Przegląd Polski 16 lutego 2007
- Z pokolenia II Rzeczypospolitej - Janina Kumaniecka
- Nowojorska kronika (muzyka) - Roman Markowicz
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Z pokolenia II Rzeczypospolitej

We wprowadzeniu do tej książki rozmówca prof. Bartoszewskiego, Michał Komar, napisał: "Przygotowując się do rozmowy z Władysławem Bartoszewskim, poprosiłem przyjaciół o pomoc w znalezieniu stosownego tytułu całości. (...) Czwarty zaproponował: -... my z niego wszyscy... - by po chwili dodać: - Chciałoby się, żeby tak było... A jeśli my z niego wszyscy i chciałoby się, żeby tak było, to trzeba zapytać, skąd jest Władysław Bartoszewski".
Jestem za... Sam bohater tej opowieści twierdzi, że z niczego nadzwyczajnego, właściwie z przypadku. Może to właśnie jest najważniejsze? To, jak ta zwyczajność układa się wokół życia jednostek, jak je oplata wpływając na takie, a nie inne decyzje, wymuszając takie, a nie inne postępowania? Spróbujemy się temu przyjrzeć.
O swoim domu rodzinnym Bartoszewski mówi: "Byłem takim sobie przeciętnym polskim dzieckiem w przeciętnej polskiej rodzinie, ani u szczytów, ani w nędzy. Która żyła z pracy i układała sobie życie w nowym, wolnym państwie". Czym była ta zwyczajność? Na płaszczyźnie politycznej - przede wszystkim akceptacją państwa. Po raz pierwszy od ponad stu lat przeciętny obywatel mógł utożsamić się z obowiązującym w kraju porządkiem prawnym i przyjąć, że władza, lepsza lub gorsza, jest jednak władzą własną. Określenie "człowiek państwa" przestało być stwierdzeniem wstydliwym. Podobnie jak Bartoszewski, określał też swoje środowisko (a także siebie) Jan Nowak-Jeziorański. Zjawisko tak powszechne przede wszystkim w kulturze politycznej anglosaskiej, w nowożytnej Polsce trwało niestety tylko przez te krótkie dwadzieścia lat drugiej niepodległości. Ale to wtedy wykształciła się owa "zwyczajność", która na dobrą sprawę rzeczywiście nie pozostawiała wyboru ludziom wychowanym tak jak Bartoszewski i tak wielu jego bliższych i dalszych podobnie uformowanych kolegów. Pierwszego pokolenia urodzonego już w niepodległej Polsce, dla którego ta niepodległość nie była, jak dla ich rodziców, czymś, co graniczyło z cudem i wymagało nieustannej troski i pielęgnacji. Dla nich ta niepodległość była chlebem powszednim. I znów - nie znali i nie wyobrażali sobie innej Polski, i o nią będą walczyć. Po prostu normalnie, w sposób naturalny, przyjmując to za imperatyw życia. Tak pisze i mówi o tym Bartoszewski. Inni lubią używać przy tej okazji bardziej patetycznych słów - takich jak bohaterstwo, poświęcenie, oddanie sprawie. Tak, oczywiście. Ale o wiele bardziej przemawia do mnie sposób relacji zawarty w tej książce. Wola oporu była naturalnym przedłużeniem poczucia obywatelskiego i instynktu budowania - nie niszczenia. Bohaterstwo czy jego niedostatek - to tylko indywidualne przypadłości, z którymi każdy musiał się jakoś uporać na własny rachunek.
Byłam naturalnie (to chyba cecha charakterystyczna mojego pokolenia, pierwszego pokolenia urodzonego już u progu PRL) kiedyś zachłannym odbiorcą opowieści o bohaterskim oporze, stawianym okupantom przez ludność Polski. Szybko jednak przestał pobudzać moją dziecięcą wyobraźnię patos zbrojnych czynów. Uświadomiłam sobie bowiem, i do dziś pielęgnuję to przeświadczenie, że najbardziej bohaterskim aktem masowego oporu - niezależnie od tego, co wiedzieli o tym Niemcy (a pewnie, jak pisze Bartoszewski, rzeczywiście wiedzieli dużo) - było w okupowanej Polsce znakomicie zorganizowane, powszechnie niemal dostępne tajne nauczanie, angażujące całą kadrę naukową niepodległej Polski. Opowieść o młodych ludziach wysiadujących godzinami na schodach profesorskiego domu przy Nowym Zjeździe w Warszawie, czekających w kolejce na egzamin z prawa czy historii starożytnej ma prawie ten sam walor uczuciowy, co relacja z akcji pod Arsenałem. To byli zresztą ci sami chłopcy i dziewczęta. Jednym z nich był Władysław Bartoszewski. Taka była jego normalność, zwyczajność, naturalne przedłużenie akceptowanego świata.
Już zaraz jednak zwykłą codziennością owego pokolenia miało stać się coś zupełnie innego. Oddajmy głos Bartoszewskiemu: "Zacznijmy od ruchu oporu. W szerokim znaczeniu idzie tu o nieprzestrzeganie zarządzeń okupanta, oszukiwanie, fałszowanie, czyli o zachowania, które w normalnych warunkach uchodzą za nagannie. Niemcy wprowadzili tak absurdalnie rozbudowany system zakazów i nakazów - pod groźbą zesłania do obozu koncentracyjnego czy kary śmierci - że w końcu część społeczeństwa popadła w bierność. Inna część dochodziła do wniosku, że skoro można znaleźć się w kacecie albo stanąć pod murem egzekucyjnym tylko dlatego, że trafiło się w nieodpowiednim czasie na nieodpowiednią ulicę, to może lepiej przystąpić do aktywnego sprzeciwu. Postawa zrozumiała, ale statystycznie rzecz biorąc mniej powszechna. Wszystko to dokonywało się stopniowo, nie z dnia na dzień, ale wraz z sumowaniem się pewnych doświadczeń. Niemcy potęgowali strategię przemocy. W pierwszej fazie okupacji terror dotknął wybrane ofiary głównie ze środowisk inteligencji. (...) Od 1942 rozpoczęły się egzekucje uliczne, których ofiarami często padali ludzie całkowicie przypadkowi, bo szło o zastraszenie całej społeczności. I z tego brały się odmienne dwie reakcje. Albo skrajny lęk i myśl, aby przetrwać za wszelką cenę, albo bunt i myśl, że dalej tak już nie można i trzeba coś zrobić". Ta druga, okupacyjna "normalność" oporu wzięła się więc z absurdu. Była jedną z naturalnych reakcji na nieracjonalność, całkowity brak przewidywalności w postępowaniu okupanta. Włączenie się w tej sytuacji młodego człowieka w struktury konspiracyjne można uznać za konsekwencję historycznej sytuacji. Już nie sposób jednak tak samo zakwalifikować uczestnictwa w akcji pomocy Żydom.
Komitet Pomocy Żydom im. Konrada Żegoty, później umocowany w strukturach polskiego państwa podziemnego jako Rada Pomocy Żydom, założyły Zofia Kossak i Wanda Krahelska. "Jeszcze wcześniej - mówi Bartoszewski - podjęła działania, i to na wielką skalę, pani Irena Sendlerowa. (...) W 1942, gdy Niemcy rozpoczęli akcję likwidacji getta, zaczęła wyprowadzać stamtąd dzieci. Ponad dwa i pół tysiąca dzieci skazanych na śmierć! (...) Trzeba pamiętać, że myśl o potrzebie utworzenia zespołu udzielającego pomocy ludziom z gett, ludziom skazanym na unicestwienie, pojawiła się w środowiskach inteligencji polskiej rozmaitych orientacji ideowych. (...) Pojawiło się pytanie, czy należy rozpowszechniać fakt istnienia zorganizowanej pomocy Żydom... Bo widzi pan, nie było rozporządzenia niemieckiego, które zabraniałoby Polakowi być polskim patriotą, (...) ale każdy Polak wiedział o wydanym przez Niemców zakazie udzielania pomocy Żydom. (...) I czy w związku z tym powinniśmy ogłaszać, że garstka ludzi staje do walki przeciw gestapo, SS, całej niemieckiej administracji? Piękny gest, moralny, historyczny, ale czy będzie sprzyjał naszym działaniom, które ze swej istoty muszą być tajne?". W końcu Delegatura Rządu postanowiła wydać komunikat, opublikowany w Rzeczypospolitej Polskiej: "Proszeni jesteśmy o podanie do wiadomości publicznej, iż na skutek inicjatywy szeregu organizacji społecznych z kół katolickich i demokratycznych organizuje się komisja pomocy społecznej dla ludności żydowskiej dotkniętej skutkami bestialskiego prześladowania Żydów przez Niemców". Poświęcam tej sprawie tyle miejsca, bo Rada Pomocy Żydom była bodajże jedynym tego typu oficjalnym organem związanym z legalnym rządem na terenie okupowanej przez Niemców Europy. Współpracowali z nią ludzie najszlachetniejsi i najbardziej pełni poświęcenia - wśród nich bardzo wówczas młody Władysław Bartoszewski, sprawiedliwy wśród narodów świata. Co więcej, jakby to nie zabrzmiało dziwnie, była ta pomoc w jakimś sensie także uznawana przez tych, którzy ją świadczyli, za coś naturalnego. Tak, jak na pytanie o powody takiego postępowania, odpowiedział mi kiedyś ze zdziwieniem mój ojczym, także jeden ze sprawiedliwych: "A mogłem inaczej?".
To jest właśnie ta formacja II Rzeczypospolitej, która ukształtowała takie postaci, jak Władysław Bartoszewski czy Jan Nowak - Zdzisław Jeziorański. Różnie potoczyły się później losy tych ludzi, ale to wśród nich najczęściej szukamy wzorców osobowych na dziś. Toteż wydawnictwo Świat Książki i wywiad Jarosława Kurskiego z Janem Nowakiem-Jeziorańskim, i rozmowę Michała Komara z Władysławem Bartoszewskim wydało w serii "Autorytety". Niestety, niewiele już takich postaci można dziś znaleźć. Tym bardziej że obecna walka polityczna nastawiona jest - dokładnie tak jak w najbardziej bojowych czasach PRL-u - właśnie na niszczenie, a nie na budowanie autorytetów. A bez nich nie ma mowy o ciągłości państwa i wychowaniu młodzieży.
Rozmowa spisana przez Michała Komara ma jeszcze jedną wielką zaletę. Bodajże po raz pierwszy Bartoszewski mówi o wielu sprawach, o których nigdy dotychczas nie mówił i o których w ogóle rzadko wspominano. Należy do nich zamordowanie Ludwika Widerszala, wydanie w ręce gestapo Krahelskiej i Handelsmana, wiele wydarzeń za kulisami PRL-owskiej bezpieki. Skąd pan jest? to nie tylko świadectwo sposobu myślenia pewnej formacji intelektualnej, to także pasjonująca opowieść o historii naszych czasów opowiedziana przez człowieka, który bardzo dużo wie i który przede wszystkim potrafi wyciągać wnioski z tej wiedzy. Podobno Michał Komar ciągle rozmawia z Władysławem Bartoszewskim. Czekamy z niecierpliwością na rezultaty tych rozmów.
---------------------------------------------
Michał Komar,
Władysław Bartoszewski. Skąd pan jest?
Wywiad rzeka.
Świat Książki, Warszawa 2006, s. 319, cena 20 dol. plus 6,50 dol. porto
w przypadku zamówienia z wysyłką (do nabycia w Księgarni Nowego Dziennika).
Do książki jest dołączona płyta CD z fragmentami wywiadu.
tel. (212) 594-2386
ksiazki@dziennik.com
www.ksiazkionline.com
