Przegląd Polski 4 maja 2007
- Polskie kino w Nowym Jorku: mistrzowie i młodzi filmowcy - o III Nowojorskim Festiwalu Filmowym z Hanną Kosińską Hartowicz rozmawia Aleksandra Słabisz
- Kartki ze skażonej strefy - Ewa Berberyusz
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Kartki ze skażonej strefy

Tydzień pod kroplówką w szpitalu. Rozpoznanie: ostre zapalenie przewodu pokarmowego w przebiegu infekcji rotawirusowej. Wirus ten, gdy się zagnieździ, powoduje śmierć. U mnie miał idealne warunki po temu, ale jakoś wywinęłam się. Pierwszy dzień w domu. W głowie nadal huczy mi życie szpitalne. Mikrokosmos pokazujący bolesne problemy społeczne.
Obudziłam się któregoś ranka i jedyną rzeczą, którą zarejestrowała moja porażona bólem świadomość, był głos męża mówiącego do słuchawki: "Proszę o pomoc, kobieta umiera. Ona jest naprawdę bardzo stara". Ostatnia fraza zabrzmiała rozdzierająco. Przyjechali w pięciu chłopa, wnieśli mnie do karetki. "Tylko bez pavulonu, proszę" - zdobyłam się na dowcip. Zarechotali. (Dowcip był aluzją do afery tzw. łowców skór: załoga z karetek pogotowia uśmiercała zastrzykiem pavulonu ludzi starych. Chory umierał natychmiast, a przewożący dzwonili do umówionego zakładu pogrzebowego, który im płacił za każdą "skórę". Wyroki dożywocia dla sprawców już zapadły. Więc teraz przyjeżdżają natychmiast po usłyszeniu słowa "starość" i pilnują, żeby dowieźć do szpitala pacjenta żywego. Wzmianka męża o starości, aczkolwiek spontaniczna, była jak najbardziej na miejscu).
SPOJRZENIE NA MNIE W IZBIE PRZYJĘĆ wystarczyło, żebym szybko wjechała na oddział wewnętrzny. Wszystkie przypadki kardiologiczne w stanie ciężkim. Sączono we mnie kroplówką elektrolity, czyli płyny życia. Mogłam pić tylko wodę dostarczaną przez krewnych. W ogóle opieka pielęgnacyjna, łącznie z podawaniem i opróżnianiem basenu, należy tylko do rodziny. Biada tym, którzy rodzin nie mają!
Chorzy, gdy tylko mogą podnieść się z łóżka, czepiając się ścian dążą do toalety. Tam przykra niespodzianka: brak papieru higienicznego. Budżet szpitalny nie przewiduje. Dochodzi do scen wysoce upokarzających, jeżeli ktoś zapomni wziąć własną rolkę.
Lekarze "szeregowi" wynagradzani haniebnie nisko (lepiej zarabia młody kurier rozwożący paczki), wiecznie niewyspani, bo żeby wyżyć, biorą na siebie maksymalną liczbę dyżurów i dodatkowych zajęć; oskarżani o łapownictwo (o, pożal się Boże, butelkę koniaku ofiarowaną wdzięcznym sercem za uratowanie życia); lekarze podminowani, w przededniu strajku generalnego; pielęgniarki po strajku, w którym uzyskały żenująco niskie podwyżki; salowe pracujące za łyżkę strawy ograniczają się do przetarcia podłogi ścierką na kiju, nie zaglądając pod łóżka. Więc co się tu dziwić, że szpital ogranicza się jedynie do ratowania życia? Wtłaczają chorym potas, sód, glukozę i magnez. A że kogoś coś boli? A kogóż w życiu nie boli?! Tyle i aż tyle. Byle im nie pomarli. Bo w przypadku zgonu lekarz musi wypełnić stertę biurokratycznych papierów.
Wyjątkiem na naszej sali była stulatka przywieziona z zapaleniem oskrzeli i wysoką gorączką. Koło niej wszystko się kręciło. Cały personel "wziął na ambit", żeby przywrócić ją życiu. I przywrócił. Widziałam, jak z godziny na godzinę budzi się jej świadomość i apetyt. Jak z bełkotu powraca rozsądna mowa i jak uwydatnia się osobowość, wybitnie roszczeniowa. Co potwierdziły krzątające się koło niej córki, mocno starsze już panie.
Pobyt w szpitalu daje jeszcze jedną wartość: poznanie ludzkiej dobroci. Wśród licznych młodych adeptów medycyny, na ogół traktujących chorych jak przedmioty, zdarzył mi się jeden, którego nazwisko mam wyryte w głowie złotymi zgłoskami. Gdy którejś nocy znalazłam się na korytarzu zwinięta w kłębek z bólu, pochylił się nade mną ze słowami: "Zaraz zaradzimy". I zaradził. Dostałam zastrzyk powtarzany potem dwa razy dziennie, gdyż wpisał mi go w kartę. Skasował nieznośne poczucie nudności. Nie przypuszczałam, że może być ono źródłem tak wielkiego cierpienia fizycznego. Mówi się, że lekarz z natury rzeczy powinien mieć w sobie poczucie syntonii z chorym. Powinien. Ale dziś u nas zdarza się to bardzo, bardzo rzadko. Z tym przymiotem chyba człowiek się rodzi.
ROZWODZĘ SIĘ NA TEN TEMAT Z ZAMYSŁEM. Powtarzam: szpitalne łóżko daje pole obserwacji socjologicznych społeczeństwa z innych pozycji nieuchwytne. Leżały ze mną kobiety młodsze, o śladach urody, o pięknych włosach, ale wszystkie szczerbate. Przy uśmiechu ukazywały się zmurszałe martwe pieńki. Służba zdrowia praktycznie nie obejmuje stomatologii, którą mamy już w kraju na najwyższym europejskim poziomie. Tyle że bardzo drogą. Przeciętnego emeryta absolutnie nie stać na porządki z zębami. Ale co tu mówić o emerytach, skoro czynni politycy, występujący stale publicznie, straszą spustoszeniem w uzębieniu. A to już nie jest sprawa finansów, ale obyczaju.
Moja sąsiadka z najbliższego łóżka, osoba, jak się zorientowałam, bardzo uboga, odmawiała przyjęcia wszystkich posiłków szpitalnych jednym machnięciem ręki. Nie mogłam pojąć, dlaczego. Chociaż stawka żywieniowa w szpitalu jest niższa niż więzienna (prawda!), czasem zdarzała się lepsza wędlina. Żeby choć spojrzała i wybrała to lepsze. Nie i nie! Posiłki codziennie przynosił jej mąż w wielkim termosie. Nader skromne, ale "przed chwilą" upichcone. Ziemniaki parujące świeżością i posypane koperkiem, jakieś mielone kotleciki... Robił tak przez trzy miesiące, bo tyle leżała w szpitalu (nie mogli jej wyciągnąć z migotania przedsionków). Dzień w dzień wyciągał z torby talerz, z termosu potrawę i patrzył, jak je. Twarz jej się zmieniała; wyraz goryczy znikał. Zrozumiałam, dlaczego ceremonia ta jest dla niej tak ważna. Stanowiła łączność ze światem żywych. Pozwoliła wytrwać w atmosferze szpitala, gdzie raz po raz była świadkiem śmierci na sąsiednim łóżku; śmierci z marszu, bez ceregieli.
Było nas pięć na sali. Nigdy nie pojawił się temat związany z polityką, choć wypadki polityczne za oknem biegły w tempie filmu kryminalnego. Czasem tylko ktoś mruknął: "Diabli nadali te rządy".
ZNAM ROZSIANYCH PO ŚWIECIE, starych już dziś emigrantów. Różne były ich koleje; jedni się wzbogacili, drudzy mniej, ale w każdym razie stać ich, żeby sprawić sobie w Polsce lokum na przyzwoitym poziomie. Mówię o tych, którzy marzą, żeby "złożyć kości" w ojczystej ziemi. Marzą, usychają na obczyźnie z tęsknoty, ale nie wracają. Zagadka. Zagadkę rozsupłała mi znajoma, wyznając poufnie, z pewnym wstydem: boją się polskich szpitali. Bo wiedzą, że prędzej czy później będą na nie zdani.
Minister zdrowia, prof. Zbigniew Religa, do niedawna znakomity kardiochirurg, niechętnie odnosi się do powstawania szpitalnictwa prywatnego, choćby zróżnicowanego na każdą kieszeń. Chcą tego nawet mniej zasobni. Lecznictwo społeczne dla najniżej uposażonych, a inni niech mają wybór. W Warszawie istnieje jeden szpitalik prywatny, bardzo drogi, bo pozbawiony konkurencji, gdzie uśmiechy i kwiaty na stoliku, ale gdy z chorym dzieje się coś niedobrego, na przykład krwotok w czasie porodu, wiozą go na sygnale do "normalnego" szpitala, gdzie jest OIOM (Oddział Intensywnej Opieki Medycznej) i transfuzja krwi.
WIECZNIE ŻYWY TEMAT LUSTRACJI. Była jedna, zlustrowali się urzędnicy, parlamentarzyści i osoby publiczne, co zrozumiałe; mamy drugą, przyjętą ustawowo większością sejmową. Obejmuje prawie wszystkie zawody. Bubel prawny - taka jest powszechna opinia, ale cóż robić? Rządząca partia lubi trzymać lud Boży w lęku. Jako pierwsza zbuntowała się Ewa Milewicz, znakomita dziennikarka, wyważona, bezstronna, zasłużona w opozycji. Powiedziała, że blankietu lustracyjnego nie podpisze, choć wie, że takie nieposłuszeństwo obywatelskie grozi utratą pracy na lat dziesięć. Ostatnio odmówił ponownej autolustracji eurodeputowany, prof. Bronisław Geremek, którego zasługi dla naszej wolności są publicznie znane. Napisał w oświadczeniu: "Żądanie ponownego złożenia deklaracji lustracyjnej pod groźbą wygaśnięcia mandatu uważam za sprzeczne z zasadami państwa prawnego. (...) Jest ono w sprzeczności z konstytucyjną zasadą poszanowania godności ludzkiej. (...) Uważam, że ustawa w obecnym kształcie narusza zasady moralne, stwarza zagrożenia dla wolności słowa, dla autonomii instytucji akademickich. (...) Obywatela czyni bezbronnym wobec kampanii pomówień...". To samo uczynił Tadeusz Mazowiecki, pierwszy premier wolnej Polski, obecnie niepełniący funkcji politycznej. Nic dodać, nic ująć. Poniżanie społeczeństwa trwa.
PS. Charakterystyczne: w publicystycznej dyskusji do najzagorzalszych zwolenników powszechnej lustracji należą ludzie urodzeni po 1972 roku, od niej zwolnieni. Tylko że oni nigdy nie byli zmuszani sposobami esbeckimi do podpisywania lojalek.
