Przegląd Polski 16 lutego 2007
- Z pokolenia II Rzeczypospolitej - Janina Kumaniecka
- Nowojorska kronika (muzyka) - Roman Markowicz
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Nowojorska kronika
(muzyka)

Filharmonia Nowojorska,
Riccardo Muti
Wizyty włoskiego maestro Mutiego budzą w Nowym Jorku wielkie zainteresowanie nie tylko dlatego, że uważany jest on za jednego z czołowych dziś mistrzów batuty, ale również z racji tego, iż pozycja dyrektora artystycznego Filharmonii Nowojorskiej była mu oferowana przed kilku laty. Mający wystarczająco dużo problemów w kierowaniu mediolańską La Scalą, glamorous maestro nie zaakceptował oferty. Muti zaprzestał ostatnio współpracy z tym słynnym teatrem operowym, a nowojorska pozycja znowu pojawiła się na niezbyt odległym horyzoncie...
Swój niedawny dwutygodniowy pobyt poświęcił muzyce rosyjskiej (Czajkowski i Skriabin) oraz włoskiej (Martucci, Verdi i Respighi). Utwory rosyjskich kompozytorów figurowały za czasów jego 10-letniej kadencji w Philadelphia Orchestra i wówczas też dokonał z filadelfijczykami nagrań tego repertuaru, które ukazały go raczej jako obiektywnego interpretatora niż pełnego emocji romantyka. Dla mnie zresztą tego rodzaju wykonania są bardziej przekonujące niż rosyjska tradycja wyciskania łez. O ile rosyjski program był względnie tradycjonalny (Koncert skrzypcowy D-dur Czajkowskiego i trochę rzadziej wykonywana IV symfonia, Boski poemat Skriabina), o tyle we włoskim programie, obok stosunkowo popularnych kompozycji Respighiego i Verdiego, znalazła się rzadkość w postaci II koncertu fortepianowego b-moll Giuseppe Martucciego. Kompozycja ta po raz ostatni wykonana była w Nowym Jorku w 1953 r. pod batutą Arturo Toscaniniego, a w programie Filharmonii Nowojorskiej ostatnio figurowała w roku... 1911. Moje pierwsze "nieoficjalne" zetknięcie się z owym koncertem miało miejsce przed wielu laty, kiedy Artur Balsam, mój ówczesny profesor fortepianu, na zadane mu pytanie, czy miał kiedyś okazję wspólnego solowego występu z Toscaninim (był bowiem przez lata pianistą słynnej orkiestry Toscaniniego NBC Symphony), odpowiedział: "Miałem, ale nie skorzystałem". Toscanini rzeczywiście zaproponował mu nauczenie się bardzo trudnej partytury koncertu Martucciego. Balsam nie wyraził zainteresowania muzyką, nie widząc w niej wielkiej wartości i wykonanie zostało powierzone innemu polskiemu pianiście, Mieczysławowi Horszowskiemu. To wykonanie, utrwalone i wydane w latach 80. ub. wieku przez prywatną firmę płytową, przez lata było jedynym dostępnym; ono również pozwoliło mi pogodzić się z wątpliwościami, czy odważna, może nawet bezprecedensowa decyzja (bo tylko szaleniec mógł odrzucić możliwość występu z Toscaninim!) mojego profesora była słuszna. Dziś uważam, że może niezupełnie. Powstały w 1886 r. koncert Martucciego, który zdobył jako młodzieniec jeszcze uznanie Liszta, Antona Rubinsteina i Brahmsa, jest pełnokrwistym, romantycznym wirtuozowskim koncertem, w którym słychać wyraźne wpływy wielu innych kompozytorów, od Brahmsa począwszy, a na Czajkowskim skończywszy. Przed pianistą stawia ogromne wymagania i całe szczęście, że Riccardo Muti zaprosił na te występy niemieckiego wirtuoza Gerharda Oppitza, który zaoferował wzorcowe wprost wykonanie. Widzę dziś kilku zaledwie wirtuozów, którzy w równie łatwy sposób potrafiliby sobie poradzić z milionem nut i setkami pochodów akordowych. Jest to imponująca partytura, wyśmienicie zorkiestrowana, wyrazista w formie, o kilku atrakcyjnych melodiach, ale na koniec sprawiająca jednak wrażenie pustej wirtuozerii. Nie ulega wątpliwości, że w sumie było to ciekawsze od jednego jeszcze koncertu Rachmaninowa czy Brahmsa, ale nie mam wątpliwości, że dzieło Martucciego wspomnianych koncertów z repertuaru pianistów nie wyprze.
Pod batutą Mutiego Filharmonia Nowojorska brzmiała rewelacyjnie. Cykl rzymskich winietek, na który składają się Feste Romane Respighiego, otrzymał prawdziwie spektakularne wykonanie. Fantastycznie brzmiała blacha i wcześniej nieco ospała publiczność, teraz podniecona eksplozywnym finałem, niemal oszalała w zachwycie. Nie bez powodu.
American Symphony
Orchestra, Leon Botstein
Czytelnicy mojej kroniki zauważyli zapewne, że od wielu lat powracam do koncertów oferowanych przez American Symphony Orchestra i jej szefa Leona Botsteina. Przyczyną jest to, że żadna inna orkiestra nie oferuje podobnie intrygujących programów, zawierających kompozycje nie tylko rzadko wykonywane, ale często też takie, o których istnieniu większość nawet zawodowych muzyków nie ma pojęcia. Ostatni program, jak zawsze ułożony tematycznie i zatytułowany "Conductors-Composers", zaprezentował dzieła skomponowane przez znanych dyrygentów. Jednak obok wieńczącej program i nienależącej do rzadkości Symfonii nr 2 Leonarda Bernsteina The Age of Anxiety (zainspirowanej poematem W.H. Audena), wykonania reszty kompozycji okazały się albo amerykańską, albo nawet światową premierą. Nie ukrywam, że moje szczególne zainteresowanie wzbudził Koncert skrzypcowy op. 19 Pawła Kleckiego (jego zangielszczone nazwisko brzmi dziś Paul Kletzki), znanego mi dotąd jedynie jako wielkiego, choć obecnie nieco zapomnianego dyrygenta pochodzącego z Łodzi. Obawiam się, że nie jestem jedynym, który o kompozytorskiej karierze tego maestro nic nie wiedział. Tę niewiedzę do pewnego stopnia zniwelowały informacje profesora Timothy'ego L. Jacksona zawarte w doskonałej, jak zwykle w przypadku ASO, książeczce programowej. W ostatnich latach pracując przy edycji dzieł Kletzkiego poświęcił on wiele wysiłku, próbując kompozytora-dyrygenta i jego twórczość przywrócić szerszej publiczności.
Kariera kompozytorska Kletzkiego jest wyjątkowo smutnym przypadkiem wielkiego talentu, który uciszony został wydarzeniami II wojny światowej. Mieszkający i działający wówczas w Niemczech młody dyrygent i kompozytor, faworyzowany przez takie sławy jak Furtwangler, Toscanini oraz publikowany przez znaną firmę Simrocka, z nastaniem nazizmu i dojściem Hitlera do władzy, jako muzyk pochodzenia żydowskiego znajduje się nagle bez środków do życia. Emigruje do Włoch, które z czasem stają się dla niego również zbyt niebezpieczne. Przed opuszczeniem Mediolanu i osiedleniem się w neutralnej Szwajcarii pozostawia w hotelowej piwnicy dwie skrzynki swoich kompozycji. Podczas wojny hotel zostaje zbombardowany i Klecki jest przekonany, iż wszystkie jego kompozycje przepadły. W wywiadzie udzielonym po wojnie zauważa, że potworne wydarzenia wojenne zabiły w nim jakąkolwiek potrzebę i chęć komponowania. Kiedy w 1965 r. skrzynki zostały odkopane podczas robót budowlanych i odesłane kompozytorowi, Klecki nie miał odwagi ich otworzyć. Obawiał się, że jego partytury zmieniły się w proch i utraci je po raz drugi. Dopiero w 1973 r., już po jego śmierci wdowa otworzyła dotąd zamknięte skrzynki i odnalazła w nich nienaruszone czasem partytury. Tymi faktami można pokrótce wytłumaczyć zapomnienie, jakim do dziś otoczona jest twórczość tego wielce utalentowanego, sądząc po Koncercie skrzypcowym op. 19, kompozytora.
Skomponowane w 1928 r. przez 28-letniego Kleckiego dzieło ma symfoniczne rozmiary. Wprawdzie widoczne są pewne wpływy Straussa, ale muzyczny język kompozytora ma wiele oryginalności. Jest zaledwie na pograniczu tonalności: harmonika pokrewna trochę Szymanowskiemu, trochę Zemlinskiemu, trochę Schönbergowi. Nie ma na moment wątpliwości, że kompozytor doskonale zna solowy instrument (był w młodości obiecującym skrzypkiem), orkiestrę i formę. Doskonale partię solową wykonał skrzypek rumuńskiego pochodzenia Robert Dawidowicz.
W programie omawianego koncertu były też dwie amerykańskie kompozycje: światowa premiera Koncertu na skrzypce i perkusję Harolda Fabermana (obecnego na sali) oraz II symfonia Bernsteina, w której solistą był izraelski pianista Benjamin Hochman, grający trochę skromnie i bez charakteru inspirowaną jazzem partię fortepianową. Jeśli zaś chodzi o koncert Fabermana (Guillermo Figuerola, skrzypce, Simon Boyar, perkusja), to trzyczęściowe dzieło daje prawdziwą szansę do popisu perkusiście.
Do maestro Botsteina, jako że jest jednym z niewielu propagatorów polskiej muzyki w Ameryce, kieruję apel: może do następnego tego typu programu włączyłby jakieś dzieła innych dyrygentów, np. Skrowaczewskiego albo Krenza?
Israel Philharmonic Orchestra,
Lorin Maazel
Wspomniałem wcześniej o znudzonych repertuarem solistach. Okazuje się, że może jednak być coś znacznie gorszego: soliści na nowo "odkrywający" dawny repertuar. Przyszło mi to na myśl podczas koncertu Filharmonii Izraelskiej, w tym roku obchodzącej 70. rocznicę istnienia. Jej założycielem, co warto pamiętać, był wielki polski skrzypek Bronisław Huberman, który obserwując sytuację w hitlerowskich Niemczech postanowił zapewnić żydowskim muzykom z całej Europy bezpieczniejsze miejsce pracy. Ponieważ nie ma w całym muzycznym świecie bliższych sobie zespołów niż Filharmonia Izraelska i Nowojorska, dwa występy w Carnegie Hall poprowadzili Maazel i Mehta, ściśle związani z obiema orkiestrami. Maazel rozpoczął swój program dwiema krótkimi uwerturami: były to Hatikvah i O say, can you see, skądinąd znane jako hymny narodowe Izraela i Ameryki. W mniemaniu Maazela nawet hymnom narodowym niezbędna jest "interpretacja". Po słyszanej już w tym sezonie uwerturze Leonora Beethovena publiczność została uraczona - lub ukarana, jak w przypadku autora tej kroniki - interpretacją Koncertu skrzypcowego D-dur Beethovena z Maximem Vengerovem. Pierwsze dwie godziny 22-minutowego zazwyczaj Allegra były jeszcze do zniesienia: następny tydzień był trudniejszy do wytrzymania... Vengerov na szczęście nie przemyślał na nowo własnej kadencji i ta była prawdziwie podniecająca i formą, i wirtuozerią. Finałowe Rondo przywróciło mi trochę wiarę w solistę i dyrygenta. Już drugi raz w tym sezonie obdarzony zostałem przez skrzypka pochodzącego z rosyjskiej szkoły wiolinistycznej tego typu "głęboką interpretacją" Beethovena. Rozwiązanie problemu widzę w moratorium: niech grają muzykę innych kompozytorów, a Beethovena zostawią w spokoju!
W drugiej części programu Maazel dość pospiesznie przeszedł się po Obrazkach z wystawy Musorgskiego, również obdarzając je własną wizją dokładnie w miejscach, gdzie oryginał takich interpretacji nie przewiduje. Orkiestra, do dziś nieznana ze zdyscyplinowania, grała z należytym zapałem. Serdecznie witana przez publiczność, bardziej entuzjastyczną niż obeznaną, dowiodła, że można być zespołem światowej sławy bez światowego poziomu.
