Listy nie wysłane.
Siedziałem tam przez cztery miesiące. Wreszcie w końcu marca 1947 r. zostałem przewieziony do Brześcia, stało się to chyba nie przypadkiem w parę dni po odesłaniu do Polski grupy repatriantów. Tymczasem Urząd Repatriacyjny z Polski nie przysyłał swego przedstawiciela, dopóki nie zebrała się grupa co najmniej 500 osób. Musiałem więc przez pół roku czekać, kiedy wreszcie ktoś się o mnie upomni.
Na szczęście we wrześniu 1947 r. przywieziono do Brześcia grupę arystokratów z Krasnogorska. Natychmiast zgłosił się po nich pułkownik Urzędu Bezpieczeństwa. Załadowano nas do wagonu i przewieziono do Warszawy, ale stamtąd... do aresztu na Pragę. Po paru dniach pobytu w nim wreszcie odzyskałem wolność. Było to 12 września 1947 r. Dzień ten stał się dla mnie osobistym świętem i co roku bardzo uroczyście je obchodzę.
Dokończenie za tydzień
