Przegląd Polski 2 marca 2007
- Dzieje grzechu - Joanna Rostropowicz-Clark
- Kartki ze skażonej strefy - Ewa Berberyusz
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Alicja w krainie słów
"W życiu piękne są tylko chwile" - oznajmia światu cytat z piosenki Naiwne pytania zespołu Dżem, wycięty w desce ławki na punkcie widokowym. Jemy kanapki - nie z dżemem, a z szynką, uszykowane przez zaradną Tosię S., i podziwiamy dorodne psy, przyprowadzane tu przez właścicieli na podziwianie widoków Dołów Jasielsko-Krośnieńskich. Ale bardziej jeszcze niż spaniele i wyżły podziwiamy godność i spokój malujące się na twarzach przedstawicieli naszego gatunku, patrzących z wysokości ich dumnie podniesionych głów - niczym głowa niegdysiejszego właściciela narodu etiopskiego i małego pieska rasy japońskiej o imieniu Lulu - gdzieś hen, daleko, a już na pewno nie pod nogi, wytrenowane w unoszeniu się ponad produktami przemiany materii swych czworonogów...
Piosenkę Dżemu po raz pierwszy usłyszałem kiedyś w taksówce jadącej w kierunku Kolonii Stasziców na warszawskiej Ochocie. Gdy Rysiek Riedel skończył śpiewać, usłyszałem w radiu, że dzisiaj Ryszard Kapuściński obchodzi urodziny. W narożnej kwiaciarni przy Nowowiejskiej kupiłem dwa skromne tulipany - dla Mistrza i Alicji (nie wiem, dlaczego "tulipany", o ileż ładniej byłoby: "tulipanie"...). To była piękna chwila, gdy uśmiechnięta dama zapytała, skąd wiem, że razem z mężem obchodzą urodziny tego samego dnia? Odpowiedziałem, zgodnie z prawdą: od pani...
Przyjechałem na śniadanie, ale tuż po ostatnim kęsie i łyku kawy brzydsza połowa rodziny udała się do pracowni, a piękniejsza pozostała przy stole. Co jakiś czas dzwoniły telefony i wtedy Alicja przeżywała dylematy, zbliżone do przygód Alicji w krainie czarów: przyjąć życzenia in absentio czy wejść do pracowni na poddaszu, gdzie mąż, niczym afrykański czarnoksiężnik, wyczarowywał zdania z hebanu wiedzy, pamięci i talentu, jakby napisał marny poeta, albo niczym czarny od węgla górnik wydobywał w udręce, w pocie czoła i palców, czarne diamenty słów. Tak by z kolei napisał marny prozaik, albo i felietonista, co to ni pies, ni wydra...
Siedzieliśmy przy stole, pili kolejne herbaty i rozmawiali. Urodzinowy dzień mijał szybko, a razem z nim piękne chwile w oczekiwaniu na tekst, powstający piętro wyżej. Była w tym oczekiwaniu rażąca niestosowność: tam trwała znojna praca, prawdziwa walka o każdy sens, odcień słowa, każdą myśl, podczas gdy tutaj, w cieple herbaty i rozmowy, panowało święto, odprężenie, wytchnienie. Znowu zadzwonił telefon, tym razem z Nowego Jorku. Pani Alicja rozpromieniała, bo dzwoniła bliska przyjaciółka obojga. Po chwili rozmowy solenizantka położyła słuchawkę obok telefonu i weszła do kuchni. - Miałam Rysiowi nie przerywać - rzekła - prosił, aby nie robić żadnych wyjątków, bo kończy kolejny odcinek Hebanu, ale ten telefon na pewno go ucieszy...
Poszła na górę. Ryszard zszedł do telefonu, ucieszył się, odbył przemiłą i niekrótką pogawędkę, pełną ciepłych słów i licznych podziękowań za pamięć i życzenia, po czym gwałtownie odłożył słuchawkę i niemal zrozpaczony powiedział smutnym głosem, że mu się zerwał wątek, że stracił koncentrację, że wszystko na marne... Podreptał więc czym prędzej na górę wiązać zerwaną nić. Pracował jak galernik do wieczora, zszedł dopiero na kolację. Udało mu się powiązać wątki, utkać kilka kolejnych zdań...
Po skromnym posiłku wyjął z szafki litewski winiak i zaprosił mnie do swojej krainy czarów. Alicja pozostała na dole, zajęta odpowiadaniem na kolejne telefony. Każdy, jak zawsze, skrzętnie zapisywała w specjalnym zeszycie - od kogo, w jakiej sprawie, w jakim terminie, co przekazać mężowi, etc. Pisarz czytał na głos zdania napisane w dniu swoich urodzin. Nie miały nic wspólnego ze świętem. Były pełne bólu i troski, pobrzmiewały w nich echa tańców afrykańskich wojowników. Chodził po pracowni w takt sylab, jakby tańczył dookoła ogniska w afrykańskiej wiosce, przystając tam, gdzie kropka, stąpając po niezbędnych gdzieniegdzie przymiotnikach jak po rozżarzonych węglach, podnosząc nogi w chwilach zawieszeń, tam gdzie średniki, pomagając sobie w lekturze ręką, jakby rozgarniał wysokie trawy sawanny albo dyrygował...
To były piękne chwile. I to było dawno, blisko dziesięć lat temu. W najbliższą niedzielę Alicja Kapuścińska usiądzie do śniadania bez męża, z którym obchodziła 54 razy wspólne urodziny - nawet gdy był w tym czasie poza Polską. Może będzie tego dnia odpoczywać, a może pracować, tak jak pracowała razem z nim, w świątek i piątek, w imieniny czy urodziny, aby ocalać i uwydatniać jego dzieło, ocalać i uwydatniać... A po wąskich uliczkach Kolonii Stasziców, zasypanej teraz śniegiem, po Sędziowskiej i Prokuratorskiej, Trybunalskiej i Prezydenckiej spacerować będą pieski, dziwiące się swoimi psimi rozumami, dlaczego ich żywiciele tak wysoko unoszą głowy i nogi (głowonogi?!), ponad psie głowy, gdzieś ku niebu pełnemu gwiazd (i z prawem moralnym w sobie), jakby byli sędziami i prokuratorami, a nawet prezydentami, a kto wie, może nawet i cesarzami? No tak, ale to są już naiwne pytania ze starej piosenki...
