Przegląd Polski 16 marca 2007
- Polski teatr dzisiaj - Z Tomaszem Miłkowskim, krytykiem literackim i teatralnym, rozmawia Justyna Hofman-Wiśniewska
- Kapumafia wyszła z cienia - Marek Kusiba
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Polski teatr dzisiaj
Z Tomaszem Miłkowskim, krytykiem literackim i teatralnym, rozmawia Justyna Hofman-Wiśniewska

Jaki jest syntetyczny obraz współczesnego polskiego teatru?
Po okresie niepewności, kiedy się załamały dawne struktury, kiedy umarł teatr aluzji politycznej i trzeba było szukać nowego języka porozumienia, kiedy zakręciły się kurki z pieniędzmi, które lały się strumieniem bez względu na to, czy widz do teatru przychodził, czy nie, kiedy w teatrze można było pracować tak samo bezpiecznie jak na poczcie, polski teatr odzyskuje równowagę. Większość stałych teatrów przetrwała. Nie padły pod ciosami reform, są stale dotowane z kasy państwowej lub samorządowej i w coraz większej mierze przez prywatnych sponsorów. Część z nich zmieniła formułę, stała się teatrami impresaryjnymi, np. w Warszawie takim teatrem jest Teatr na Woli, Komedia, Prezentacje. Obecność teatru na polskim rynku kulturalnym wręcz się zagęściła. Powstały - i ciągle powstają - teatry offowe, prywatne, komercyjne, jak Buffo, Teatr Polonii Krystyny Jandy czy też półkomercyjne, jak Montownia, scena w Fabryce Trzciny czy w Fabryce Wódek w Warszawie. Nastąpiły więc istotne, korzystne zmiany organizacyjne.
Najistotniejsze jednak są zmiany repertuarowe...
Otóż to. Tu walczy we mnie dusza kogoś, kto ma pewien szacunek dla tradycji, klasyki, tego, co się nazywa porządnym teatrem dramatycznym, a dużym otwarciem na to, co nowe.
Z klasyką nie jest najlepiej.
Jest całkiem niedobrze. Zeszła jakby do trzeciego rzędu. Na tzw. prowincji nadal dominuje teatr lektur, z czego jakiś pożytek może i jest, ale nie za duży.
Jak to? Zawsze mocno podkreślano pożytek z takiego teatru.
Robi frekwencję - to wszystko. W większych ośrodkach klasyka jest wykorzystywana do nachalnej próby wpisywania - zawsze tak było - w teksty klasyczne własnych frustracji, niemających wiele wspólnego z tekstem oryginalnym. Gdyby to były jakieś diagnozy, jak to kiedyś bywało, życia społecznego, państwowego, obyczajowego...
Poważnych prób zderzenia rzeczywistości z klasyką jest niewiele, chociaż się zdarzają. W Teatrze Narodowym np. Kosmos Witolda Gombrowicza w reżyserii Jerzego Jarockiego ze świetnymi kreacjami Zbigniewa Zapasiewicza i Anny Seniuk, wcześniej w Teatrze Powszechnym Król Lear, także Król Lear w Teatrze na Woli w reżyserii Andrieja Konczałowskiego - to jakaś pociecha. Ale żeby nie być gołosłownym, że z klasyką ogólnie dobrze nie jest, mogę przywołać tu choćby Makbeta w reżyserii Zbigniewa Jarzyny. Wystawiony w hali b. fabryki im. Waryńskiego, zrobiony w konwencji planu zdjęciowego, że niby tu kręcimy jakiś film, że to nie jest Makbet, tylko przyszła jakiś ekipa i kręci film o bin Ladenach, którzy właśnie wylądowali w Szkocji... Jakiś absurd. Sklecone to wszystko bez sensu, dużo dymu, świateł, ryku, pisku. Jaskrawe fiasko pomysłu na nowoczesność z użyciem klasyki.
Poważniejszy dyskurs z klasyką prowadzi Krzysztof Warlikowski. Romansuje głównie z Szekspirem i te romanse bywają ciekawe, jak Poskromienie złośnicy sprzed kilku lat w Teatrze Dramatycznym. Z Szekspirem tak źle więc nie jest, bo coś da się wyłuskać. Gorzej z tym, co było niegdyś mocną stroną polskiego teatru: z polskim romantyzmem, Wyspiańskim. Kiedy żył Jerzy Grzegorzewski, Wyspiański był obecny w Narodowym - Wyzwolenie, Sędziowie, Noc listopadowa, Wesele. Te spektakle są jeszcze grane, ale nie ma nowych. Od czasu do czasu gdzieś w Polsce ktoś próbuje się zamachnąć na Kordiana, ale z mizernym skutkiem.
Nie ma Norwida...
W okresie 17 lat Norwid pojawił się bodajże raz - Miłość czysta u kąpieli morskich w Teatrze Polskim w Warszawie z Bogdanem Baerem w soczystej roli oberżysty. Kiedyś teatry dla honoru domu starały się wystawić coś Norwida albo o Norwidzie. Norwid! Przecież prawie nie ma na afiszu najlepszego polskiego komediopisarza wszech czasów Aleksandra Fredry! To dopiero jest zdumiewające. Kiedyś nie było sezonu, żeby nie pojawił się przynajmniej raz czy dwa, i to niemal w każdym mieście, w którym był stały teatr. Teraz Fredro nie tylko rzadko się pojawia, ale i nie są to spektakle porywające.
Zapytałem specjalistę od sztuk Fredry, Andrzeja Łapickiego, dlaczego nie wystawia Ślubów panieńskich? A on na to: "A kto by to dzisiaj zagrał?! Nie ma takich aktorek!". Tu dotykamy czegoś istotnego w obrazie dzisiejszego polskiego teatru: poziomu młodej kadry. Jest w tym jakiś paradoks. Dopływ tej kadry jest bardzo szeroki, poza państwowymi jest wiele prywatnych szkół teatralnych, dzięki serialom, nie posiadając żadnych przymiotów wiążących się z przygotowaniem aktora, można zostać "gwiazdą". A aktorów, którzy zagraliby Papkina, Gucia, Klarę - brak. Kazimierz Dejmek zawsze mówił, że pomijając wszystkie inne względy, jeżeli widz przychodzi do teatru, płaci za bilet, to powinien przede wszystkim widzieć i słyszeć. No i z tym słyszeniem różnie dziś bywa. Z reguły także mało widać, bo scenografia często jest w stanie szczątkowym i w kiepskim oświetleniu, ciemno choć oko wykol - to pewna maniera. A słychać? Aktorzy "mówią w kołnierz", czyli coś sobie mruczą pod nosem. I mówią niechlujnie.
Inna kwestia to jakość nowej dramaturgii, która jest tzw. dramaturgią szumu ulicznego. To jest zapis strumienia nowomowy kaleczącej podstawy komunikacyjne języka, nierespektującej ich, na dobrą sprawę nie wiadomo o czym, do kogo i po co oni to mówią. Tu widać jak na dłoni bezradność ogromnej części nowych autorów.
Nasze czasy nie obfitują w prawdziwe talenty, ale w dramaturgii, reżyserii, aktorstwie od czasu do czasu jakiś nieoszlifowany diament błyska?
Może nie aż diament, ale są, oczywiście, jaskółki coś zwiastujące, jest kilku młodych autorów, którzy próbują znaleźć sposób na niegłupie pisanie o tym, jacy dzisiaj są młodzi ludzie. Takim autorem w moim przekonaniu jest Michał Walczak. Z jednej strony tworzy utwory w duchu Różewicza, czyli z dużym udziałem metafory, np. Podróż do wnętrza pokoju, nowa wersja Kartoteki, z drugiej - potrafi napisać zwykłą, realistyczną i pełną uroku komedię, np. Pierwszy raz. Dwoje młodych aktorów opowiada o swoim "pierwszym razie" i o tym, jak do niego nieustannie nie dochodzi, bo są różne problemy mentalne, kulturowe, osobowe i cały towarzyszący temu zgiełk ducha. On ją nęci i odpycha, ona pędzi do niego i ucieka itd. Bardzo śmieszne, bardzo prawdziwe i grane z fantastyczną pasją przez Kamillę Baar i Wojciecha Solarza na scenie studyjnej w Teatrze Narodowym. To przykłady młodych aktorów, którzy chcą czegoś więcej. Są więc w tym bełkocie i perły.
Ulegamy modom, ostatnio była to moda na fekalia na scenie...
Tę módkę przywleczono do nas z Niemiec. To był taki chwyt, żeby jednym ruchem znaleźć się w centrum teatralnego "targowiska" europejskiego. Jako pewna strategia zaistnienia ta metoda się sprawdziła. Na przykład w odniesieniu do warszawskiego Teatru Rozmaitości. W okresie paru lat nikomu wcześniej nieznani młodzi reżyserzy stali się modni i "na ustach", zbliżyli się do swoich rówieśników na zachodzie Europy. Ten nurt tam umiera i u nas też. Nie można na poziomie klipu rozmawiać o rzeczywistości.
Jak nasz młody teatr, także offowy, wpisuje się w nurt teatru na świecie?
Gdy jestem na festiwalu poza Polską, wydaje mi się, że nie mamy się czego wstydzić. Widzimy, że i to okropne, i tamto straszne. Teatr na Woli robi międzynarodowe przeglądy teatrów pantomimy. Wydawało mi się, że polska pantomima nie jest z tego głównego nurtu europejskiego czy światowego. Tymczasem kilka lat temu byłem na Festiwalu Ciała w Katalonii i mogę powiedzieć, że żaden z pokazywanych tam spektakli nie był lepszy od tych, które oglądamy u nas. Artyści przyjeżdżający do Teatru na Woli kładą rękę na sercu i mówią, że "serce mimu bije w Warszawie". Uważałem, że to kurtuazja. Tymczasem wcale nie. Jest w tym dużo prawdy. Chyba, jak zwykle, nie doceniamy tego, co mamy.
W październiku ub. roku zaskoczyli mnie rosyjscy krytycy, gdy po prezentacji polskich spektakli (m.in. Kosmosu) podczas Festiwalu Baltic House w Petersburgu wyrażali się z zachwytem o grze polskich aktorów, co ważne, ufundowanej na odmiennej szkole niż szkoła Stanisławskiego. I nie dotyczyło to tylko starych mistrzów, jak Zapasiewicz, ale w równej mierze młodzieży aktorskiej, a wśród nich rewelacyjnego debiutanta Marcina Hycnara. Rosjanie uważają, że u nich nikt nie byłby w stanie tak zagrać - tak prawdziwie, sugestywnie, a jednocześnie "niepsychologicznie". Trudno może ten styl nazwać, ale mieści się on pomiędzy efektem obcości Brechta a Stanisławskim z silną domieszką polskiej szkoły groteski (Gombrowicz, Witkacy, Różewicz, Mrożek). To nasza niedoceniana siła. A jeśli spotka się z wielką literaturą, wtedy może prowadzić do wielkich rezultatów, jak choćby w przedstawieniu Peer Gynta Ibsena w offowej warszawskiej Montowni, gdzie genialne role stworzyli w roli tytułowej Mariusz Benoit i w roli jego ukochanej Agata Buzek, a więc artyści, których dzielą pokolenia.
Jaki jest więc ten polski teatr obecnej doby?
Poszukujący i różnorodny. Przede wszystkim szukający nowego języka, nowych środków wyrazu, sposobów mówienia o dniu dzisiejszym, o problemach dzisiejszego człowieka, nieusiłujący za wszelką cenę ilustrować codzienności. Teatr nie prześcignie telewizji. Mieliśmy niedawno "wielki teatr" z Renatą Beger w roli głównej. Jak teatr może za tym nadążyć?! Przycichł teatr wielkiej metafory i wielkiej poezji. Mam nadzieję, że tylko przycichł. Mamy piękne tradycje, które zostały - nie wiadomo, dlaczego - odstawione do lamusa historii. Polski romantyzm, Wyspiański, Różewicz - autorzy, których sztuki były pretekstem do mądrego dialogu z rzeczywistością. Mamy piękną tradycję teatru groteski - też umarła. Gdzieś ginie nurt komediowy - Marek Rębacz jako niemal jedyny młody autor pisze komedie... Powiedziałbym, że dzisiaj polski teatr ma piękne chwile, ale nie chce podejmować poważnego dyskursu z polską rzeczywistością. Nie chce, a może jest na to intelektualnie i artystycznie zbyt słaby? Ale i teatr w Europie, na świecie ma kłopoty z dyskursem o rzeczywistości
Dziękuję za rozmowę.
