Przegląd Polski 23 lutego 2007

POD INNYM KĄTEM

Watażka i wróżka

JAN ZIELIŃSKI

"Wyłania się bowiem z tych rozmów portret wielkiego Redaktora, męża stanu, romantycznego romantyka i przenikliwego polityka-realisty" - pisze w przedmowie Adam Michnik i jest to poniekąd potoczny wizerunek twórcy i redaktora Kultury Jerzego Giedroycia. Owszem. Ale z książki rozmów Barbary Toruńczyk, przeprowadzonych przed ćwierćwieczem, pokazuje się też zupełnie inny, nieoczekiwany obraz Redaktora: watażki, podżegacza, nieledwie anarchisty.

Lewa benzyna w klasztorze

Celem rozmów, prowadzonych w roku 1981 w Masons-Laffitte z Jerzym Giedroyciem i Zofią Hertz, było zapoznanie czytelników krajowych (część rozmów ukazała się wówczas na łamach pisma Res Publica, całość miała wyjść w książce) z historią powstania Kultury, z zapleczem intelektualnym pisma, z kręgiem współpracowników, wreszcie z życiem codziennym tego osobliwego "falansteru". Czytane dziś, kiedy na temat Jerzego Giedroycia i jego pisma wiemy bardzo dużo z niezliczonych książek, wywiadów, filmów i wystaw, Rozmowy w Maisons-Laffitte nabierają innej wymowy. Szuka się w nich tego, co odbiega od stereotypu, szuka się rzeczy zaskakujących. I znajduje.

Dobrym przykładem jest historia finansowania Kultury w pierwszym, włoskim okresie. Giedroyc opowiada, że z początku otrzymywał od Anglików pomoc rzeczową w postaci zużytego sprzętu i benzyny. Stare namioty sprzedawano włoskim harcerzom, był jednak problem z magazynowaniem benzyny, którą Anglicy pozwalali brać praktycznie bez ograniczeń: "nie było wiadomo, gdzie ją trzymać: to był czarny rynek, rzecz ścigana prawem zarówno przez Włochów, jak i przez Anglików. Więc myśmy to składowali w klasztorze włoskim. Właśnie dzięki Zygmuntowi [Hertzowi]. Był taki padre economo, który dał nam jakieś ogromne piwnice w jednym z klasztorów rzymskich, i tam składowaliśmy tę benzynę. Ma się rozumieć, padre economo dostawał swój procent w benzynie, na tym polegał cały ten interes. Tak, że to nam pozwoliło na stworzenie sobie jakiegoś funduszu".

Nie "brudne pieniądze CIA" zatem, tylko handel wojskową benzyną, przechowywaną w klasztornych piwnicach, leżały u podstaw finansowej niezależności Kultury. Zaiste, jak to podsumował Giedroyc, "romantyczne historie".

Loże, kluby i zakony

Jerzy Giedroyc umiał się otaczać ludźmi niezwykłymi, których biografie mogłyby stanowić kanwę powieści. Z portretów zamieszczonych w książce Barbary Toruńczyk najbardziej chyba do wyobraźni przemawia postać Stanisława Zaćwilichowskiego. Giedroyc wspomina początki jego znajomości z Piłsudskim: młody porucznik sztabu przyniósł w czasie zamachu majowego jakieś meldunki. Piłsudski zaczął z nim parogodzinną rozmowę i potem uczynił go sekretarzem gabinetu premiera Bartla. Zaćwilichowski zorganizował Klub Sekretarzy Ministrów (Giedroyc był sekretarzem ministra rolnictwa: "spotykaliśmy się - wszyscy sekretarze ministrów - raz na tydzień i załatwialiśmy sprawy ministerialne"). Przeszedł też przez Zakon Nieznanego Żołnierza ("coś w rodzaju loży masońskiej"). Inny, bardziej ludyczny charakter miał kolejny jego twór: spotykający się po knajpach Klub Złośliwych Szczeniaków (Zaćwilichowski "świetnie operował alkoholem"). Po upadku gabinetu Bartla Zaćwilichowskiego, mimo iż poza rosyjskim nie znał żadnego języka, wysłano do Genewy, do Ligi Narodów. "Po tygodniu jego stolik w kawiarni był znany w całej Lidze Narodów - wszyscy do tego stolika przychodzili". Zaćwilichowski zginął w wypadku samochodowym, nie mając lat dwudziestu ośmiu. Pozostał symbolem energicznego, prężnego działacza, uprawiającego politykę niekonwencjonalnymi metodami, najzupełniej nieformalnie. Ale z wdziękiem.

Czekanie na Scytów

W aneksie do książki znalazły się Skrawki rozmów - rzeczy pominięte w wersji opracowanej do druku w roku 1981. Najciekawszy jest pierwszy, zatytułowany Podróżować z Jerzym Giedroyciem. W obecnym wydaniu Barbara Toruńczyk tłumaczy, że fragment ten wycięła wówczas z rozdziału Myśleć o polityce "w obawie, że nie zostanie dobrze zrozumiany w Polsce" i proponuje, by czytając ten "skrawek rozmowy" wyobrażać sobie, że konwersacja ma miejsce w Orient Expressie. Cytuję - pomijając pytania Toruńczyk - pierwsze trzy kwestie, wypowiedziane przez Giedroycia:

"Wie Pani, tak sobie marzę, że byłoby dobrze, gdyby doszło do awantury".

"Do nowej wojny światowej".

"Wszystko by się rozwaliło. Wszystko. I tak można byłoby jeździć od kanału La Manche do Oceanu Lodowatego. Na taczankach. Byłby wtedy chaos niesłychany. Myślę, że to będzie rewolucja anarchistyczna. I wszędzie ma Pani już grunt pod to. Żadna ideologia: do głosu dojdzie cała ta dzisiejsza młodzież, to, co ona ma w głowach. To będą straszne rzeczy".

Po takim mocnym wstępie rozmowa rozwija się meandrycznie. Barbara Toruńczyk chciałaby przed spełnieniem się apokaliptycznej wizji Giedroycia zobaczyć jeszcze Rzym; on jest oburzony, nie rozumie pasji zwiedzania. Z jednym wyjątkiem, Mosulu, dawnej Niniwy, której wizję zachował po czterdziestu latach w plastycznym obrazie: "te kontury murów. Potem, trochę wyżej, są kościółki chaldejskie z IV wieku po Chrystusie, bardzo zabawne, potem jest miasto kurdyjsko-arabskie i na samym szczycie klasztorek dominikanów francuskich". Klasztor, dodajmy, z którego dobrze zaopatrzonej, także w świeckie książki, biblioteki Giedroyc chętnie korzystał.

Kolejny meander wiedzie do opisu ulubionego sportu Kurdów: polowania na dziki (trzeba dzika zabić sztyletem, ale nie można dopuścić do dotknięcia, bo to przecież świnia, zwierzę nieczyste) i do wspomnienia o polskich żołnierzach, którzy na Bliskim Wschodzie dokarmiali w czasie wojny miejscową ludność: "Kuchnia dostawała masę rzeczy, a w myśl przepisów angielskich to, co zostawało, trzeba było zakopywać w ziemi, zalewać ropą. Dla polskich żołnierzy to było nie do pomyślenia. Karmili tym dzieci arabskie, kurdyjskie, żydowskie (bo tam była masa Żydów), no i całe tabuny zdziczałych psów, które siedziały dookoła obozu i czekały, aż coś dostaną. To było bardzo śmieszne, wszystko to razem".

"Zaczynam wierzyć - komentuje Barbara Toruńczyk - że Pan rzeczywiście czeka na przyjście Scytów".

Zamachy i zrzuty

To są, powie ktoś, marginalia. Zgoda, ale i w głównym toku rozmowy raz po raz pojawiają się wątki, które pokazują buntowniczą, posuniętą do granic nieodpowiedzialności stronę natury Giedroycia. Na przykład wtedy, gdy miał zamiar zorganizować zamach stanu przeciwko Rydzowi-Śmigłemu, opierając się... wyłącznie na Kazimierzu Sosnkowskim. Giedroyc bardzo cenił Sosnkowskiego, uważając go za inteligentniejszego od Piłsudskiego, za człowieka, który "od razu widział całość", miał tylko trudność z podejmowaniem decyzji. I jeśli Sosnkowski nie dał się Giedroyciowi namówić na pachnący donkiszoterią, wręcz operetkowy zamach, to raczej nie dlatego, że trudno mu się było zdecydować, tylko dlatego właśnie, że widział całość.

Drugi przykład też wiąże się z osobą generała Sosnkowskiego. W trakcie długiej rozmowy, przeprowadzonej w rzymskim hotelu w trakcie powstania warszawskiego Giedroyc przekonał ponoć Sosnkowskiego do swego pomysłu, że dla ratowania legendy wojska polskiego należy wykonać spektakularny gest. Posłuchajmy:

"[...] zrobienie gestu, że Sosnkowski leci do Warszawy i tam ląduje.

- I ginie.

- Ma się rozumieć. I o to mi szło. Zresztą zaofiarowałem się, prawda, że z nim lecę, był cały szereg ludzi, którzy byli na to zdecydowani".

Czyż to nie piękna wizja: Sosnkowski, Giedroyc, Czapski, jeszcze paru oficerów parających się ponadto pędzlem lub piórem lądują na spadochronach w samym środku powstania warszawskiego pod kolumną Zygmunta. A jeśli by się udało? Wtedy śmiało mogliby wydawać Kulturę w Warszawie, a właściwie nie byłoby potrzeby. Robiliby na miejscu polską politykę.

Wiemy, jak potoczyła się historia, i nie chodzi o czcze spekulacje. Chodziło mi raczej o pokazanie, że z wydanych obecnie w pełnym kształcie Rozmów w Maisons-Laffitte 1981 wyłania się zupełnie inny obraz Jerzego Giedroycia.

Gra o wysoką stawkę

Taka przemiana okazała się możliwa dlatego, że rozmowy miały specyficzny kontekst, także personalny. Barbara Toruńczyk była dla Jerzego Giedroycia w pewnym sensie osobą z innej planety. Znamienna jest tu towarzysząca książce wkładka zdjęciowa. Pomiędzy fotografiami redaktora Kultury, Zofii Hertzowej i najbliższych współpracowników, Czapskiego i Jeleńskiego, znalazły się trzy zdjęcia Barbary Toruńczyk. Najciekawsze jest to z roku 1980, na którym przyszła twórczyni i szefowa kwartalnika oraz wydawnictwa Zeszytów Literackich siedzi uśmiechnięta w kimonie ("właśnie przyjechałam do Paryża i wzięłam kąpiel"), z papierosem w ręku i butelką szampana w tle. Ma wszystko przed sobą, wszystko do zdobycia.

Dla Giedroycia rozmowy z dużo młodszą i piękną kobietą, która przybyła z kraju, mając za sobą marcową przeszłość kombatancką, przyjaźń z Michnikiem i współpracę z warszawskimi neokonserwatystami (wspólne wydawanie drugoobiegowego pisma Res Publica), miały w sobie zapewne coś odświeżającego, coś, co prowokowało do paradoksów i do szczypty nieodpowiedzialności. Nie przypadkiem Toruńczyk powiada w pewnej chwili o sobie: "powiem jak wróżka". Tak, to była rozmowa z wróżką, z sylfidą. Rozmowa odprężająca i wyzwalająca. A dopiero w podtekście tkwiła zupełnie poważna gra o rząd dusz. Sprawa wykrystalizowała się po wprowadzeniu stanu wojennego, kiedy Barbara Toruńczyk, Wojciech Karpiński, Adam Zagajewski i inni znaleźli się na emigracji i kiedy dojrzał pomysł wydawania nowego pisma. Załączona do książki dokumentacja pokazuje, jak starano się zdobyć Giedroycia dla tej idei. Giedroyc stanowczo się na ten projekt nie zgodził i dziś tylko tytuł - Zeszyty Literackie - przypomina, że pierwotnie miał to być poniekąd literacki odpowiednik Zeszytów Historycznych.

Nie udał się zamach stanu, nie doszło do skoku Sosnkowskiego, nie wybuchła w Europie rewolucja anarchistyczna, szef Instytutu Literackiego nie podjął się wydawania Zeszytów Literackich. Ale niektóre plany nic nie tracą na niespełnieniu, jako takie są piękne.

Barbara Toruńczyk, Rozmowy w Maisons-Laffitte, 1981. Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa 2006, s. 200 plus spis fotografii, indeks nazwisk, cena 12 dol. plus 6,50 dol. porto w przypadku zamówienia z wysyłką (do nabycia w Księgarni Nowego Dziennika)
tel. (212) 594-2386
e-mail: ksiazki@dziennik.com
strona internetowa:
www.ksiazkionline.com

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail