Przegląd Polski 12 stycznia 2007

Żabką przez Atlantyk

Trzysta sprawa

Marek Kusiba

Piszę dziś wyjątkowy felieton. Na wyjątkowość tego - w końcu niepoważnego - tekstu składa się kilka wyjątkowych okoliczności. Na przykład delikatny, ale jednak cykor - jak mówią krajanie - o braci nowojorczyków (i siostry nowojorki). Mieszkańcy Wielkiego Jabłka mogli sobie żarty stroić ze smrodku, ale ich sympatycy ("dla sympatycznej pani Krysi" - jak śpiewał Wojciech Młynarski) na całym globie biegali co jakiś czas do telewizora sprawdzać, co się dzieje. Niektórzy poszli w ekstremę: poeta Romek Sabo z Vancouver zabrał w poniedziałek rodzinę na tygodniowe wakacje na Manhattanie. Nie wiem, czy wzięli ze sobą maski przeciwgazowe, ale należy docenić fakt porzucenia czystego jak łza powietrza Brytyjskiej Kolumbii na rzecz czegoś, co mieszkańcy okolic Central Parku zwą, chyba z nawyku, powietrzem.

Zresztą trudno nie okazywać solidarności z miastem supermanów, rzucających się pod pociąg na ratowanie bliźniego. Zbyszek Cybulski nie miał szczęścia - przed 40 laty na peronie wrocławskiego dworca nie znalazł się jakiś dzielny, czarnoskóry nowojorczyk, by ocalić mu życie. No tak, ale wtedy w Polsce żyli wyłącznie czerwonoskórzy, jeśli wierzyć historykom IPN, i na pewno nie byli to nowojorczycy. Teraz rasa czerwonoskórych Polaków jest na wymarciu, a na peronach polskich dworców wciąż rozgrywają się dramatyczne sceny, ale jakby z innego filmu. Ludzie rzadko rzucają się na ratunek, już prędzej do ucieczki. Gdy złodziejska trójka wyrywa kobiecie torebkę, dzielni mężczyźni w nienagannie skrojonych garniturach nadal chowają głowy w szczelny kokon komórki. Nadal też spychają słabszych ze stopni.

Myślę, że ten nawyk tłoczenia się i przepychania u drzwi, nawet w sytuacji, gdy każdy ma bilet z numerowanym miejscem, jest wyniesioną z PRL-u niechęcią do stania w kolejce oraz przekonaniem, że i tak nas wykiwają, jeśli my ich nie wykiwamy pierwsi. Stąd być może ta teczkowa krucjata, to zbiorowe pokazywanie palcem od siebie, nie na siebie. Jak pisze Rafał Ziemkiewicz w Rzeczpospolitej o Rzeczypospolitej, "mieszkańcy żadnego chyba innego kraju nie są tak rozlubowani w mówieniu źle o bliźnich, w podchwytywaniu każdej, najbardziej nawet absurdalnej plotki". Ziemkiewicz wyważa dawno otwarte drzwi, bo nie żył chyba nigdy wśród Polonii... Ale wróćmy do prehistorii, ona ciekawsza. Owszem, tłoczyliśmy się pod drzwiami księgarń, gdy rzucono Tyrmanda, Konwickiego, Dygata, Gombrowicza, ale po sforsowaniu drzwi wejściowych, po rozbiciu szyby, po wrzaskach i krzykach, łokciowaniu i kopaniu się wzajemnym po kostkach, już w środku, stawaliśmy jednak grzecznie w kolejce, która wystawała daleko na ulicę, jak ogon dinozaura.

Bo i były to prehistoryczne czasy, czasy na trójkę, czyli dostateczny. Czasy trójek murarskich, trójek rodzicielskich (teraz wróciły), czasy czytanej masowo Trylogii, wakacji w Trójmieście, czasy M-3 i kultu trzech rozbiorów, wbijanego nam do głów w szkołach, choć z domów wiedzieliśmy, że rozbiory były cztery, jak czterej pancerni (i pies), czy IV Departament do walki z Kościołem. Trzeci Maja był zakazanym świętem, ostało się jedynie święto Trzech Króli, niechętnie, ale tolerowane, no i Trójca Święta. Komuna walczyła z Kościołem, ale musieliśmy dożyć trzeciego milenium, by oglądać w Polsce sceny jak z filmu o prześladowaniach pierwszych chrześcijan. Ubolewa nad tym Tygodnik Powszechny w swym trzytysięcznym numerze, jak i ta skromna, ale jednak trzechsetna "Żabka".

Moja żona podsumowała rzecz krótko: 300 feralnych poniedziałków, w czasie których nie można mnie zagonić do zmywania naczyń, sprzątania czy gotowania obiadu. Z radością pełnię (od czasu do czasu!) te czynności domowe, choć mi trochę żal, że w naszej rodzinie nie panują, i już chyba nie zapanują, nowe przepisy kanadyjskiego prawa, zezwalające na posiadanie przez dziatwę trojga rodziców, jak trójcy mało świętej. Oczywiście, optowałbym za modelem "dwie mamy plus jeden tata", ale nie wiem, czy znalazłaby się dla mnie kandydatka. Dla mej żony na pewno, ale ona niereformowalna jest, bo hołduje przestarzałym modelom, wyssanym z mlekiem jednej, jedynej matki jeszcze za życia ojca wszystkich dzieci, baćki Józefa. Ja z kolei nie mam już 33 lat, a jest to wiek męski, wiek klęski, nierzadko pięknej, bo mając te lata chce się latać, a mnie się w tym wieku przytrafiło wyfrunąć razem z trzyosobową rodziną z kraju pogrążonego w trzecim roku beznadziei rozpoczętej 13 grudnia.

Na koniec dodam tylko, że na wyjątkowość tego - w końcu niepoważnego - ale jednak 300. tekstu składa się i ta okoliczność, że piszę go dla redakcji z trzema, a nawet czterema trójkami w adresie. A Zbyszek Cybulski zginął na peronie numer 3 - ale to raczej już bez związku...

PS. Miłe memu sercu trzy (jeśli jedna na urlopie) panie korektorki upraszam o niepoprawianie tytułu, poprawny ci on jest, a jak się weń wsłuchać, to co prawda nie dosłucha się czytelnik III symfonii, ale i nie ma w nim kakofonii...

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail