Przegląd Polski 2 marca 2007

Dzieje grzechu

JOANNA ROSTROPOWICZ-CLARK

Co czynić z sądami o ludziach?

Leopold Tyrmand w przedmowie do Dziennika 1954

Jerzy Andrzejewski, Tadeusz Borowski, Kazimierz Brandys, Tadeusz Konwicki, Adam Ważyk, Wiktor Woroszylski są tu nazwani "bohaterami naszej książki" i znów - tak przecież jako pisarze i osoby odmienni - zbiorowo postawieni pod sąd. W zamierzeniu autorek Lawiny i kamieni, Anny Bikont i Joanny Szczęsnej, jest to sąd antylustracyjny, a więc sprawiedliwy, w którym długie lata zadośćuczynień za jedną winę powinny zetrzeć jej stygmat. O tym, że obrońca zwycięży nad prokuratorem, siła wybaczenia nad uporem nietolerancji, mówi dedykacja: "Adamowi Michnikowi, który wymyślił tę książkę". Jej bohaterowie woleliby zapewne, żeby jej nie wymyślił, wychodząc ze słusznego założenia, że będzie miała więcej czytelników niż bezlitosne na nich ataki neoendeków.

Skazać czy uniewinnić?

Ale przed neoendekami byli Zbigniew Herbert i Gustaw Herling-Grudziński, zbyt wielcy adwersarze, aby nie udzielić im głosu w wolnej, przy drzwiach otwartych, rozprawie. Dla złagodzenia ostrza ich oskarżeń autorki cytują piękne zdanie Zbigniewa Herberta z wywiadu udzielonego Jackowi Trznadlowi dla jego Hańby domowej (1986): "Diabeł wynajmuje wnętrze człowieka, ale nie na stałe". Poeta, jeden z tych, którzy w latach stalinizmu nie ulegli presjom pokus i prześladowań - choć wini pisarzy-kolaborantów nie tylko za to, że klaskaniem mieli obrzękłe prawice, ale i za poparcie dla popełnianych przez krajową delegaturę Kremla zbrodni - traktuje ich więc poniekąd jako bierne narzędzie szatana. Diabeł wszedł i diabeł wyszedł. Trochę inaczej, nie angażując w sprawę demonologii, sądził zniewolonych intelektualistów, nie tylko w Polsce, Herling-Grudziński: "Sami sobie są winni. Chcieli być elitą ponad wszystkimi i wstąpili na służbę totalitarystów. Sprostytuowali się w faszyzmie, nazizmie i komunizmie" (Najkrótszy przewodnik po sobie samym). Niechętne temu werdyktowi autorki odwiedziły, wkrótce przed jego śmiercią, autora Innego świata z "dowodami" kontaktów Zbigniewa Herberta z agentami UB. Relacja z tych odwiedzin stanowi szczególnie rażący, końcowy rozdział Lawiny.

Słowo lawina wskazuje na linię obrony sądzonych przez historię i prawicę pisarzy. Sugeruje bowiem interpretację żywiołową, wielką i nagłą nawałnicę, jakiej tylko bardzo nieliczni mieli siłę lub czas się oprzeć. Ale z najrozmaitszych dokumentów z pierwszej powojennej dekady - przedstawionych przez autorki z trudnym tu do uniknięcia satyrycznym zacięciem - wyłania się obraz nie tyle burzy i naporu, ile stopniowego brnięcia gromadki utalentowanych, a nawet wybitnych literatów z różnych pokoleń i środowisk w makiawelicznie zastawioną na nich pułapkę. Podobnie stopniowy i początkowo ostrożny był potem wysiłek wychodzenia z matni. Kamienie, drugie efektowne słowo tytułu, toczyły się nierówno, a jeśli trafiały na barykady, to wznoszone rękami robotników do wtóru pieśni kościelnych - choć pojawiały się tam i kartki z wierszami zbuntowanych poetów.

Tłumacząc swoje poparcie dla narzuconego Polsce systemu władzy, Czesław Miłosz pisał (Zaraz po wojnie. Korespondencja z pisarzami 1945-1950), że czuł się "chwiejny, miotany sprzecznościami, niezdecydowany", przede wszystkim ze względu na "pustkę z drugiej strony". Był to potężny argument. Zachód Polskę zdradził, oddał Stalinowi. Ci Polacy, żołnierze i pisarze, którzy doświadczyli po wojnie emigranckiego losu w krajach alianckich, byli tam traktowani jak niewygodni petenci, żałośni marzyciele o III wojnie światowej. Do wyboru w kraju pozostały w zasadzie trzy drogi: skazanego na klęskę romantycznego oporu, akceptacji nowego ustroju z nadzieją, że będzie łagodniejszy niż na Wschodzie, i biernej rezygnacji na zewnątrz, bo trzeba jakoś żyć, z jednoczesnym wewnętrznym zachowaniem wierności starym wiarom i obyczajom. To do trzeciej grupy należała większość społeczeństwa - i to ona w latach 80. uderzyła rzeczywistą lawiną na osadzony w Polsce przyczółek imperium zła. Natomiast grupa druga, ten odłam "inteligencji twórczej", który poparł ustrój, była stosunkowo niewielka. Po przeprowadzce z Łodzi do Warszawy łatwo się mieściła w dwóch salkach stołówki Związku Literatów przy Krakowskim Przedmieściu, gdzie skromny, ale pożywny obiad, jak pisał w swoim bezcennym Dzienniku 1954 (niecytowanym przez autorki) Leopold Tyrmand, kosztował siedem złotych.

Z niewiary wiara

Najbardziej zróżnicowane było pokolenie seniorów: garstka przedwojennych komunistów (Broniewski, Watt, Ważyk), sporo postępowych liberałów, tradycjonalistów i awangardzistów (Iwaszkiewicz, Dąbrowska, Słonimski, Przyboś...), młodsi od nich przedwojenni debiutanci z lewa, z prawa i z środka (Kazimierz i Marian Brandysowie, Kott, Jastrun, Andrzejewski, Gałczyński, Paweł Hertz, Rudnicki...), wszyscy poturbowani wojną, Żydzi i nie-Żydzi, ci, co przeżyli w kraju i co wrócili z tułaczek na Wschodzie i Zachodzie, połączeni pragnieniem odnowy, odrodzenia. Dołączyli do nich najmłodsi, z partyzantek i obozów (Borowski), z AK (Bratny, Konwicki), z ocaleń na aryjskich papierach (Woroszylski) i z powrotnych transportów z Rosji do Polski (Mandalian), bo chcieli jawnie żyć, uczestniczyć w odbudowie. Ulegli wcale niegłupim perswazjom, z ust choćby tak ujmującej postaci, jak Jerzy Borejsza (jego brat objął władzę nad resortem bezpieki), ulegli wreszcie uniwersalnej pokusie łatwego dostępu do druku. Czy istniał jakiś wspólny mianownik, który połączył tych kilkuset starych wiarusów i neofitów doktryny dyktatury proletariatu? Jeśli nie ufność w sterników nawy państwowej, o których jeszcze wczoraj nikt nic nie słyszał, jeśli nie cyniczny koniunkturalizm (A gdy komuna weźmie ster, zapiszę się do PPR, śpiewała w 1945 r. łódzka ulica), to niewątpliwą cechą wspólną całej gromadce była niechęć do Kościoła, a ogólniej, do religii. Do "ciemnogrodu". A przecież naczelnym przeciwnikiem komunistycznego reżimu, przeciwnikiem w programie zniewolenia narodu, tępionym od pierwszej do ostatniej chwili istnienia PRL-u, był Kościół katolicki.

W książce Anny Bikont i Joanny Szczęsnej ten wątek nieustannej wielkiej batalii potraktowany jest marginalnie. Zapewne tłumaczy to fakt, że - jak piszą przy okazji słynnej sprawy listu biskupów polskich do biskupów niemieckich (1964) - "... w tamtym czasie dla bohaterów naszej książki relacje państwo-Kościół, a też oświadczenia Episkopatu, to były sprawy odległe". I zaraz cytują opinię w tej kwestii Adama Michnika (Kościół, lewica, dialog): "Ludzie laickiej lewicy skłonni byli interpretować walkę Kościoła jako walkę o uzyskanie konkretnych przywilejów", w czym nie mieli racji, "bo szło o totalizację duchowego i politycznego życia Polaków". Z większym polotem i znacznie wcześniej ocenił rolę Kościoła w powojennej Polsce Leopold Tyrmand w Dzienniku 1954. Pisał, w związku z likwidacją w 1953 Tygodnika Powszechnego: "W Polsce katolicyzm nie miał się co rozliczać z hitleryzmu i jego krwawej spuścizny: należał do dobrego towarzystwa ofiar, a nie konspiracji Piłatów, tak częstej na Zachodzie. Natomiast nowa, ponętna rola rysowała się dlań pośród historycznych przemian: schronienie dla wolności sumienia i myśli w obliczu nowej dogmatyki ciążącej wyraźnie ku neoobskurantyzmowi". Można się jedynie bić w głowę, jak to się stało, że tak zawzięcie atakując Kościół - kardynałów i biskupów, kler obok "kułaków", i ogólnie "fideizm" - absolwenci najlepszych polskich uniwersytetów, przedwojenne tuzy racjonalizmu, ironii i tolerancji stali się dogmatykami fanatycznego kultu Partii, jej bożka Stalina, jej świętych - Lenina i Dzierżyńskiego. "Czerwony kat", mówiła o tym ostatnim moja babcia, jak większość nie dziś urodzonych Polaków. Jej postępowe córki - dobrze pamiętam polityczne kłótnie przy coraz biedniejszym świątecznym stole - chciały wierzyć w socjalizm. Budujemy nowy dom, Warszawo... A prześladowania AK-owców? Sfingowane procesy! Więziony i torturowany Kazimierz Moczarski, którego rodzina była zaprzyjaźniona z naszą rodziną? A Katyń! W każdym inteligenckim domu toczyły się i ponuro milkły te spory. Nikt, z wyjątkiem Woroszylskiego, nie mógł "nie wiedzieć".

Z dymów złudzenia, z kurzu krwi bratniej

Fanatyzmom sprzyja izolacja. Przychodzi na myśl towiańszczyzna, udział Mickiewicza i kilkudziesięciu światłych polskich emigrantów po powstaniu listopadowym w zniewalającym Kole Bożym. Jednak ich bezsilna emigrancka izolacja była historycznie innego rodzaju niż sterowana klikowość proreżimowego środowiska krajowej inteligencji po 1945 r. Współdziałały tu czynniki obiektywne (wojna, utrata rodzin, dyslokacje) z subiektywnymi, z pragnieniem uczestnictwa w "dziejowej przemianie". Złudzenia o misji inżynierów dusz wspierały skromne, ale w tamtych latach niebagatelne korzyści materialne. Proces rozczarowań rozpoczął się już po kilku latach, nierównomiernie i bynajmniej niejednogłośnie, dowcipami w kuluarach zjazdów Związku Literatów, złośliwymi plotkami o czołowych ortodoksach, warszawskim humorkiem - o czym wiele w Lawinie i kamieniach. Wczesną wiosną 1951 r. partyjna kawiarnia literacka zadrżała na wiadomość o ucieczce na Zachód Czesława Miłosza. W 1952 r. uderzył następny grom: samobójcza śmierć Tadeusza Borowskiego. W jego genialnych opowiadaniach oświęcimskich zło katów zarażało ofiary, mógł więc, po pięciu latach ślepej służby w domu zarazy, rozpoznać w sobie jej nieuleczalne piętno. Bikont i Szczęsna piszą (nie zdradzając jej nazwiska), że był zakochany w dziewczynie z rodziny tradycyjnie patriotycznej. Kilka dni przed śmiercią jego żona Maria urodziła córkę, była w szpitalu - ale ten ostatni dzień spędził z nową ukochaną i jest bardzo prawdopodobne, że rozmawiali także na tematy polityczne, że dziewczyna powiedziała mu coś o losie ludzi, z którymi oboje byli blisko w latach okupacji. Coraz trudniej było nie chcieć wiedzieć.

Coraz trudniej było też trwać w złudzeniu twórczej misji. Władze partyjne traktowały pisarzy jak uczniaków, kazały im poprawiać i przepisywać wiernopoddańcze wypracowania, wzywały do kancelarii na wychowawcze pogadanki. W 1954, rok po śmierci Stalina, Tyrmand notował scenkę z zebrania Związku Literatów: "Pastwiono się nad niejakim Konwickim - młodym literatem, posłusznym i oddanym członkiem partii i wszelkich jej młodzieżowych przybudówek. Napisał opowiadanie o miłości. Z wszystkimi akcesoriami jak trzeba: młody oficer UB, (...) w łóżku nieustannie mowa o proletariacie. A jednak okazało się, nie takie. Ludzie w wieku przydrożnych kamieni, o powierzchowności karłów i maszkar - Melania Kierczyńska, Adam Ważyk - informowali ludzi w średnim wieku o normalnym wyglądzie, co to jest spółkowanie - dojrzałe, klasowo odpowiedzialne, a nie animalistyczne, wynaturzone, amerykańsko-imperialistyczne". Scena jak z Małej apokalipsy Tadeusza Konwickiego, tylko maszkary inne. Więc od cenzury, od braku papieru i odmów publikacji, od pisarskiego mięsa rozpoczął się bunt. Zarazem - od zmiany klimatu w Moskwie i zaistnienia szczeliny w żelaznej kurtynie. Wieści z Polski zaczęły docierać na Zachód i vice versa.

Autorki słusznie twierdzą, że nie Poemat dla dorosłych Ważyka (1955) przerwał tamę, że wcześniej pojawiły się w druku odwilżowe utwory Brandysa, Andrzejewskiego i innych. Ale Poematem Ważyk wyszedł poza problemy inteligenckie: ruszył w straszliwie, fizycznie i moralnie zdewastowaną Polskę, z Nową Hutą jako symbolem zdziczenia i nędzy. Napisał, że po dwudziestu latach nieobecności wrócił do domu. Po czym zamilkł na tematy polityczne, a na pytania o swój über alles stalinizm odpowiadał: "Byłem w domu wariatów".

Pozostali bohaterowie Lawiny nie tylko przeszli do opozycji, nękani za to zakazami druku i ubeckimi szykanami, ale w całej ich już do końca życia twórczości pasowali się z tematem prawdy i fałszu, wolności i zniewolenia. Dwie trzecie Lawiny i kamieni to kronika ich, i wielu innych, udziału w protestach przeciwko reżimowi, z historią Marca '68, KOR-u, lat 80. Czyta się to jak powieść, pełną fascynujących, odważnych i jak za dawnych lat cudownie dowcipnych postaci (Słonimski, Stryjkowski, Jasienica, Kisielewski, Kijowski, Paweł Hertz, Wirpsza, Marian Brandys i jego żona Halina Mikołajska...), a także dużych i małych oportunistów, partyjnych bonzów, Warszawy SPATiF-u i wreszcie - bo Jan Paweł II! - pełnych kościołów. Choć ze środowiska pisarzy tylko Stefan Kisielewski, zawsze niezależny katolik, został faktycznie pobity przez nasłanych zbirów, represje dotknęły wszystkich niepokornych. Nawet surowy Herling-Grudzinski, pisząc o nielegalnej prasie i "drugim obiegu", przyznał, że mieli odwagę. "Nie chodziło o to, żeby walczyć z komunistami siłą, chodziło o to, żeby - po latach terroru psychicznego - porwać się na rzeczy, które wymagają odwagi i ryzyka" (Najkrótszy przewodnik po sobie samym).

Świadectwo literackie

Pozostała kwestia stosunku do niechlubnej przeszłości. Czy czuli się winni? Autorki, które same przepytywały już bardzo starych bohaterów tej opowieści, uznały, że do dna sumienia żaden nie otworzył. Kazimierz Brandys twierdził, że to nie jest możliwe, że nikt nie jest w stanie mieć pełnego wglądu w swoje wnętrze. Jeśli, to pośrednio, w książkach, w literaturze... Nie tu miejsce na jeszcze jedną analizę tak dużego tematu. Żadne jednak wybitne dzieło rozrachunkowe nie przychodzi na myśl. Może najlepszym autoportretem pisarza jako młodego komunisty, w okupowanym przez Sowietów Lwowie, okazał się Wielki strach Juliana Stryjkowskiego, a rachunkiem sumienia jego powrót do religii ojców w Śnie Azrila i późniejszych utworach. Brandys inteligentnie medytował. Konwicki albo mistrzowsko kpił, albo wracał do Wilejki. Wiktor Woroszylski, romantyczny ideowiec, którego konwersja nastąpiła w Budapeszcie w 1956 r., jakoś nie mógł dopuścić do siebie myśli, że gdyby powstanie wybuchło wtedy w Polsce, mógłby znaleźć się wśród linczowanych reżimowców. W mgliście autobiograficznej powieści Literatura ledwie napomknął o żydowskim losie swojej rodziny, męczył się z samookreśleniem. "Żeby napisać tę książkę, muszę wcielić się w siebie samego, a to jest dużo trudniejsze niż wcielanie się w innych, jeśli wręcz niemożliwe, bo w tym celu muszę najpierw wyjść z siebie... " - brnął, naśladując styl Gombrowicza. Więcej dał z siebie w świetnych monografiach o Majakowskim i Sałtykowie-Szczedrinie.

W zakrojonej na dzieło życia (i Nagrodę Nobla?) Miazdze Jerzy Andrzejewski wcielił się w postać pisarza Adama (nomen omen) Nagórskiego. Rzecz dzieje się - i jest pisana - na przełomie dekady 1960/70, ale Nagórski przebiega pamięcią liczne fragmenty swojej biografii, omijając nieomal całkowicie dekadę powojenną. Są tu urywki z dziennika, pomysły opowiadań, mowy pogrzebowe, i w jednej z takich wstawek, dotyczącej mszy żałobnej za Kazimierza Wierzyńskiego, wyrywa się wybitnemu prozaikowi przejmujące wyznanie: "... pisząc Mszę za poetę, a właściwie pisząc mszę moją własną, mszę mojego życia, wszystko to przemilczałem, i wiele innych spraw, myśli przeżyć i zdarzeń przemilczałem, ponieważ?... ponieważ? wobec samego siebie chcę się wydać lepszy aniżeli jestem? brak mi odwagi, aby zejść z urojonego i nieurojonego pomnika?".

Wyzwanie Borowskiego: pisz, jakbyś to ty był winny - nie zostało podjęte przez pisarzy uwikłanych w tamten nieszczęsny rozdział polskiej historii. Ale ilu twórców, gdziekolwiek i kiedykolwiek, sprostało takiemu wyzwaniu?

Anna Bikont, Joanna Szczęsna, Lawina i kamienie. Prószyński i S-ka, 2006, s. 584, cena 34 dol. plus 6,50 dol. porto w przypadku zamówienia z wysyłką (do nabycia w Księgarni Nowego Dziennika)
tel. (212) 594-2386
e-mail: ksiazki@dziennik.com
strona internetowa: www.ksiazkionline.com

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail