Przegląd Polski 26 stycznia 2007
- Nie stawiam światu horoskopów - Z Julią Hartwig rozmawia Izabela J. Bożek
- Rytmy Nowego Jorku - Grażyna Drabik
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
RYTMYNOWEGOJORKU
Piasek pod stopą, muzyka i graffiti

Rozpoczniemy ten rok w skomplikowanych rytmach pizzica. To muzyka z samego koniuszka południowych Włoch, z mało znanego rejonu "obcasa" włoskiego buta, z okolic miasteczek Salento, Galatina i Gallipoli. Mieszają się tam wpływy lokalne i przybyszów z daleka - Greków, Gotów i Arabów, Rzymu, Turcji i Wenecji. Takie skrzyżowanie świata, gdzie nawet język zachował się do dzisiaj odmienny od reszty Włoch, dialekt roman sąsiaduje z griko, formą greckiego.
Zespół Aramiré zawitał z pierwszą wizytą do Nowego Jorku. Przyjechali z typowym zestawem instrumentów, gdzie swojskie - także dla polskiej ludowej muzyki - akordeon i organki łączą się swobodnie z rytmami rejonu śródziemnomorskiego, wybijanymi na tamburynach różnej wielkości. A przede wszystkim śpiew, śpiew nośnym głosem, często a cappella, tęskny i mocny. O ciężkiej pracy w polu, o rozczarowaniach miłosnych, o tym, jak pięknie wygląda ukochana, o tańcu św. Pawła, o korupcji polityków, o zanieczyszczeniu środowiska...
Rola zespołu prowadzonego od 1989 r. przez Roberto Raheli nie sprowadza się tylko do wykonywania piosenek. Raheli jest jednym z lokalnych muzyków odpowiedzialnych za odradzanie się muzyki regionalnej. Zbiera dawną dokumentację, stara się uczcić ostatnich oddanych tradycji wykonawców, takich jak skrzypek Luigi Stifani, nadaje starym melodiom treść o nowej wymowie.
Wizyta Mauro Toma, Roberto Corciulo, Samuele Tommasiego, Antonio Ancory, Marii Vittorii Antonazzo, pod kierunkiem Rahelego, ładnie pasuje do Nowego Jorku, bo przecież to nasze miasto też jest takim pizzica z mocnym rytmem. Z melodiami, w których słychać echa czterech stron świata. Gdzie coś, wydawałoby się zupełnie zapomniane, nagle dopomina się o uwagę i powraca do życia. Miejsce swojskie i obce, obce i pokochane. (Aramiré Compagnia di Musica Salentina, 19 stycznia, Zankel Hall, Carnegie Hall).
A tak się złożyło, że zakończyliśmy 2006 r. w pewnym sensie także we Włoszech. Martha Clarke oraz zespół aktorów i tancerzy z Włoch oraz amerykańskich włoskiego pochodzenia pozwolił nam odbyć krótką podróż w przestrzeni i czasie: na Sycylię z początku XX wieku. Clarke jest choreografem i reżyserem dobrze znanym czytelnikom "Rytmów" z wcześniejszych, zawsze bardzo ciekawych przedstawień; ostatnie to było Vienna: Lusthaus (Revisted), z udziałem Elżbiety Czyżewskiej. Tworzy ona skomplikowane przedstawienia w formie ruchomych obrazów, z pogranicza tańca, koncertu i teatru.
Tym razem Clarke zafascynowały wczesne opowiadania Luigiego Pirandella, gdzie ten Sycylijczyk z pochodzenia w poetycki sposób odtwarza kilka opowieści zapamiętanych ze swej wczesnej młodości. Ich wątki są szczególnie trudne, a składają się w rodzaj tryptyku o ludziach w dalekiej górskiej wiosce, których losy brutalnie naznaczyły straszna bieda, polityczny gwałt i dramat emigracji. Ściślej mówiąc, przedstawienie Kaos ma podwójną genezę, bowiem Clarke wzoruje się na filmie braci Tavianich pod tym samym tytułem, zrealizowanym na kanwie opowiadań. A więc Clarke stara się tutaj nadać formę teatralno-taneczną biało-czarnym obrazom, przywołując równocześnie filmową wersję i oryginalne słowa Pirandella.
Spektakl ma ciekawą koncepcję i został pięknie wykonany przez cały zespół. Akcja na scenie - konsekwentnie utrzymana w surowo czarno-białej tonacji - pulsuje wielkimi uczuciami: strachem i namiętnością, bólem i marzeniem. Niestety, nie wszystko to jest jasne w samych obrazach i gestach. By nabrały one pełnej siły, potrzebne są słowa. Tekst trzeba jednak odcyfrowywać z trudem na niewielkim ekranie zawieszonym wysoko nad sceną, bowiem przedstawienie odbywa się po włosku.
W najbardziej wyrazistych momentach, śpiew i taniec dotykają serca. Tak jak ostatni fragment, gdy stara chłopka wspomina podróż z rodzicami i spacer nad brzegiem morza. Stara się przywołać dawno przeszły czas, świadoma jednak porażki: "... A jednak nieważne, jak wiele razy opowiadam tę historię... czego nie mogę przekazać, to uczucie piasku pod stopami...". Ogólny efekt jednak podważa dystans, z jakim z konieczności obserwujemy przedstawienie: albo angażując się bez pełnego zrozumienia w to, co się dzieje na scenie, albo czytając tekst, lecz tracąc wtedy kontakt z akcją przekazywaną gestem. (Kaos, 30 grudnia, New York Theatre Workshop).
***
Inne historie przywołują wystawy w International Center of Photography. Jedna z nich, pod chwytliwym tytułem "Myśl, kiedy strzelasz!", przypomina sylwetkę Martina Munkacsiego. Ten Węgier najpierw pracował z dużymi sukcesami w Budapeszcie i Berlinie, wprowadzając w latach 20. ub. wieku nowy ton do czołowych ilustrowanych pism. Munkacsi miał fantastyczny wręcz instynkt i poczucie ruchu, wykorzystując nowe możliwości kamery fotograficznej do dramatycznych zdjęć sportowych i reporterskich.
Potem zrobił karierę w Stanach Zjednoczonych, przez jakiś czas ciesząc się reputacją jako najlepszy, a przynajmniej najlepiej płatny fotograf mody i salonów "wielkiego świata". Zagubił się jednak jakoś w labiryntach sukcesu. Kiedy stracił posadę w Harper's Bazaar, nie odnalazł własnej, niezależnej ścieżki. Zmarł zapoznany. ICP przywołuje tutaj jego najbardziej znane prace - pełne dynamiki, pełne zadziorności i zakaźnej wręcz radości życia.
Drugi fotograf nie wymaga przypominania. Był i pozostaje jednym z wielkich mistrzów fotografii. Nadał klasę nowej dziedzinie sztuki od początku ambitnej, lecz przez długi czas podejrzanej. Wystawa Henriego Cartiera-Bressona jest ciekawa sama w sobie, a także w kontraście ze zdjęciami Munkacsiego.
Skupia się na cyklu zdjęć wybranych przez samego Cartier-Bresson do albumu, który służył mu jako rodzaj prywatnego przypomnienia najlepszych zdjęć, jakie zrobił, a także jako portofolio - wizytówka w czasie dalekich podróży. Zdjęcia są skromne w rozmiarach i łatwe do zignorowania. Ale kiedy im poświęcisz uwagę, wyśpiewują całe poematy o prawie nieuchwytnym, lecz uchwyconym momencie, o przemijaniu, o jednej szczególnej konfiguracji form. Piękna poezja. (Martin Munkacsi, "Think While You Shoot!" oraz Henri Cartier-Bresson, "Scrapbook: Photographs, 1932-46". Wystawy otwarte od 19 stycznia do 29 kwietnia, ICP, 1133 Avenue of the Americas przy 43 St., Manhattan).
***
I jeszcze typowo nowojorska opowiastka: był sobie dom. Stary, z historią. W ceglanym budynku na dole miasta w XIX wieku mieściła się obszerna stajnia i zajezdnia powozów. Potem podzielono ją na mniejsze pomieszczenia, w których pracowali rzemieślnicy i drobni wytwórcy. Jeszcze później budynek stał zaplombowany, okna zabito deskami. Przez lata był bezużyteczny. Drzwi i ściany murów zaczęły pokrywać zamaszyste rysunki i podpisy artystów graffiti, składając się na coraz bardziej skomplikowany kolaż.
Parę miesięcy temu młoda para inwestorów Caroline Cummings i Bill Evans zakupiła budynek z myślą o przeróbce na luksusowe mieszkania w modnej dziś dzielnicy NoLIta (North of Little Italy). Cummings i Evans chcieli jakoś uszanować działalność ulicznych artystów, nie traktując ich jako wandali. Otworzyli budynek, dając wolny dostęp do wszystkich pięter.
Zjechali się z bliska i z daleka artyści zawodowcy, półzawodowcy i zaledwie ambitni, z uznanymi w świecie graffiti "ksywami" i całkiem nieznani.
W ciągu dwóch miesięcy eksperymentu ściany i okna, wewnętrzne zakamarki i wszelkie dostępne przestrzenie na zewnątrz pokryte zostały bogactwem kolorów i form. Satyryczne komentarze o drapieżności wielkich korporacji mieszały się z wyznaniami miłości. Karykatury o ostro politycznej wymowie sąsiadowały z bajkowymi krajobrazami. Ze ściany przy wejściu czujnie spoglądali na przybyszów skośnoocy żołnierze - czujni, lecz niegroźni, bowiem w lufach ich karabinów rozkwitły goździki. W jednym zakątku dziwne potwory tuliły się do podłogi, trzymane krótko na smyczy. W innym, dwie starsze kobiety zasiadły wygodnie na tarasie, by spokojnie łuskać fasolę i kontemplować rozległy widok.
Festyn już się zakończył. Był śliczny i nadzwyczaj ciekawy. Teraz budynek (11 Spring St.) znowu stoi zaplombowany, szykowany do następnej przeróbki. Wielkomiejskie reinkarnacje.
Ciekawą dokumentację graffiti nowojorskich i z różnych stron świata można obejrzeć na stronie internetowej Marca i Sary Schiller, woostercollective.com.
