Przegląd Polski 9 marca 2007
- Jodły zaszumiały w Sarasocie - Chris. M. Klimiuk
- MIĘDZY BROADWAYEM A HOLLYWOOD - Nasz komik w Metropolitan i Hollywood - Mariola Szydłowska
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Święty Ryszard
w ludzkim stylu
Minionej niedzieli wypadała 75. rocznica urodzin Ryszarda Kapuścińskiego. Radiowa Dwójka przez cały dzień nadawała fragmenty jego książek, nagrane kiedyś rozmowy, dyskusje. Dzień upływał pod znakiem "cesarza reportażu", ale coś wisiało w powietrzu. Wreszcie, po wizycie na grobie pisarza w "alei profesorskiej" na Wojskowych Powązkach, w towarzystwie Alicji Kapuścińskiej, obchodzącej urodziny tego samego dnia co mąż, zasiedliśmy, razem z Izabellą Wojciechowską (urodzoną także 4 marca!), do pysznego placka z żurawiną. Alicja podała herbatę i zaczęła odbierać telefony od znajomych, nie tylko z życzeniami. Rozmówcy byli oburzeni. Chodziło o wywiad z Jerzym Nowakiem i jego żoną Izabellą, bliskimi przyjaciółmi pisarza.
Ryszardowi Kapuścińskiemu nie wszyscy polscy koledzy po piórze wybaczyli jego światową karierę. Sławny reporter był zawsze powodem do dumy, można było imponować zagranicznym przyjaciołom znajomością z jednym z najskromniejszych i zarazem najwybitniejszych oraz najbardziej znanych w świecie Polaków, ale już w kraju z ocenami jego rozgłosu bywało różnie. Jak królika z kapelusza wyciągano w rozmowach jego "lewicowość". W domyśle: ktoś, wycierający kiedyś dziury w zetempowskiej koszuli nie może reprezentować ideologii człowieka wolnego, przynależącego do kultury Zachodu. Przez wszystkie te lata, gdy popularny w środowisku "Kapusta" przemierzał świat, w świecie spotykały go wyrazy uwielbienia, honory i zaszczyty, na co w Polsce czasami robiono do siebie oko: nie wiadomo, kto mu to załatwił? W polskiej mentalności nie bardzo mogło się pomieścić, że świat docenił Polaka tylko i wyłącznie za jego wybitność.
No i w końcu wyszło szydło z pielgrzymiego worka autora Podróży z Herodotem. Demaskowania jęła się Anna Bikont na łamach Gazety Wyborczej, w wywiadzie zatytułowanym "Święty Franciszek w stylu macho". Ten dziennik najwyraźniej postanowił poświęcić swego autora w imię wyższych racji. Możemy się tylko domyślać, jakie to są racje. W czasach powszechnej lustracji wszystkich przez wszystkich Gazeta Wyborcza nie mogła pozostać w tyle. Postanowiła przetrzepać podróżny worek Kapuścińskiego. Wypadły z niego, oczywiście, pieniądze. Dowiedzieliśmy się oto, że Ryszard Kapuściński postanowił zrobić światową karierę za pomocą 4600 (czterech tysięcy sześciuset) dolarów amerykańskich, za które wynajął w Nowym Jorku tłumacza tudzież wydawnictwo i nakazał wylansowanie swojej twórczości na amerykańskim i światowym rynku (sic!). Stało się to, co prawda, po amerykańskim sukcesie Cesarza, dlatego miał tak zawrotną sumę w kieszeni, ale jak się okazało, wydawnictwo i tłumacze, którzy doprowadzili polskiego reportera na szczyty światowego parnasu, robiąc kongenialne tłumaczenie, musieli albo go "oszukać", jak czytamy w wywiadzie, albo zawieść jego nadzieje, skoro się od nich odciął i poszukał sobie lepszego wydawcy i lepszego tłumacza.
Anna Bikont pofatygowała się aż do Brukseli, by uzyskać te "rewelacje". Szkoda, że nie zadzwoniła do tłumaczy Cesarza, przebywających od lat nad Wisłą, szkoda wreszcie, że nie zastanowiła się nad tym, co robi. A zrobiła rzecz niepojętą, niemieszczącą się w kategoriach etycznych i w słowniku Ryszarda Kapuścińskiego. On taki przecież nigdy nie był. Pisał i mówił przez całe życie przeciw mentalności niewolnika, przywleczonej do Polski, jak wstydliwa choroba, z czeluści imperium zła. Nie do pomyślenia było, aby kogokolwiek oskarżył o to, że go "oszukał". To był człowiek delikatny, uważny, posiadający dar empatii. Autorka chciała widocznie, jak każdy dziennikarz, dopisać się do rosnącej dziś w Polsce listy autorów rozprawiających o Kapuścińskim, ale zabrakło jej wyobraźni, albo dobrej woli, by skonfrontować "odkrycia" z wywiadu z ambasadorem Polski przy NATO - z żyjącymi świadkami i uczestnikami światowego sukcesu Ryszarda Kapuścińskiego: wdową Alicją Kapuścińską i tłumaczami Katarzyną Mroczkowską-Brandt i Williamem Brandtem.
Kapuściński znany był i ceniony przez swoich tłumaczy właśnie za lojalność wobec nich. Opowiadają o tym szczegółowo w książce Bożeny Dudko. Przyprawianie mu gęby "macho" jest, najdelikatniej mówiąc, niemądre. Ten wrażliwiec o duszy poety wychodził z największych opałów właśnie dlatego, że nie był żadnym "macho". Nie był też świętym Franciszkiem. I nie mógł "samemu" lansować się w Ameryce nie tylko dlatego, że jest to niemożliwe, ale też dlatego, że kombinatorska mentalność nie była światem wartości Ryszarda Kapuścińskiego. Anna Bikont ma na pewno telefon i musiało jej zostać co nieco z sumy wyasygnowanej przez Gazetę Wyborczą na zagraniczną podróż śladami plotki - aby dojechać na Kolonię Staszica i zapytać wdowę po pisarzu, czy przypadkiem bliski przyjaciel rodziny nie oddalił się w wywiadzie od prawdy. Tym bardziej, że mieszka na tej samej Kolonii Staszica.
Nie zrobiła tego z sobie tylko znanych powodów. Z wywiadu wyszedł zakalec. I masz babo placek...
