Przegląd Polski 23 marca 2007
- Zdolność chcenia - O literaturze kolonialnej i postkolonialnej z Ewą Thompson rozmawia Jolanta Wróbel-Best
- Rytmy Nowego Jorku. Gest - obraz - słowo - cisza - Grażyna Drabik
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Antony i tony...
Jechałem pociągiem "Sudety" z Warszawy do Wrocławia i jakoś dziwnie się czułem. Czegoś mi brakowało, a nie wiedziałem czego. Korytarzami nie biegali już panowie handlujący piwem, za to przechadzali się ochroniarze w zielonych kamizelkach.
Czytałem i mimochodem przysłuchiwałem się rozmowom. Wprawne uszy wyłapywały rozmowy o kotkach i pieskach, o pladze żebraniny, o łapówkach w szpitalach i łamaniu w kościach. Konduktor dał wyraz niezadowolenia ze swej dyrekcji w sposób godny Knuta Hamsuna: "Tyrają nami jak psami w zaprzęgach"; ktoś narzekał na konduktorów, "dających po oczach" stale zapalanym światłem, "podczas gdy pociągowi złodzieje posługują się kulturalnie małymi latarkami".
Słuchałem tych rozmów i nagle mnie olśniło: nikt nie wspominał o ptactwie wodnym i lądowym, o kaczorach, lepiarzach i łyżwach, o polityce wewnętrznej i zagranicznej. A przecież był to dzień wizyty niemieckiej kanclerzowej i wydawało się, że wrocławianie powinni odczuwać coś na kształt niepokoju pomieszanego z radością ("wezmą panie i wykupią"). Zaintrygowany, zacząłem przechadzać się korytarzami i podsłuchiwać. Powody nierozmawiania o polityce mogły być dwa: albo wróciło państwo policyjne i ludzie są w strachu, albo ludzie mają dość państwa i jego polityki. Dla dwóch młodych dziewcząt przestało istnieć dosłownie: jedna przyjechała z Mediolanu, gdzie pracuje i mieszka, druga jechała do Como, gdzie też mieszka i pracuje. Pan Piotr z Piotrkowa Trybunalskiego westchnął filozoficznie: "makaroniarze im posmakowali...".
Mnie też, przyznać muszę. Nie, żebym od razu miał zmieniać orientację seksualną, ale pierwszym tego dnia uśmiechniętym facetem okazał się Włoch Nicola, menedżer 35-letniego nowojorczyka Antony'ego Hegarty. Ten niezwykły śpiewak, obdarzony anielskim głosem, jak pisała polska prasa, występujący do niedawna jako "drag queen" na nowojorskich scenach eksperymentalnych, robi światową karierę. Gdy rozmawiałem z nim w hotelu Sofipol, na telewizorze za naszymi plecami Adam Małysz wygrywał w Oslo, ale jakoś nikt się tym specjalnie nie radował. Czy ludzie już tak zobojętnieli na tę rzeczywistość, że nawet nie potrafią się cieszyć Małyszem? A może wstydzą się cieszyć? Antony mówił w wywiadzie o konieczności przełamywania wstydu, jako jedynej drodze do poznania i przekazywania prawdy.
Do przełamania doszło wieczorem, w teatrze muzycznym Capitol. Antony & the Johnsons dali tam koncert na zakończenie 28. Przeglądu Piosenki Aktorskiej. Wypełniona po brzegi sala i zatłoczony balkon przyjęły pieśniarza owacją na stojąco. Nagle okazało się, że Polacy nie tylko umieją się cieszyć, ale znają też język angielski, bo reagowali rzęsistymi brawami na słowa piosenek Antony'ego. Traktowały w większości o miłości homoseksualnej, piętnowanej obecnie w Polsce przez polityków, a tolerowanej przez naród mądrzejszy od jego samozwańczych elit. Antony śpiewał o swej miłości do chłopca, o miłości brata do siostry, a słuchacze byli tym zwyczajnie zachwyceni. A na sali nie siedzieli sami "zboczeńcy", jak nazywa homoseksualistów jeden z ministrów, a tę opinię, nie tylko w skrytości ducha, podziela wielu innych mężów (i żon) stanu. Dzięki uprzejmości p. Jerzego Turka siedziałem w pierwszym rzędzie, tuż obok włodarzy Wrocławia, i oświadczam w swym tajnym raporcie, że wszyscy, jak jeden mąż (i żona), brali udział, razem z innymi "zboczeńcami", w owacjach. I komu tak wrocławianie bili brawo, przed kim tak chylili głowy z szacunkiem i uwielbieniem, do kogo pokrzykiwali z widowni "we love you", gdy Antony mówił nam "kocham was"? Przed gejem Antonym, wspaniałym artystą i ciepłym człowiekiem. I przed zespołem Antony and the Johnsons, nazwanym tak w hołdzie dla nowojorskiej prostytutki Marshy P. Johnson, utopionej w rzece Hudson być może dlatego, że prowadziła schronisko dla młodych gejów i transwestytów.
Tuż po ostatniej piosence, gdy wiwatująca publiczność nie chciała wypuścić Antony'ego ze sceny, wskoczyłem do taksówki, by zdążyć na nocny pociąg "Karkonosze" do Warszawy. Usiadłem w pustym przedziale, oszołomiony kontaktem z wielką sztuką, i nagle doznałem kolejnego tego dnia olśnienia: że oto nie ma jednej Polski, jak starają się Polakom wmówić niemiłościwie im panujący. Że Polska to wcale nie zaścianek homofobii i nietolerancji, że taki model państwa to wytwór kompleksów i pobożnych życzeń polityków. Że Polska to także otwarty na świat, nowoczesny naród, bijący nie tylko brawo królowi queeru, ale bijący też w Europie rekordy w ilości nowych połączeń internetowych, który już od dawna nie tylko fizycznie, ale i duchowo, i to masowo, emigruje ze skansenu zapyziałej mentalności i ksenofobii, utrzymywanego na użytek jego "jelit"...
