Przegląd Polski 19 stycznia 2007

Nowojorska kronika (muzyka)

ROMAN MARKOWICZ

Ocaleni od zapomnienia

Śpiewana przez niemal wszystkie angielskojęzyczne narody słynna noworoczna pieśń Auld Lang Syne przypomina nam, aby w tym szczególnym okresie ocalić dawnych przyjaciół od zapomnienia. Pomyślałem o tym rozpoczynając pierwszą w tym roku kronikę i postanowiłem - zamiast koncertom - poświęcić ją niedawno wydanym nagraniom trzech polskich artystów, niegdyś bardzo znanych, dziś zapomnianych. Co ciekawe, byli to muzycy, których kariery - chociaż odległe dystansem kontynentów - po trosze się zazębiały.

Pierwszego z nich, pianistę Artura Balsama (1906-1994), na szpaltach Przeglądu Polskiego niejednokrotnie wspominałem jeszcze za jego życia. W amerykańskim środowisku muzycznym od lat 40. do 80. ub. wieku był znaną postacią, głównie jako kameralista i niezrównany akompaniator. Natomiast nigdy dotąd nie pisałem o innym pianiście, którego sławnym uczyniły raczej dramatyczne przeżycia wojenne: mowa o Władysławie Szpilmanie, bohaterze filmu Romana Polańskiego The Pianist. Czytelnicy mogą w tym momencie zakwestionować rzekome "zapomnienie", skoro książka o tym samym tytule i wspomniany film uczyniły Szpilmana powszechnie znaną osobistością. To prawda: dzięki nim znane są nam jego koszmarne okupacyjne przeżycia. Jednak kto spośród nas wie, jak on rzeczywiście grał, jakiej klasy był pianistą? Na to pytanie postaram się nieco dalej odpowiedzieć.

Wspólnym przyjacielem Balsama i Szpilmana był inny muzyk polskiego pochodzenia, skrzypek Bronisław Gimpel. Podobnie jak Balsam, po wojnie osiadł w Ameryce, w przeciwieństwie jednak do tego ostatniego, muzyczną karierę do pewnego stopnia kontynuował również w powojennej Polsce, m.in. jako współzałożyciel słynnego niegdyś Kwintetu Warszawskiego. Jednak Gimpel, poza wąskim kręgiem specjalistów albo wielbicieli sztuki gry skrzypcowej, stał się z tego triumwiratu najbardziej zapomnianą postacią. Część wspomnianych, nowo udostępnionych nagrań Szpilmana, zawiera dokumenty ich wspólnego muzykowania: dzięki nim melomani choć w minimalnym stopniu będą mogli się również zapoznać z talentem skrzypka, którego dawne płyty często były mylone z nagraniami dokonanymi przez najsłynniejszych wówczas wirtuozów.

Amerykańska firma Bridge Records od dłuższego czasu stawia sobie za cel publikację niedostępnych dotąd koncertowych nagrań Balsama. Zachowane w archiwum Biblioteki Kongresu prezentują go albo w roli wybornego kameralisty, partnerującego słynnemu Budapest Quartet, albo też jako partnera takich gigantów smyczka, jak Zino Francescatti czy Nathan Milstein. Ostatnio jednak dzięki finansowej pomocy Artur Balsam Foundation Bridge Records wydała pierwszą pozycję w serii poświęconej studyjnym nagraniom Balsama, tym razem prezentowanego jako solista w koncertach fortepianowych. Dwukrążkowa edycja (Bridge 9196 A/B) udostępnia nam więc po raz pierwszy na CD dokonane pół wieku temu nagrania mniej popularnych pozycji, takich jak wczesne koncerty Mozarta (nr 8 i nr 13), Koncert d-moll Carla Philippa Emmanuela Bacha, fortepianowa wersja skrzypcowego Koncertu D-dur Beethovena (w transkrypcji samego kompozytora) oraz legendarne wśród kolekcjonerów nagranie Koncertu a-moll op. 85 Hummla. Zaznaczyć należy, iż są to pierwsze nagrane płyty z tymi kompozycjami. We wczesnych latach 50. Balsam miał w Europie godną pozazdroszczenia pozycję pianisty będącego w stanie nagrać cokolwiek w rekordowym tempie. Jego wrodzona muzykalność, dobre samopoczucie w przeróżnych stylach, fenomenalna zdolność czytania a prima vista oraz wrodzona, niewymuszona wirtuozeria, objawiająca się m.in. w pewności gry (jak żartowano, Balsam nie ćwiczył fałszywych nut!), czyniły z niego idealnego wykonawcę o szerokim repertuarze. Jego powszechnie znana niezawodność stanowiła o nieustannym zainteresowaniu ówczesnych kompanii płytowych starających się tym nowym medium, płytą długogrającą, wzbogacić katalog oraz udostępnić nienagrane dotąd pozycje repertuaru. W towarzystwie lokalnych, szwajcarskich głównie orkiestr, o nie zawsze godnym podziwu poziomie, chociaż pod batutą tak znanych kapelmistrzów, jak Otto Akerman, Henry Swoboda czy Walter Goehr, Balsam dokonał wówczas kilkunastu nagrań, z których kilka znalazło się w tej edycji. Generalnie ówczesne firmy płytowe zainteresowane były oryginalnym, nieogranym repertuarem, w związku z czym Balsama proszono o wykonanie rzadziej granych koncertów Mozarta czy też kuriozum, jakim jest Beethovenowska przeróbka koncertu skrzypcowego. W tej ostatniej kompozycji najciekawszym fragmentem jest kadencja, w której Beethoven powtórnie używa czteronutowego motywu kotłów otwierającego dzieło i stwarza niespotykany dialog perkusji z fortepianem.

Koncert a-moll Hummla jest natomiast fascynujący z innego powodu: po pierwsze, przypomina słuchaczom, że "akompaniator" Balsam był absolutnie pierwszej klasy wirtuozem, który bez wysiłku radził sobie z trudnościami technicznymi koncertu nawet dziś rzadko granego; po drugie, uzmysławia nam, do jakiego stopnia młodego Chopina inspirowała muzyka tego właśnie kompozytora i ile zawdzięcza mu we własnych koncertach fortepianowych. Do dziś pamiętam swoją reakcję nastolatka po usłyszeniu tego koncertu w radiu: "Jaki to idiota próbował bezczelnie imitować Chopina?!". Kompozycja Hummla poprzedza Chopinowskie koncerty o 20 lat...

Polecam więc tę starannie wydaną edycję, z ciekawie zredagowaną książeczką programową opisującą w dość szczegółowy sposób życie i karierę tego niezwykłego muzyka: polecam ją tym wszystkim, dla których lista znanych pianistów polskich na obczyźnie ograniczała się do Rubinsteina i Małcużyńskiego, czasami może Horszowskiego. Pianistykę Balsama charakteryzuje precyzyjne, delikatne uderzenie, nienaganny gust i elegancja gry, zrozumienie klasycznego stylu i całkowite wyzbycie własnego "ja". Słuchając jego gry nie jestem w stanie powiedzieć: "Oczywiście, to Balsam!", zaś jedynie: "Ach, jak pięknie ktoś gra".

"Pianista" przy fortepianie

Wspomniałem na początku, że muzyczne kariery Artura Balsama i Władysława Szpilmana niejako się zazębiały. Szpilman (1911-2000) był o pięć lat młodszy od Balsama, ale poszedł podobną drogą: obaj np. studiowali w Berlinie, obaj zdobyli wcześnie popularność jako młodzi polscy pianiści. Wojna wszystko i dla jednego, i dla drugiego zmieniła: gdyby nie wyjazd do Francji na niedługo przed wybuchem wojny, Balsam zapewne podzieliłby los Szpilmana i wylądował w getcie.

Do czasu drugiego wydania książki Pianista, później zaś powstania filmu o tym samym tytule, Władysław Szpilman miał w Polsce renomę jako ceniony pianista, był bardzo popularny jako kameralista i założyciel jednej z najbardziej znanych grup kameralnych, jaką był Kwintet Warszawski. Mimo to może najbardziej spopularyzowała go działalność kompozytorska. Był autorem wielu przebojów, które "trafiły pod strzechy", oraz ogromnej liczby piosenek dla dzieci. Kiedy dziś oglądam listę tych kompozycji, ze zdumieniem rozpoznaję własną ignorancję: to te wszystkie szlagiery, znane mi z dzieciństwa, wyszły spod jego pióra? Piosenka mariensztacka, Nie ma szczęścia bez miłości, Zakochani, Nie wierzę piosence, Warszawski poranek, Czerwony autobus... Dopiero pod koniec jego życia powróciło zainteresowanie Szpilmanem-pianistą, a wraz z nim pojawiło się kilka antologii zebranych z różnych źródeł nagrań solistycznych i muzyki kameralnej. Niemiecka filia Sony Classical przy współpracy Andrzeja Szpilmana (syna pianisty) wydała niedawno zestaw kompaktów prezentujących artystę w potrójnej roli: solisty, partnera Bronisława Gimpla oraz członka wspomnianego Kwintetu Warszawskiego. Przesłuchanie tych nagrań dało mi pewne wyobrażenie o pianistyce artysty, który stał się symbolem. Film Polańskiego wzbudził ogromne zainteresowanie wśród pianofilów, którzy koniecznie chcieli przekonać się, jak też Szpilman naprawdę grał. Ta antologia do pewnego stopnia wypełnia lukę, dając nam wyobrażenie. Na solowym kompakcie możemy usłyszeć dwie duże kompozycje Chopina (Poloneza-Fantazję oraz Balladę f-moll), VII sonatę Prokofiewa oraz II sonatę Grażyny Bacewicz, których Szpilman był pierwszym polskim wykonawcą, oraz szereg krótszych kompozycji, wśród których znajdują się nawet próby jazzowe. Nagrania pochodzą w większości z późnych lat 40. i połowy 50. Z kilku wypowiedzi pianisty, zamieszczonych w pięknie opracowanej książeczce programowej, możemy się zorientować, iż w pewnym momencie gra solo przestała go interesować i zdecydował poświęcić się partnerowaniu takim muzykom, jak Tadeusz Wroński, Andre Gertler czy Bronisław Gimpel, a także muzyce zespołowej.

Słuchając jednak w jego wykonaniu krótszych, wirtuozowskich aranżacji walców Straussa dokonanych przez Alfreda Grünfelda czy podobnego typu kompozycji Ignaca Friedmana łatwo zauważyć cechy rzadkie u polskich pianistów epoki powojennej - elegancję, lekkość i łatwość gry.

W innych dziełach dostrzegam doskonałe rzemiosło pianistyczne, ale też pewien obiektywizm, który bardziej pasuje do współczesnych kompozycji Prokofiewa i Bacewicz, mniej jednak łapie za serce w polonezie czy balladzie Chopina. Umiłowanie Szpilmana dla kameralistyki daje się odczuć we współpracy z Gimplem: jest to przykład niewymuszonego muzykowania dwóch artystów, którzy nic nie próbują udowodnić. A Sonata c-moll Griega nie ma wiele lepszych wykonań niż to, które słyszymy na ich nagraniu!

Na krążku z kwintetami zamieszczono pierwsze światowe nagranie Kwintetu g-moll op. 34 Juliusza Zarębskiego oraz rejestrację znacznie popularniejszego Kwintetu Es-dur op. 44 Schumanna. O ile warszawska grupa pierwsze dzieło spopularyzowała, "umieściła na mapie" i prezentuje je w formie względnie autorytatywnej, to w kwintecie Schumanna są poważniejsze problemy i trochę żałuję, że w edycji Sony nie zastąpiono go, powiedzmy, kwintetem Szostakowicza. Nie da się ukryć, iż ówczesny poziom gry smyczkowej - a w Kwintecie Warszawskim mieliśmy do czynienia ze śmietanką polskich muzyków - odbiegał poziomem od obecnych standardów. Mała to jednak cena do zapłacenia za obcowanie z przywróconą do życia czołową postacią polskiej muzyki, co zawdzięczamy oddanemu synowi Władysława Szpilmana: gdyby nie jego uporczywe dążenie do opublikowania książki, będącej przez prawie pół wieku na indeksie, gdyby nie późniejszy film, gdyby nie jego determinacja w sprawie opublikowania nagrań, jego ojciec pozostałby do dziś w zapomnieniu. Dziękujemy, panie Andrzeju!

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail